Wydawca: Wydawnictwo Wielka Litera
Data wydania: 12 sierpnia 2026
Liczba stron: 256
Przekład: Kaja Gucio
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Cena detaliczna: 56,99 zł
Tytuł recenzji: Niedopowiedzenia smutku
Przed pięcioma laty pisałem o pierwszej książce Elizabeth Strout, która ujęła mnie połączeniem prostoty i głębi. Od początku wiedziałem, że jest to pisarka sentymentalna i melancholijna, w specyficzny sposób przyglądająca się ludzkim relacjom. Czytana przeze mnie wówczas powieść „Mam na imię Lucy” zapowiadała cykl historii. Pisarka w międzyczasie została wielokrotnie wydana w Polsce. Za każdym razem opowiadała intymnie, ale również kontekstowo – zawsze o tym, kim jesteśmy i kim się stajemy, obcując z innymi ludźmi. „To, o czym nie mówimy” ma tak samo deklaratywny tytuł jak wspomniana wyżej narracja. Pominąłem kilka wydanych w Polsce powieści tej pisarki. Być może dlatego, że trochę bałem się – bazując na opisach wydawniczych – tego, jak głęboko sięga do wnętrza człowieka i jak jednocześnie czułą i delikatną strunę humanizmu trącają jej wszystkie narracje. Ta najnowsza od początku do końca opowiada o różnego rodzaju trybach życia pośród cieni, ale Strout nadal pisze o zbliżeniach i oddaleniach, przez które zwykle cierpimy, lecz tego nie werbalizujemy.
Tu również będzie oszczędnie, jeśli chodzi o wypowiadane słowa. Dialogi w najnowszej książce Elizabeth Strout są nad wyraz surowe i bardzo dobrze pokazują, że większość tego, czym żyjemy, tkwi gdzieś wewnątrz, werbalizowane za pomocą albo niedomówień, albo półprawd, albo wręcz kłamstw, których się nie wstydzimy, bo właśnie one pozwalają nam przetrwać. W nieświadomości tego, kim jesteśmy dla siebie i dla innych. Główny bohater, ceniony i w przeszłości nagrodzony nauczyciel, sprawia wrażenie dobrotliwego i naiwnego, bo z jednej strony – nie interesują go opinie ludzi na jego temat, z drugiej – wydaje mu się bardzo ważne to, jak inni go postrzegają, gdyż chciałby zrozumieć siebie lepiej, kiedy ludzie będą mu mówić prawdę o nim.
Nie mówią. Może z wyjątkiem żony i kilku uczniów. Artie również nie mówi. Pada w powieści sugestia, że wszyscy brniemy do przodu wciąż na oślep – właśnie przez to, że życie każdego z nas składa się z tajemnic, konfabulacji i kłamstw. Te ostatnie nie muszą wynikać ze złośliwości ani być podszyte negatywnym nastawieniem. Po prostu czasem bardzo trudno powiedzieć prawdę. I bohater Strout doskonale zdaje sobie z tego sprawę, myśląc o końcu swojego życia, który chciałby zaplanować na własnych zasadach. „Jestem wystarczająco samotny, żeby umrzeć” – tak Artie podsumowuje siebie, nieświadom tego, jak wielu osobom jest potrzebny czy jak wielu uczniów inspiruje. Chce odejść, ale w taki sposób, żeby nikomu nie robić problemów. On, syn niemieckiego emigranta z klasy robotniczej, który wziął za żonę kobietę sytuowaną społecznie dużo wyżej. Przecież powinien czuć się spełniony, skoro tak wygląda jego życie małżeńskie. Jednak Artie zapada się gdzieś do wewnątrz. Strout opisuje momenty, w których mężczyzna po prostu wyłącza się z funkcjonowania, obowiązków. Zastyga i – wciąż przecież żyjąc – wydaje się martwy. Ten smutek wycieka z niego jak woda z kranu. Do rzeczywistej usterki Artie wzywa fachowca. Hydraulik uświadamia mu, że wystarczyło dokręcić jakiś element, o czym Artie nie pomyślał. To znamienna scena. Można odnieść wrażenie, że pogłębiającej się melancholii głównego bohatera zapobiegłoby symboliczne dokręcenie takiego elementu.
