2010-08-30

"Opowieść emigracyjna" Justyna Nowak

Powieść Justyny Nowak sytuować można w obrębie literatury prezentowanej przez np. Joannę Fabicką czy Małgorzatę Kalicińską. Byłaby to jednak pewna nobilitacja dla autorki, w związku z tym nie zamierzam „Opowieści emigracyjnej” umieszczać w jakimkolwiek współczesnym nurcie literackim, tylko napisać o tym, dlaczego lekturę w sumie można sobie darować. Wspaniałe jest to, iż niszowe oficyny stawiają często na promocję nieznanych autorów, najczęściej twórców jednego tytułu. Mniej wspaniałe już jest, iż światło dzienne oglądają wówczas powieści ledwie przeciętne i tak jest w przypadku Nowak. Chociaż fabularne rozwiązania wskazują na to, iż można się spodziewać kontynuacji losów głównej bohaterki, odnoszę wrażenie, iż „Opowieść emigracyjna” jest czymś najlepszym, co mogło wyjść spod pióra Justyny Nowak. Dlaczego w ogóle poświęcam czas tej książce? Myślę, iż stanowcza krytyka nie jest tutaj wskazana, albowiem to historia mająca krzepić serca współczesnej wielkiej emigracji, pokazując, iż emigracyjno-zarobkowe życie nie jest czymś złym. Jest również w tej książce sporo ciepła i humor, może nie zaraźliwy, lecz nietuzinkowy. Nowak napisała książkę niczym właściwie się nie wyróżniającą, ale chyba szczerą. Dlatego z mojej strony także kilka szczerych słów jej się należy.

32-letnia Klara Miodowska wiedzie życie singielki (brzmi bardziej błyskotliwie niż określenie „samotna kobieta wchodząca w wiek średni”). Za sobą ma kilka nieudanych związków, przed sobą niewiele perspektyw. Boi się zmian w swoim życiu, ale uważa, że są konieczne. Przekonuje ją do tego energiczna siostra Kinga, dzięki której Klara podejmuje odważną decyzję – wyjeżdża z Polski do Londynu na poszukiwanie szczęścia i spełnienia. Scenariusz, jakich wiele napisało życie w ostatnich latach, prawda? I dalej także może być przewidywalnie, chociaż Justyna Nowak bardzo się stara, żeby tak nie było. Klara znajduje schronienie w domu ciotki, u której jednak długo nie zagrzeje miejsca, bo jej młody i prymitywny kochanek urządzi końskie zaloty, w których efekcie Klara zostanie uznana za całkowicie straconą w oczach ciotki. Bohaterka staje przed nie lada wyzwaniami – gdzie zamieszkać, jak znaleźć pracę, w jaki sposób przełamać barierę językową i przede wszystkim, jak odnaleźć sens życia gdzieś daleko od domu, do którego wracać przecież nie warto, bo czeka tam raptem kilka kaktusów i przerażająca pustka codziennej egzystencji.


Zdarzenia opisane przez Nowak toczą się w tempie zawrotnym. Znajdziemy w książce złych i dobrych Polaków, którzy będą szkodzić i pomagać naszej emigrantce. Klara nie jest postacią papierową, zatem pojawi się wątek miłosny, dramatyczne opisy przetrwania w Londynie, fabrycznej harówki i wielu rozczarowań w życiu kobiety. „Opowieść emigracyjna” próbuje także portretować środowisko naszych rodaków, którzy za wszelką cenę chcą wytrwać na Wyspach, dorobić się i godnie żyć. W otoczeniu Klary pojawią się ludzie (głównie mężczyźni, co przecież nie może dziwić), którzy ogniskować w sobie będą wszystko to, co dla polskiej emigracji w Wielkiej Brytanii najbardziej charakterystyczne – złożoność i nieprzewidywalność.


Niestety, ani jedna, ani druga cecha nie dotyczy formalnej strony książki. Trudno powiedzieć, czy autorce chodziło o nakreślenie opresyjnego charakteru rzeczywistości, z jaką zmaga się Klara, czy też o stworzenie czegoś na kształt portretu psychologicznego kobiety, która na obczyźnie wchodzi w wiek chrystusowy i której zmiany w życiu następujące właśnie na emigracji wydają się zmianami koniecznymi i nieodwracalnymi.


Najmniej przekonujące są wykreowane przez Nowak postacie. Tak naprawdę nie kryją w sobie żadnej tajemnicy, choć zwracający uwagę Klary Tomek wydaje się nieść w sercu mroczne brzemię przeszłości, z którym nie jest w stanie sam sobie poradzić. Brakuje w tej książce nakreślenia kolorytu Londynu, bo przecież to miasto barwne, dynamiczne i pełne ciekawych paradoksów. Nowak prezentuje świat, w jakim przyszło żyć Klarze w dość stereotypowy sposób i można odnieść wrażenie, iż „Opowieść emigracyjna” powstała z zasłyszanych, banalnych i przewidywalnych historii emigrantów zarobkowych. Nie pieniądze wydają się w tej książce najważniejsze, lecz uczucia. Te jednak przedstawione są za pomocą kilku językowych kalek, przez co poruszają odbiorcę w stopniu równie silnym jak topnienie lodowców na Grenlandii, o którym wspomina się na przedostatniej stronie codziennej gazety.


To lektura lekka, ale być może zbyt lekka, bo przecież Justyna Nowak podejmuje tematy w gruncie rzeczy bardzo złożone i poważne. Przez to nie mogę dodać drugiego trywialnego przymiotnika i napisać, iż to książka przyjemna. Nie chcę pójść na łatwiznę i w prosty sposób określać „Opowieści emigracyjnej”, bo być może warto po nią sięgnąć, by podjąć polemikę z moim punktem widzenia.


Wydawnictwo Novae Res, 2010

2010-08-27

"Wieloryb czyli przypadek obiektywny" Agnieszka Taborska

Tu. Tam. Jeszcze gdzie indziej. Agnieszka Taborska w swych urokliwych narracjach jest wszędzie i nigdzie jednocześnie. Opisuje i odzwierciedla świat, jakiego doświadcza, a jednocześnie ukrywa go w rzeczywistości surrealistycznego konceptu i braku pointy. Teksty „Wieloryba” nie stawiają kropek na końcu zdania. One w magiczny sposób otwierają przed nami rzeczywistość, o jakiej nikt nie myśli. Świat niedookreślony, a przecież bardzo wyrazisty. Niepokojący, ale i ujmujący swym uporządkowaniem chaosu. Historie Agnieszki Taborskiej to dowód na to, iż dobra literatura może odnajdywać inspirację w chwilach, z chwil budować wieczność, a w tej wieczności kreować jednocześnie symboliczną drogę, na której wszystko, co nietrwałe tworzy trwałe fundamenty. W nich zaś ukryta jest i doskonała zdolność obserwacyjna autorki, i jej niepowtarzalne poczucie humoru, i ostrze satyry wraz z humanistyczną troską o drugiego człowieka. Złożona z subiektywnych przypadków opisanych przez osobę inteligentną, książka Taborskiej to lektura dająca nam czas darowany, a nie utracony. I wybornie jest czytać takie opowieści, z których spogląda co rusz ekstrawaganckie oko Rolanda Topora, ale w tej prozie nie ma grozy i szaleństwa. Chociaż przecież niepokojące i szaleńcze wydaje się to, co Taborska opisuje.

Z krakowskiej galerii sztuki naiwnej ktoś kradnie wieloryba. Nie żąda za niego okupu, lecz informuje, że wieloryb ma się dobrze. Autorka kradnie życiowe historyjki i powoduje, że mają się one tak samo dobrze. Niby zdystansowana wobec tego, o czym opowiada, jest przecież w samym centrum zdarzeń. A zdarzenia to wielkie i małe jednocześnie. W niesamowitych sceneriach rozegrane. Schulzowski Drohobycz, urokliwe paryskie uliczki, niepowtarzalny czar amerykańskiego Providence, tunezyjski salon masażu, krakowskie zaułki, Litwa, Chorwacja… Taborska to niezwykła przewodniczka po niezwykłych miejscach. Znawczyni niezwykłości, jaką rodzi codzienność. Wnikliwa obserwatorka, podróżniczka i słuchaczka, a jednocześnie bawiąca się swymi narracjami literatka, dla której opisać i opowiedzieć znaczy zupełnie coś innego niż dla przeciętnego odbiorcy opisu i opowieści. Znamienny bowiem w dykteryjkach Taborskiej jest wspomniany już brak pointy oraz fakt, że przedstawiane zdarzenia, postacie, zwierzęta i często absurdalne sytuacje zanurzone są w surrealistycznej atmosferze niedopowiedzenia i żartu.


Tak, „Wieloryb” żartuje z nas, ale i z tego, co jest przedmiotem opisu. Nie czytałem jednocześnie już dawno tak poważnej książki. O co tutaj chodzi? Gdzie znajduje się u Taborskiej granica między tym, co ważne, a tym, co ulotne i niewarte uwagi? Czy taką granicę można w ogóle znaleźć? Urok tej książeczki to przede wszystkim wchodzenie w rzeczywistość i jej niedotykanie. Uwieść mogą w narracjach „Wieloryba” nie tylko liczne semantyczne i symboliczne tropy, każące spoglądać na opisywane sytuacje z nieco szerszej perspektywy. Niepowtarzalne jest to, że Taborska tak silnie tkwi we wszystkim, co przedstawia, a jednocześnie w tak magiczny sposób potrafi się od tego uwolnić i nie obciążać czytającego balastem. Zbiór przypadków „Wieloryba” to książka, wobec której nie pozostaje się obojętnym, bo od pierwszej do ostatniej strony wydaje się zaskakująco wieloznaczna. Zaimki przysłowne dekorujące kompozycyjnie zbiorek są tak samo umowne jak przeżycia, o jakich pisze autorka. I naprawdę ciepła to książka. Przepełniona surrealizmem i jakąś symboliczną magią, a przecież tak solidnie lojalna wobec życia, wobec rzeczywistości „tu i teraz”. Dotyka i przejmuje, ale wykorzystuje do tego całą masę zabiegów formalnych. Dlatego można się przy niej śmiać, ale należy przede wszystkim dumać.


Czego wstydzą się Amerykanie po ataku na Irak? Czy kot może być osobowością? W jaki sposób Forman wdziera się w dyplomatyczne progi? Jakie przestrzenie przemierza zasłużony yugo? Czy można się uzależnić od bajgli? Czy karaluchy mogą stać się obsesją? Na czym polega kłopot z krukiem? I jak długo mogą żyć opowieści, które dają odpowiedź na te pytania?


Lektura opowiastek Agnieszki Taborskiej powinna być obowiązkowa. Po to, aby czytać i pytać. I by przeżyć niezapomniany wieczór z tą książką.


Wydawnictwo Czarne, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-08-23

"Witajcie w Murderlandzie" Frédérique Molay

Wydana niedawno powieść francuskiej pisarki to rzecz godna uwagi nie tylko dlatego, że jest naprawdę nieźle skrojonym kryminałem. Frédérique Molay porusza w niej problemy niezwykle przecież współczesne, bo opierające się na wzajemnych wpływach świata rzeczywistego i wirtualnego, ale tak naprawdę uniwersalne i wiecznie żywe, gdyż to książka o przejmującym poczuciu samotności, o konstytuowaniu swojej tożsamości, o próbach odnajdywania za wszelką cenę akceptacji i zrozumienia wśród innych ludzi. I choć opowieść Molay rozgrywa się między ludźmi a wykreowanymi przez nich w grze internetowej awatarami, jest dość mocno poruszającą opowieścią o tym, w jaki sposób uciekając od samego siebie, można stanąć twarzą w twarz z demonem, także samym sobą…

Nathan Barnett Junior jest harvardzkim wykładowcą prawa karnego. Życie nie było dla niego łaskawe. Boryka się z piętnem bolesnej przeszłości, rozstania z żoną; z faktem, iż ukochana córka jest mu sądownie „zapisana” raz na jakiś czas i że własnej przejmującej samotności nie jest w stanie nikomu opisać. Nathan oddaje się namiętnie rozgrywkom w Island. To gra, w której można sobie dowolnie wybrać tożsamość i żyć w wirtualnej rzeczywistości, jaka imituje tę prawdziwą, ale jest przede wszystkim kontrolowana przez gracza. Wydaje się, że wszyscy grający w Island tworzą fikcyjne życiorysy, za którymi ukrywają swoje prawdziwe problemy, pragnienia, pasje i marzenia. Island jest wirtualną Arkadią i światem, w którym można czuć się bezpiecznie dlatego, że praktycznie samemu ustala się warunki funkcjonowania w nim. Nathan okazuje się oryginalny… i nad wyraz nierozsądny, albowiem grając w Island jako Nat, prowadzi dokładnie takie życie jak na co dzień. Pewnego dnia okazuje się, że wirtualna fikcja Island w jakiś makabryczny sposób zaczyna łączyć się ze światem rzeczywistym. Mordowane są awatary w grze, ale także ich realne odpowiedniki, ludzie z krwi i kości. Do oazy spokoju złaknionych specyficznych wrażeń internetowych graczy wdziera się śmierć i wiele tajemnic… A Nathan uświadamia sobie, że z jednej strony anonimowość w Internecie to fikcja, z drugiej zaś należy się tam kamuflować i ukrywać na wszelkie możliwe sposoby.


Pod koła wirtualnego samochodu Nata wpada kobieta, Jerry. Graczem, który kryje się pod tym awatarem jest Bonnie, kobieta ginąca z rąk okrutnego mordercy. Drugą ofiarą jest Student, który pojawia się w Island obwarowany pewnymi warunkami pobytu (grać mogą tylko osoby pełnoletnie, a Eliot – rzeczywisty odpowiednik Studenta – uczestniczy w życiu Island za zgodą rodziców). Najpierw w grze ginie młody awatar, potem Eliot… Wydaje się, iż te dwa morderstwa to dopiero początek makabrycznej serii i aby rozwiązać zagadki śmierci, w grę zaangażować muszą się także śledczy prowadzący w Bostonie sprawę zabitych Bonnie i Eliota.


Frédérique Molay świetnie buduje napięcie – świat przedstawiony tej powieści jest porwany, fragmentaryczny, pulsujący energią i bardzo niepewny. Kiedy w końcu orientujemy się, co tak naprawdę rozgrywa się w Island, a co w rzeczywistym czasie i przestrzeni, przekonujemy się, iż nic nie jest pewne, a dwa światy przenikają się, tworząc pełną okrucieństwa i przemocy rzeczywistość. Z jednej strony mamy sielski świat internetowej gry, w której pojawia się wszystko to, od czego tak naprawdę uciekają na co dzień gracze. Z drugiej strony - pozbawiony pięknych barw świat realny, w którym mamy do czynienia z ludźmi na różny sposób zagubionymi. Nathan żyje pod coraz większą presją – musi bowiem jak najszybciej wyjaśnić zagadkę morderstw oraz zrozumieć, dlaczego zabójca próbuje powiązać z jego życiem wszystkie wirtualne, a potem realne śmierci. Zajmujący się dochodzeniem bostońscy kryminalni stają przed problemem, który należy rozwiązać nowoczesnymi środkami. Tak jak Nathan muszą wkroczyć do wirtualnej gry, by zagrać w realności z mordercą wydającym się mieć nad policjantami dużą przewagę. Gra Molay nie jest jedynie walką z czasem i rozwiązywaniem trudnych zagadek. To jednocześnie pełna grozy opowieść o poszukiwaniu odpowiedzi nie tylko na pytania o to, kto zabił, ale przede wszystkim o to, co tak naprawdę kieruje internetowymi graczami zamieniającymi idylliczny świat Island w przerażający początek drogi ku dramatom życia w „realu”.


Molay hipnotyzuje czytającego za pomocą dość prostych rozwiązań formalnych. Niczego jednak nie można przewidzieć podczas lektury. „Witajcie w Murderlandzie” stawia pytania, na które nie można znaleźć odpowiedzi bez penetracji trudnej do opisania granicy, jaka w XXI wieku wytwarza się między tym, jak ludzie żyją a tym, co czują, uciekając od życia w wirtualne światy i społeczności.


Wydawnictwo MUZA, 2010

KUP KSIĄŻKĘ

2010-08-21

"Sto dni" Lukas Bärfuss

Kiedy w ubiegłym roku Wydawnictwo Czarne opublikowało „Strategię antylop”, wstrząsający reportaż o życiu mieszkańców Rwandy po dramatycznych wydarzeniach 1994 roku, wydawało się, iż otrzymujemy niemal kompletny zapis traumy, jakiej doświadczył ten mały afrykański kraj. Francuski korespondent Jean Hatzfeld oddał głos Rwandyjczykom; od nich dowiedzieliśmy się o tym, jak żyć po masakrze ludobójstwa i budować relacje z ludźmi, którzy tak niedawno atakowali maczetami, a teraz są po prostu sąsiadami. Nieopisywalne słowami dramaty ludzi w książce Hatzfelda nabrały znamion wyjątkowego dokumentu, który potrafi znaleźć słowa na to, by przybliżyć koszmar ludobójstwa i niewyobrażalną dla Europejczyka sztukę budowania normalnego życia w świecie spływającym niegdyś krwią. Opowieść Lukasa Bärfussa jest specyficznym uzupełnieniem opowieści bohaterów Hatzfelda, albowiem opisuje makabryczne sto dni rzezi z punktu widzenia szwajcarskiego dyplomaty, uwikłanego w szereg egzystencjalnych rozterek.

Książka Bärfussa zadaje pytania o to, w jaki sposób europejskie społeczeństwa odpowiedzialne są za dramat Rwandy. „Sto dni” stawia wiele niewygodnych tez, jest książką pełną niepokoju i mroku. Dodatkowo to pasjonujące studium człowieka cierpiącego i takiego, który odczuwa cierpienie innych. Zdecydowanie za mało o tej książce napisano (wieloaspektowy tekst Jerzego Franczaka opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” to pojedynczy zaangażowany w przekaz tej powieści głos) i chociaż lekturę odwlekałem w czasie, bo doskonale wiedziałem, o czym przeczytam, czuję się w obowiązku nakreślić kilka zasadniczych myśli „Stu dni” i zwrócić uwagę na świat, na który nigdy naprawdę nie zwracano tej uwagi.


David odbywa w Rwandzie specyficzną misję. Jego zadaniem jest pomoc w odbudowie tego kraju, a z czasem bohater ma wrażenie, iż dokłada się w jakiś sposób do jego ruiny. Kiedy pierwsze brutalne ataki Hutu na Tutsi rozpoczynają krwawą rzeź Rwandy, David pozostaje tam i ukrywa się w willi Amsar w Kigali. Ratuje go to, że jest Szwajcarem, a przecież Szwajcar traktowany jest w Rwandzie zupełnie inaczej niż np. Belg. Szwajcara nie zabija się maczetą, jemu jest się wdzięcznym. Za co? Czy David i jego współpracownicy mają powody sądzić, iż afrykańskie państwo biedy, głodu, zacofania i niesprawiedliwości społecznej jest winne jakąkolwiek wdzięczność krajowi tak stabilnemu i cywilizowanemu jak Szwajcaria? Dramat pozostającego w centrum krwawej rzezi Davida nie będzie tylko jednostkowym dramatem dyplomaty, który wątpi w sens swoich dotychczasowych działań i który zdaje się na pomoc szabrownika i ludobójcy. Jego historia będzie symbolicznym przedstawieniem dramatu cywilizowanego świata, jakiemu przez lata nie udało się ucywilizować kraju, w którym dyplomaci i wolontariusze wykonywali mrówczą codzienną pracę.


Bohater Bärfussa pozostaje sam ze sobą, z przerażającą teraźniejszością i dręczącymi go wspomnieniami. Pozostaje w towarzystwie myszołowa, któremu próbuje uratować życie. Jak? To bardzo znaczące, jak David postrzega swe działania wobec opierzonego przyjaciela: „Rąbałem na kawałki psy, które ktoś dla mnie zabijał. Zdrowe, silne psy. Rąbałem je, aby karmić nimi kalekiego ptaka. Najbardziej obłędne było to, że cała moja praca, całe moje życie tutaj funkcjonowało na podobnej zasadzie, a ja nie potrafiłem dostrzec w tym nic niewłaściwego.” Czy misja ludzi pokrewnych Davidowi była misją pokoju, misją niosącą dobro, misją sprawiedliwą? Czy dokonania Europejczyków zmieniających Rwandę mają jakieś znaczenie w momencie, kiedy wszyscy uciekają jedynie od krwi i przemocy? Czy w świecie tak przerażającym jak rzeczywistość stu dni, w której wymordowano ponad 800 tysięcy ludzkich istnień jest miejsce na to, by jasno określić, czym jest dobro, sprawiedliwość i potrzeba pomocy?


W tyglu tragicznych zdarzeń znajdują się także dramatyczne wspomnienia związku Davida z Agathe. Ich bliskość wywołuje w bohaterze niepokój i staje się źródłem tłumionych kompleksów. To bliskość toksyczna, ale tak samo toksyczna wydaje się rzeczywistość pogrążającej się w chaosie Rwandy, a intensywność przeżywanych przez kochanków uczuć jest ogromna, chociaż tak wiele ich dzieli.

Pasjonującą historię o poczuciu winy i prawdziwej winie, o bezradności i przerażającej pustce wobec zbrodni ludobójstwa, o miłości w czasach pogromu i o upadku w nicość opowiada powieść barwna, niepokojąca, bezkompromisowa i odważna. Bärfuss i Hatzfeld to autorzy, których przekłady znać należy po to, by nie odwracać oczu od Rwandy, od której odwrócono się w 1994 i do dziś nikt nie śmie naprawdę spojrzeć na problemy tego kraju.


Korporacja Ha!art, 2010

2010-08-13

"Wyspa" Dmitrij Strelnikoff

„Wyspa” to opowieść o czasie, który płynie wstecz. Historia, w której wszystko zostanie zakwestionowane i potwierdzone na nowo. W gruncie rzeczy to liryczna opowieść o miłości, niespełnieniu, o upokorzeniu, strachu i niepewności. Myśli rozpoczętych przez Strelnikoffa jest wiele, nie wszystkie rozwinięte są jednak w stopniu wystarczającym. Nie jest to książka wolna od kilku banalnych przemyśleń i wniosków, ale tym razem Strelnikoff potrafi naprawdę zaskoczyć.

Po groteskowym i dowcipnym „Ruskim miesiącu”, przygnębiającej i symbolicznej historii Nikołaja i Bibigul wśród kazachskich stepów, otrzymujemy coś na kształt psychologicznego thrillera, w którym istotna będzie rola obrazu. „Wyspa” bowiem operuje obrazami i na obrazach się opiera. Nieprzypadkowo to specyficzny traktat o istocie fotografowania. Trzecią książkę Strelnikoff buduje na kadrach. W jaką całość się złożą? Warto sprawdzić podczas lektury.


Wydawnictwo W.A.B., 2010

Całość tekstu na stronie G-Punkt

2010-08-08

"Kawa u Doroty" Wojciech Chmielewski

Wojciech Chmielewski prezentuje specyficzną jakość we współczesnej literaturze polskiej. To realista, który lubuje się w niedopowiedzeniach i przez to czyni swoją prozę tak bardzo niejednoznaczną, choć osadzoną w szarej rzeczywistości. „Kawa u Doroty” to jego pierwsza powieść, ale jej zawartość jest wtórna wobec choćby wydanego przed dwoma laty zbioru opowiadań „Brzytwa”. Zagubienie, samotność, próby szukania siebie w przeszłości, do tego obowiązkowy motyw wędrówki, ucieczek i powrotów oraz duszna atmosfera zawieszenia gdzieś między życiem a śmiercią, której doświadczanie będzie najważniejszym przeżyciem głównego bohatera książki, będącego świadkiem odejścia szkolnego kolegi, sąsiadki, rodziców…

Trudno powiedzieć, czy „Kawa u Doroty” porwie czytelnika, bo i nie jest to chyba powieść, która ma porywać. Ci, którzy znają dokonania twórcze Chmielewskiego mogą być rozczarowani, bo pojawia się w trakcie lektury taka myśl, że ten smutny pisarz wciąż obsesyjnie wraca do banalnych problemów egzystencjalnych. Ci, którym nazwisko nic nie mówi, szybko dostrzegą, iż książka ta wpisuje się w nurt zawiedzionych życiem monologów wewnętrznych bohaterów wieku średniego, jakich wiele już poznać mogliśmy na przestrzeni ostatnich lat. Czy warto zatem przeczytać „Kawę u Doroty”? Warto na pewno wiedzieć, iż mamy do czynienia z prozą bardzo poważną. Tak poważną, że nie pozwalającą na to, by uśmiechnąć się choćby na chwilę przy czytaniu o kilku ocierających się o groteskę sytuacjach w niej opisanych. Trzeba o tej opowieści napisać ze śmiertelną (sic!) powagą i jeżeli to zniechęci do czytania, trudno. Bohater Chmielewskiego nie może żyć bez kawy w „Błękitnej” podawanej przez kelnerkę Dorotę. My możemy przeżyć bez wnikania w jego egzystencjalne rozterki.

Autor buduje obraz mężczyzny niespełnionego i zagubionego. Pozornie ma wszystko, co zapewnia spokój – kochającą rodzinę, pracę, ustabilizowane życie. Tylko czy artysta – a jest nim były malarz zmuszony przez los, by studiować techniczny kierunek – jest w stanie odnaleźć się w ustabilizowanym świecie powinności męża i ojca? Zasadniczym problemem jest brak poczucia przynależności do jakiejkolwiek grupy społecznej i wiekowej. Mężczyzna Chmielewskiego ma już za sobą młodość, a jeszcze nie otarł się o starość. „Czuję się zawieszony pomiędzy, bez określonego statusu. Byłem już w grupie pierwszej, jeszcze nie dotarłem do drugiej”. To zawieszenie powoduje, iż nie jest w stanie cieszyć się tym, co ma. To, co zdobył, to wynik nieustannego zmagania się z życiem, które zawsze rzucało mu kłody pod nogi albo przez które sam je sobie rzucał. I pierwszym źródłem wiadomości o tym życiu są wspomnienia, bolesne i smutne, naznaczone piętnem wyobcowania od dzieciństwa aż po dorosłość.

Wychowany w małym miasteczku u boku bogobojnej babci któregoś dnia wyrusza do wielkiego miasta, w którym musi rozpocząć nowe życie. Na jego drodze pojawiają się różni ludzie, ale bohater czuje, że istnieje gdzieś obok nich. Doświadcza nie tylko trudów dorastania w samotności, lecz przede wszystkim uczuć lokowanych niewłaściwie i w niezbyt sprzyjających momentach. Pasja malowania, odzwierciedlania rzeczywistości za pomocą rysowanych kresek, jest jednocześnie sposobem ucieczki od tej rzeczywistości, jaka niesie ze sobą wiele zagrożeń. Jest zatem bohater Chmielewskiego swoistym eskapistą i unika życia. A przecież tak naprawdę żyje bardzo intensywnie, o czym możemy się przekonać, czytając już wspomnienia z wczesnej młodości.

Najbardziej interesujące wydają się jego relacje z kobietami. Tym bardziej, że wizerunek tejże postaci uzupełniany jest z perspektyw kobiet, jakie pojawiły się w jego życiu i komentują (w listach) jego poczynania i doświadczenia. Najważniejsze kobiety to oczywiście babka i matka. Potem pojawia się bliskość z siostrą zakonną Lidią. Są i młode kobiety – jedna określana mianem Blond Loczki, druga imieniem Sylwia. To niepełnosprawna sąsiadka, która wydaje się być najbardziej wnikliwą obserwatorką życia bohatera. Jest w końcu żona, także Dorota (choć nie tytułowa), u boku której mężczyzna znajduje obecnie wsparcie i pokrzepienie. Każda z kobiet w jego życiu oddziałuje na tego życia postrzeganie i każda z tych relacji mogłaby być rozwinięta w osobnych historiach, które nadawałyby się na powieści. Chmielewski kreuje bohatera zależnego od kobiet, od ich wpływów, od bliskości, której się w tych relacjach boi. Strach to także jedno z ważniejszych doświadczeń w „Kawie u Doroty” i to ze strachu wypływać może wiele decyzji, jakie w życiu podejmuje bohater powieści.

Ta książka to interesująca próba manewrowania między tym, co realne i dosadne a tym, co symboliczne i tajemnicze. Tyle tylko, że momentami staje się albo przewidywalna, albo statyczna, albo po prostu męcząca, niestety. Powieść o tym, jak pozory mogą mylić i dynamiczne życie można zatrzymać w miejscu. Obawiam się jednak, iż w miejscu stanie także jej czytelnik i może być odrobinę rozczarowany.

Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", 2010

2010-08-05

"Gracze" Karina Obara

Chociaż fabułę tej książki poznać można już z krótkiej noty na okładce, chociaż zdarzenia układają się przewidywalnie i w sposób oczywisty, mamy do czynienia jednak w „Graczach” z powieścią stawiającą mimo wszystko więcej pytań niż odpowiedzi, a może nawet tylko ze znaków zapytania się składającą. Karina Obara napisała historię wstrząsającą, brutalną, prowokacyjną i bardzo wyrazistą. To książka, wobec której nie można pozostać obojętnym i dokumentalne wręcz świadectwo rozpadu ludzkich relacji w świecie, w którym wirtualna rzeczywistość infekuje umysły młodych ludzi na tyle, że przez chwilę przestają być ludźmi. Czy aby na pewno?

Cezary i Michał żyją w świecie własnych imaginacji i rojeń podsycanych krwawymi scenami, w których aktywnie uczestniczą jako gracze komputerowi. Introdukcja powieści przedstawia ich rodziny tak, jakby sytuacje rodzinne chłopaków – tak przecież różne od siebie – miały dać jakąkolwiek wskazówkę przy rozwiązywaniu zagadki brutalnych mordów, jakich dopuszczą się bohaterowie. Cezary dorasta w rodzinie, która pozornie zapewnia mu wszystko, co potrzebne do szczęścia. Michał tyle szczęścia nie ma, bo wychowuje go matka-prostytutka. Tak naprawdę jednak ani Cezary w swym pełnym dostatku domu wzorowej rodziny ani Michał w kalekich relacjach z samotną matką nie odnajdują tego, co daje im gra „Misja” – poczucia niezależności, siły i panowania nad wszystkim, co ich otacza.


Młode osobowości „Graczy” skontrastowane są z ludźmi, jacy starają się żyć wedle praw porządkujących świat realny, czyli ten, od którego w wirtualną rzeczywistość morderstw i przemocy uciekają Cezary i Michał. To przede wszystkim ich rodzice, którzy starają się robić wszystko, by synom żyło się jak najlepiej. To jednak także rówieśnicy chłopców, którzy nie poddają się władzy wirtualnego świata i starają się układać swe stosunki z innymi przede wszystkim w oparciu o niepisane prawa tak zwanego „realu”. Będą to także ludzie, którzy później zajmą się młodocianymi mordercami, ale tak naprawdę wśród nich wszystkich najważniejsza jest pewna dziennikarka śledcza, która do końca nie jest przekonana, czy pewniej czuje się, tropiąc afery i pisząc o dramatycznych zdarzeniach z życia typowego, dwustutysięcznego miasta, czy też zasiadając co wieczór przed komputerem i oddając się rozmowom z wirtualnymi znajomymi. Sabina przypadkowo zetknie się z Cezarym, a ich naznaczone gniewem, lękiem i frustracją relacje staną się początkiem próby zrozumienia umysłów młodych graczy przez dużo od nich starszą dziennikarkę.


„Gracze” to przejmujące studium rozwoju nienawiści jako uczucia ukrywającego strach, samotność i niedowartościowanie. To opowieść, w której wędrujemy tam, gdzie nikt nie chciałby się znaleźć. W rejony, gdzie ludzka złość przeradza się w nienawiść, a z niej rodzi się pragnienie zakwestionowania powszechnych norm i rozbicia ich. Obara stworzyła postacie tragiczne i smutne. Cezary i Michał są kimś na kształt współczesnego Raskolnikowa. Chcą zabić, by pokazać swoją siłę. Chcą zadać śmierć, by udowodnić, iż mogą sprzeciwić się prawom już ustanowionym. Pragną dokonać mordu, by przenieść nań całą swoją nastoletnią gorycz, ból i cierpienie. Siłą „Graczy” jest fakt, iż książka najpierw ukazuje motywacje do działania, a potem szuka odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę się stało.


Bo nie stało się tylko bestialskie podwójne morderstwo. Runęło wszystko to, co do tej pory stwarzało pozory normalnego życia. Obara w swej książce ustawicznie kwestionuje także pojęcie „normy” i stara się ukazać złożoność czynników postępowania zarówno kata, jak i ofiary. Nie znajdziemy jednak w „Graczach” odpowiedzi na pytanie o to, skąd wzięło się zło i dlaczego istnieje. Nie odpowiemy sobie na żadne pytanie dotyczące bohaterów – ani zdesperowanych nastolatków ani ich cierpiących rodziców. Trudno jednoznacznie także określić motywy postępowania Sabiny, która zmaga się z traumą wspomnień z dzieciństwa i której życie jest równie toksyczne co relacje, jakie opisuje, próbując zrozumieć Cezarego i Michała.


Karina Obara napisała książkę o niebezpieczeństwach, jakie niesie ucieczka w wirtualną rzeczywistość, ale także o braku jakiejkolwiek pewności w relacjach międzyludzkich, które świat wirtualny dodatkowo niszczy. Ta mroczna opowieść to strumień wielu świadomości i konglomerat myśli, jakie nie chcą się wzajemnie zazębiać, bo nie można tak naprawdę zrozumieć motywacji do działania drugiego człowieka. To nie tylko powieść o mordercach i zagrożeniach, jakie niesie ze sobą komputer. To przede wszystkim dotykająca najczulszych strun historia o tym, że żyjemy ze sobą na co dzień, ale tak naprawdę każdy z nas jest obok drugiej osoby, a nie przy niej.


Wydawnictwo W.A.B., 2010

2010-07-29

"Prędkość światła" Javier Cercas

Javier Cercas opowiada historię, której do końca nie można pojąć. Jak bowiem mówi jego bohater: „Możliwe jednak, że nie trzeba całkowicie rozumieć jakiejś historii, żeby móc ją opowiedzieć”. „Prędkość światła” to przejmująca opowieść o dorastającym do tworzenia pisarzu i o jego przyjacielu, weteranie wojny w Wietnamie, która na zawsze zmieni jego życie, zamieniając je w pasmo udręk i wyrzutów sumienia. Historia Cercasa rozpięta jest nie tylko między duszną Hiszpanią a sprawiającym wrażenie pustego miasta Urbana w stanie Illinois. Rozgrywa się pomiędzy zdarzeniami lat sześćdziesiątych minionego stulecia w Wietnamie a latami, kiedy amerykańscy żołnierze po raz kolejny walczą w konflikcie zbrojnym, łudząc się, iż w Iraku wypełniają taką samą misję dziejową jak przed laty w Azji Południowo-Wschodniej.

Jeśli spojrzeć na tę powieść tylko pod kątem wątku wojennego, mamy u Cercasa do czynienia z kolejną antyamerykańską powieścią rozliczeniową, taką jak, między innymi, wydana niedawno książka Dona DeLillo „Mao II”. To nie jest jednak tylko opowieść o wojennej traumie i jej wpływie na życie Amerykanina, który nie jest w stanie funkcjonować w społeczeństwie po powrocie z Wietnamu. To przede wszystkim powieść o roli niedopowiedzeń, o akcie twórczej kreacji, o nazywaniu rzeczywistości, o stwarzaniu jej na nowo i o mówieniu o tym, czego nie można tak naprawdę wyrazić słowami. Piękna historia o męskiej przyjaźni, o istocie pisarstwa, o sukcesach i życiowych porażkach, ale przede wszystkim o niespotykanej więzi i empatii, dzięki którym powstaje tak czytelna fabuła złożona z tylu pozornie nieczytelnych przesłanek.


Właściwym bohaterem „Prędkości światła” jest wyobcowany Rodney Falk, którego pewien hiszpański stypendysta poznaje na uniwersytecie w Urbanie i z którym połączy go miłość do książek, fascynacja językiem katalońskim i poczucie bycia sobie na przekór, nieznośności życia i tego, jak trudno jest się w nim odnaleźć. Od początku można się zorientować, że cała dramatyczna spowiedź narratora będzie próbą oddania sensu życia Rodneya i jednoczesnym odkrywaniem sensu życia własnego, również przepełnionego dramatycznymi zdarzeniami i koniecznościami nieustannych wyborów. To historia apokryficzna, niepełna i niejasna, ale, z drugiej strony, uwodząca niezwykłym zmysłem obserwacji i dążeniem autora do tego, by opowiedzieć losy własne i cudze, umiejętnie znajdując w nich pewien wspólny mianownik. Rodney staje się dla narratora źródłem fascynacji, lęku i swoistej siły, dzięki której może on rozwijać się w życiu, a następnie wciąż to życie porównywać z losem przyjaciela.


Co łączy obu mężczyzn poza tym? Obaj w pewien sposób uciekają od samych siebie. Obaj cierpią z powodu samotności, chociaż jest to zupełnie inna samotność. Falk przeżył wojnę w Wietnamie. Doświadczył tam śmierci brata, okrucieństw i absurdów, sam stał się okrutny. Jego hiszpański przyjaciel szuka w Stanach Zjednoczonych zapomnienia i ucieka od samego siebie. Wracając do Hiszpanii, rozpoczyna życie, którego nie planował i nie chciał realizować tak, jak zaczyna się ono układać. Obaj na swej drodze życiowej spotkają bliskich im ludzi, ale najbardziej przejmująca bliskość powstaje między nimi. Mimo tego, iż jest w niej jednocześnie sporo szorstkości. Cercas próbuje te relacje opisać w taki sposób, że skupia się głównie na tym, czego w nich brakuje. Tak też powstaje opowieść o Rodneyu – nazywając wszystko to, czego nie można odnaleźć, zrozumieć, nazwać i określić.


Siłą „Prędkości światła” jest doskonałe stopniowanie napięcia przez autora i fakt, że z pozoru prostą historię można opowiedzieć w tak niezwykły sposób. Proza Cercasa jest pełna napięcia i zmusza do zastanowienia się nad tym, czym naprawdę jest pisarstwo i jak wielką siłę może mieć literacka fikcja oparta na przejmującej prawdzie.


Wydawnictwo W.A.B., 2010

2010-07-26

"Poradnik domowy kilera" Hallgrímur Helgason

Czy zabijanie to rzemiosło jak każde inne? Czy można przejść przez życie z bronią w ręku, cynizmem na twarzy, sumieniem ukrytym gdzieś głęboko pod pokładami ironii i sarkazmu? Co się wydarzy, kiedy w pewnej chwili zawodowy kiler stanie się trzęsącym się ze strachu przed wymiarem sprawiedliwości osobnikiem, który zdany zostanie na łaskę pewnych nawiedzonych islandzkich katolików, a jedynym schronieniem będzie dla niego strych w mieszkaniu śmiałej i bezpruderyjnej młodej kobiety? Czy na oddaloną od świata mroźną wyspę wulkanów i lodowców można uciec od traumatycznej przeszłości naznaczonej bałkańskim konfliktem zbrojnym i krwią na rękach, która przypomina nie o zabójstwach dla pieniędzy, lecz o zbrodniach w imię źle pojętej konieczności? Na te i wiele innych pytań daje odpowiedź znakomita książka Hallgrimura Helgasona, która nie pozwala się od siebie oderwać i serwuje porcję rozrywki w stylu Quentina Tarantino, wspominanego zresztą na kartach „Poradnika domowego kilera”.

Tomislav Bokšić wyznaje specyficzną filozofię życia. „Myślę o sobie jak o myśliwym. Zarabiam na życie, strzelając do świń”. Wojna w rodzinnej Chorwacji nauczyła go zabijać. Uczynił z zabijania filozofię życiową i dzięki zabijaniu, paradoksalnie, utrzymuje się przy życiu. Tomislav lubi żyć intensywnie, jest bogaty, ma wspaniałą dziewczynę, dużo zleceń i prestiż w kryminalnym półświatku. Usuwając kolejne ofiary, usiłuje usunąć własne wspomnienia, ciążące mu coraz bardziej i niepozwalające zapomnieć także o mrocznej tragedii rodzinnej, która na zawsze odciśnie się piętnem na jego życiu. Bokšić jest życiowo ustawiony – świetne nowojorskie mieszkanie, zasobne konto, dostęp do wszelkiego rodzaju rozrywek i używek, przyjemna i dająca satysfakcję praca. I co? I pewnego dnia popełnia kardynalny błąd, który spowoduje, iż zupełnie nieoczekiwanie ze ścigającego stanie się ściganym, zmuszony będzie jako ojciec Friendly (sic!) zaprzyjaźnić się z pewną islandzką rodziną, bo to do Islandii skieruje swe kroki po tym, jak spartoli robotę i federalni tym razem będą bardzo zainteresowani tym, by wreszcie go ująć. Tak oto rozpoczyna się barwna i pasjonująca opowieść o mordercy, który przechodzi duchową przemianę i który zaznaje ciepła w chłodnym skandynawskim kraju. Intryga sensacyjna w powieści Helgasona to jednak tylko tło dla zarysowania codzienności Islandii, o jakiej zarówno Bokšić, jak i większość ludzi wie tak niewiele.


Przybywając z Tomislavem do Islandii, poznajemy kraj krok po kroku. Tak wielki szowinista, twardy gość z gunem, uosobienie męskości przedłużonej o metalową lufę niosącą śmierć, nie jest w stanie pojąć, iż w tym zimnym kraju kobieta równa jest mężczyźnie. Bokšić traci punkt zaczepienia i swą siłę nie tylko dlatego, że stanie się zależny od charyzmatycznej Gunholder, ale również dlatego, że w kraju, który w przeciwieństwie do jego ojczyzny nie zaznał żadnych wojen i rozlewu krwi, nie można nabyć broni, nie znaczy nic siła i przemoc, nie jest się w stanie poczucia wszechmocy budować na… przemocy. Dodatkowo Bokšić zmuszony jest przez pewien czas udawać księdza, a potem poddać się pewnej duchowej terapii, która każe mu spojrzeć na swoje dotychczasowe życie z zupełnie innej perspektywy.


Trup ściele się gęsto w „Poradniku domowym kilera” głównie w retrospekcjach, bo w Islandii, gdzie nie ma przemocy i morderstw, nikt przecież nikogo nie może zabić. Bokšić zmuszony jest do konfrontacji nie tylko ze specyficznym krajem, w którym ludzie nie potrafią stać w kolejkach i masowo oglądają finały konkursów piosenki Eurowizji, ale przede wszystkim z samym sobą. Wspomnienia z młodości w ogarniętej wojną Chorwacji, dorastania w samotności i mierzenia się z nią przez całe dotychczasowe życie każą Tomiemu spojrzeć na otaczający go świat z nieco innej perspektywy. Zamknięty w lodowej islandzkiej klatce, Bokšić musi rozprawić się raz na zawsze ze swoją przeszłością i zrozumieć sens przyszłości, której wydaje się zupełnie nie dostrzegać.


Powieść Helgasona to naprawdę błyskotliwie skonstruowana opowieść o zabójcy z wielkim sercem, o poszukiwaniu szczęścia, o izolacji i próbach jej przełamania, a przede wszystkim celna i autoironiczna opowieść o Islandii pióra samego Islandczyka.


Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2010

2010-07-24

"Nienawidzę was!" Piotr Stróżyński

Książka Piotra Stróżyńskiego to prawdopodobnie kilka osobistych paraliterackich rozliczeń, awangardowy manifest buntu i nihilizmu jednocześnie, przepełniony złością i nienawiścią potok słów próbujących udawać dobrą narrację i sporo krzykliwego pustosłowia. Po buntowniczych opowieściach z punk rockiem w tle Beaty Kozłowskiej i Łukasza Gołębiewskiego Jirafa Roya prezentuje kolejną historię, którą z wypiekami na twarzy czytać będą zapewne tylko weterani festiwali w Jarocinie. Wtórną, mało atrakcyjną, nieznośnie dydaktyczną i po prostu nudną. Mimo tego, iż początek zapowiada wartką akcję i ciekawe rozwiązania fabularne. Przykro jest, kiedy kolejna książka musi udowadniać, że polska literatura współczesna wciąż opowiada o tym samym. O społecznych rozczarowaniach, o frustracjach, o niemocy, o programowej krytyce nowego porządku i niesprawiedliwości, która czyni życie w Polsce tak trudnym do zniesienia. Trudno także znieść pisanie Stróżyńskiego, w którym może zbyt wiele zacietrzewienia, a zbyt mało dowodów na to, iż autor po prostu wie, jak napisać dobrą książkę.

Rozliczenie ze złą Polską, w której nie można wytrzymać, nie będąc albo wciąż pijanym albo w jakikolwiek inny sposób oderwanym od rzeczywistości odbywa się u Stróżyńskiego dwutorowo. Najpierw bowiem poznajemy losy starszego z braci, Piotra. Wraz z nim wbijamy się w okrutną codzienność stanu wojennego, a następnie obserwujemy, jak polskie realia lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia destrukcyjnie wpływają na grupę outsiderów, jacy próbują udowodnić swą wyższość nad światem. Światem, w którym wyższość tę naznaczają uderzenia zomowskiej pały i odgórne dyrektywy rządu. Brutalnego rządu, który nie liczy się z obywatelami. Piotr z przyjaciółmi angażuje się w muzyczny projekt. Odrzucenie na festiwalu w Jarocinie i poczucie coraz większego bezsensu egzystencji w komunistycznej Polsce zmuszają go do tego, by uciec z kraju. Skoro wyemigrować dobrowolnie nie można, skoro rodzina to jedynie wciąż pijany ojciec i usługująca mu matka, skoro jedyną formą pokazania swej wyjątkowości jest głośny punkrockowy beat i wypijany hektolitrami alkohol, pozostaje jedynie potajemna ucieczka. Porzucamy tego bohatera w momencie, kiedy decyzja o opuszczeniu kraju jest w nim ugruntowana. Jego historię „przejmujemy” od młodszego o dwanaście lat Pawła, który próbuje rozwikłać zagadkę zniknięcia brata i ustalić, co się z nim tak naprawdę stało.


Paweł żyje w zgoła innym kraju. Innym, a przecież tak samo przygnębiającym. Tym razem nie trzeba myśleć o ucieczce, bo granice są otwarte. Milicyjny reżim zastąpiły twarde prawa krwiożerczego kapitalizmu. Paweł okazuje się być takim samym outsiderem jak jego brat przed laty. I właściwie tylko to ich łączy, bo szybko można odnieść wrażenie, że w wiecznie skupiającym się na sobie Pawle odkrywanie tajemnicy zniknięcia brata ma być jedynie kolejną zasłoną dymną dla abnegacji i tego, by za swe ponad trzydziestoletnie życie wziąć wreszcie odpowiedzialność. Paweł za nic nie chce brać tej odpowiedzialności i odnosi się wrażenie, że kreując jego losy autor tak naprawdę nie bierze odpowiedzialności również za to, co mu się pisze w kolejnych rozdziałach. A są one wciąż tym samym, bo Paweł nie ulega w trakcie wielu chwilami dramatycznych zdarzeń jakiejkolwiek przemianie. Właściwie zmierza po równi pochyłej ku upadkowi. I to przewidzieć jest już naprawdę łatwo.


Bohater Stróżyńskiego neguje właściwie wszystko, co go otacza. Jest nieodpowiedzialnym ojcem, niedoszłym literatem, bibliotekarzem po jakiejś policealnej szkółce czującym się zerem na rynku pracy. Paweł jest obok życia i obok Polski. To dla niego kraj absurdów, straconych szans, kraj wyzysku, oszustwa, kombinatorstwa, kalekich relacji międzyludzkich. Paweł nie odnajduje się ani w toksycznym domu, w którym może odczuwać jedynie nienawiść do obcych mu rodziców, ani w relacjach z kobietami, które są dla niego tylko źródłem różnego rodzaju kompleksów. Nie pomaga mu nawet konfrontacja z Markiem, dawnym przyjacielem brata z kryminalną przeszłością, głoszącym w zasadzie równie skrajne poglądy co sam Paweł.


Stróżyński próbuje sprzedać na kartach tej opowieści programowy bunt wynikający z niemocy i pozorną siłę, jaka staje się autodestrukcyjna. Próbuje, ale mu nie wychodzi, bo „Nienawidzę was!” to jedynie krzykliwa opowieść o cierpieniu, jakiego dostarcza życie wśród kompleksów i urojeń. Paweł nie jest przekonujący. Historia nie jest przekonująca. Wszystko, co napisane w tej książce może jedynie wzbudzać złość. Czytelniczą irytację o to, że dało się ukraść czas przez lekturę napisaną przez autora chyba sobie samemu na złość.


Wydawnictwo Jirafa Roya, 2010

2010-07-20

"Widzialny świat" Mark Slouka

"To niezwykła powieść wspomnieniowa. Składa się na nią to, co widzialne i to, czego dostrzec nie można, a co warto próbować opisać. Slouka rozpoczyna w konwencji swoistego reportażu, opisuje spotkania i rozmowy z ludźmi, którzy zainspirowali go do tego, by samodzielnie opisał historię własnej matki. Matki, której przecież tak naprawdę nie zdążył poznać. Kobiety, dzięki której przebywając w Stanach Zjednoczonych może zrozumieć, jak wojenna zawierucha zmieniła czeskie realia i opisać Czechosłowację, która istnieje już tylko w pamięci. Ale nie w pamięci Slouki, lecz w wyobrażeniach, jakie tworzy. To bowiem książka całkowicie fikcyjna, a jednocześnie niezwykle prawdziwa i dokumentująca to, do czego można wrócić jedynie pragnieniu poznania historii – dużej i małej."

Wydawnictwo Czarne, 2010

Całość tekstu na stronie G-Punkt

2010-07-19

"Wagon Rosja" Natalia Kluczariowa

Chociaż Natalii Kluczariowej nie można nazwać pisarką oryginalną, kiedy znamy polskie przekłady między innymi powieści Zachara Prilepina czy opowiadań Iriny Dienieżkinej, bo tupanie młodej Rosji usłyszeć można było w „Sańkji” czy „Daj mi”, jest jednak „Wagon Rosja” książką ważną i przejmującą. Kluczariowa tworzy kogoś, kto jednocześnie jest i antybohaterem, i rosyjskim romantycznym Konradem, który chce wziąć na swe barki cierpienia całego narodu. Wyalienowany Nikita to nie jest jedyna ważna postać w tej krótkiej powieści. Na jej kartach odbędziemy specyficzną podróż po codzienności Rosji, w której ważny będzie epicki krajobraz za kolejowym oknem, umiejętnie kreowany przez Kluczariową. To smutna opowieść o zagubieniu wewnętrznym, ale także o istocie państwowości współczesnej Rosji. Historia, która ma być w założeniu buntownicza i głośna. Tupanie bohaterów Kluczariowej - choć powtarza to, co czynili jej młodzi rosyjscy koledzy po piórze - jest wyraziste i daje do myślenia. Warto zatem wsiąść do tego rosyjskiego wagonu? Owszem.

Nikita jest młodym Rosjaninem, który w innych próbuje szukać swojej ojczyzny. Dokładnie zaś - samego siebie definiowanego przez tę ojczyznę. Jest nieznośnie ckliwy i sentymentalny. W dodatku na zabój zakochany w charyzmatycznej Jasi, która swemu buntowniczemu usposobieniu daje wyraz na jednym ze spotkań poetyckich, na którym tak oto kwestionuje rolę słowa: „Trzeba rozmawiać ze światem w jego własnym języku! A nasz dziwny, nowy świat rozumie tylko język okrucieństwa i gwałtu! Język bezpośredniego, destrukcyjnego działania! (…) Nie potrzebujemy już słów! Najgenialniejsze dzieło Nowej Sztuki objawiło się światu 11 września 2001 roku!”. Tego typu spektakularnych wyznań znajdziemy w „Wagonie Rosja” więcej, ale myślę, że to właśnie wątek nieszczęśliwie zakochanego w Jasi Nikity wart jest podkreślenia, bo daje wstępne rozeznanie, jakim człowiekiem jest bohater Kluczariowej i w jaki sposób autorka próbuje w swej książce oddać ducha współczesności.


A rosyjską współczesność budują interesujące biografie. Intelektualisty-cynika Roszczyna, który duchowo „morduje” swego studenta, a potem pomaga jego umysłowi „zmartwychwstać”. Homoseksualisty Griszy, porzucającego mroczny świat miejski przesycony erotyką i hedonizmem, by odnaleźć szczęście i przeżyć duchową metamorfozę u boku popa, kołchoźnika i geja w jednym gdzieś w „Dupie Świata”, gdzie swe miejsce odnajduje także Taisia, czeczeńska wiekowa uciekinierka, dla której życie w Rosji to pasmo udręk i rozczarowań. Wspomnianej Jasi, szukającej szczęścia wszędzie tam, gdzie go nie ma. Dziesięcioletniego Wani, który nie może przestać myśleć o tym, jak wiele niesprawiedliwości tkwi w otaczającym go świecie. Wielu innych ludzi, których łączy jedno – gorzkie rozczarowanie rzeczywistością. I w tym nie byłoby niczego szczególnego, gdyby nie sam Nikita, który tak silnie utożsamia się z losami ludzi, jakich poznaje, że nie potrafi żyć własnym życiem, bo wydaje się go nie mieć. To jego szukanie sensu siebie w innych jest najciekawsze.


Kluczariowa kreuje bohatera, który nie potrafi być nim naprawdę. Jest w Nikicie dużo nieznośnej naiwności, ale jest także specyficzna siła, która ujawnia się podczas manifestacji rozgoryczonych staruszków. To młody neurotyk, który pochłania opowieści i przeżycia innych, by nie definiować własnych uczuć. Tych przecież jest w Nikicie dużo, bo to wyjątkowy przykład bohatera współczującego. „Wagon Rosja” jest zapisem obserwacji życia i opisem niemożności odnalezienia się w tym życiu, które doskwiera nie tylko w Nikicie. I naprawdę interesuje taka opowieść z antybohaterem. Tyle tylko, że jej fabuła chwilami zanika na rzecz dość natrętnej moralistyki i truizmów, powodujących, iż ta proza jest dość przewidywalna.


Natalia Kluczariowa napisała książkę jednocześnie o buncie i niemocy. Opowieść o młodej Rosji ze starymi problemami i o starej Rosji, która nie może nadążyć za tym, co nowe. Czyta się „Wagon Rosję” z zainteresowaniem, bo do ostatniej strony trudno przewidzieć, ku czemu zmierza sama autorka. A ku czemu zmierza jej ojczyzna?


Wydawnictwo Czarne, 2010

KUP KSIĄŻKĘ