U Strout wszyscy są w pewien sposób rozmontowani. Młodzi, których uczy historyk, nie wiedzą, co zrobić w przyszłości ze swoim życiem. On motywuje ich do myślenia, ale działa zupełnie inaczej – jakby na wstecznym biegu, cofając się, także w smutnych retrospekcjach na temat matki i siostry. Tej, która potajemnie zjadła cukier puder, a jest to scena znacząca, gdyż ta powieść sugeruje, że słodyczy życia można zaznać tylko przez chwilę i po kryjomu. Docenić należy równowagę między opowiadaną wielowątkową historią toczącą się tuż przed wyborami prezydenckimi w USA, kiedy pojawia się ryzyko, że znowu wygra ten, który mocniej spolaryzuje społeczeństwo, a retrospekcjami i antycypacjami uzupełniającymi opowieść we właściwych miejscach i we właściwym czasie. To dodaje kolorytu, ale nie dynamizuje narracji. „To, o czym nie mówimy” to książka minimalistyczna. Wspomniane już surowe dialogi, krótkie partie opisowe, skupienie na detalach, krótkie rozdziały i podrozdziały, wszechobecna, choć tylko delikatnie zarysowana melancholia – reszta pozostaje w domyśle.
Tymczasem pozornie statyczny główny bohater, który nie potrafi wyjść z matni osamotnienia, staje się postacią doświadczającą wielu zmian i wykazującą się działaniami, które mogą zaskoczyć. Rozmyślając o wolnej woli człowieka, testuje granice wolności jako takiej, przekraczając je prowokacyjnie albo ostrożnie – jakby sprawdzał, czy drut jest pod napięciem i spowoduje, że prąd porazi ciało. Pedagog, którego się ceni, nagle traci kontrolę nad sobą i wyrzuca ucznia z sali. Są konsekwencje. Ale i tutaj Strout opisuje sytuację pełną trudnych i nieprzyjemnych emocji (rozmowa z dyrektorem i rodzicami wyrzuconego ucznia) bardzo łagodnie, płynnie, bez cienia dramatyzmu. Taka wydaje się cała książka: łagodna narracja z dyskretnie wypunktowanymi sytuacjami, gdy w ludziach pojawia się drzemiący stale tuż pod skórą smutek. Ale to przecież nie tylko opowieść o smutku. Prowadzić nas przez nią powinien przede wszystkim tytuł.
Artie dowiaduje się czegoś, co wstrząśnie nim do głębi. I zostawia to dla siebie. Rozmyślając o tym, dlaczego w relacje międzyludzkie wkrada się fałsz, sam skrywa przejmującą rodzinną tajemnicę rodzinną, żyjąc u boku żony, która nie domyśla się, co przechodzi mąż – raczej widzi zmiany w nim. Zmiany na gorsze z punktu widzenia społeczeństwa, bo Artie jest sumą wszystkich opinii o nim samym. Także krytyki w social mediach, które są poza jego zasięgiem. Elizabeth Strout prezentuje nam portret człowieka, który przechodzi od fazy zmęczenia życiem do anhedonii. Nie pomaga mu to, że ma kogo kochać. Nie pomaga mu świadomość, jak wielu ludziom jest potrzebny. Przestaje kochać siebie. Przestaje mieć poczucie bycia potrzebnym, a egzystencjalna zbędność staje się czymś, o czym myśli coraz częściej. Pośród niedomówień i milczenia Artie jest symbolem ludzkich dramatów biorących się z tego, że w różny sposób mamy dość. Jak jego przełożony, który po prostu strzela sobie w głowę.
Czy w tej powieści znajdziemy jakikolwiek okruch optymizmu? Ja odczytałem ją jako bardzo fatalistyczną, ale nie jest napisana tak, by narzucać nam interpretację. Chwilami bardzo mroczna, choć napisana – co wciąż podkreślam – łagodnym językiem, stonowaną frazą, z odniesieniami do psychologii, filozofii i literatury. Momentami niezwykle ciepła – zwłaszcza gdy portretuje więź łączącą ojca z synem. Myślę, że jest to powieść, dzięki której możemy odrobić lekcję empatii – jak jedna z uczennic bohatera. Uświadomić sobie, jak wielu ludzi osądza innych, zupełnie nie wiedząc, przez co osądzani przechodzą. Nie żyjemy na zewnątrz, choć na zewnątrz niezwykle często stwarzamy pozory. Strout zagląda tam, gdzie rzadko sami zaglądamy. Pokazuje, że myślenie i mówienie o prawdzie to jedyny ratunek dla ludzi i świata chylącego się ku upadkowi. Gdyby nie irytujące wtrącenia w nawiasach, które zawsze przeszkadzają mi w powieściach i nie wiem, po co są stosowane, byłaby to książka, przez którą po prostu się płynie. Tak jak główny bohater podczas uprawiania swojego hobby – żeglarstwa. Zawrzeć egzystencjalną tragedię w metaforze żeglowania po zatoce? Proszę bardzo. O tym i o wielu innych trudnych kwestiach opowiada w nowej książce Elizabeth Strout.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz