2012-07-24

"Turnus" Tomasz Łubieński

Postać Tomasza Łubieńskiego jest znana i ceniona. W jego dorobku artystycznym brakowało prawdziwej powieści. „Turnus” to proza z jednej strony mglista i dwuznaczna, z drugiej jednak dość czytelna, choć zanurzona w nurcie rwanej, pozornie chaotycznej narracji pewnej kobiety, która szuka celu życia. W tej książce zderzy się ze sobą kilka światów. Szara i ponura rzeczywistość polskiej „ściany wschodniej”, mało romantyczne, choć paryskie klimaty; idylliczność Krety z jej bogatą przeszłością i chaos z niepewnością oraz okrucieństwem świata okupacji drugiej wojny światowej. Można by rzec, że na wakacyjny turnus Łubieńskiego mógłby udać się każdy czytelnik, bo choć może nie jest to do końca książka dla każdego, można w niej odnaleźć jakieś własne miejsce i być może także cząstkę samego siebie.

Persi jest młodą rezydentką, która opiekuje się turystami przybywającymi na Kretę. To taka prowincjonalna polska Persefona, która dała nogę z Białej Podlaskiej, gdzie zatrzymał się dla niej czas i po niezbyt radosnym paryskim epizodzie, postanowiła uciec na południe, by tam poczuć się wolna od balastu wspomnień. „Dlaczego człowiek chce być nagle całkiem wolny na jakiejś bezludnej skalistej wysepce? Od wszystkiego? Złego i dobrego? Przez ileś tam godzin? Dniami i nocami?”. Takie pytania można zadawać sobie zarówno w stosunku do kolejnych turystów pod opieką Persi, jak i do niej samej. Zwłaszcza do niej samej. Bohaterka Łubieńskiego to specyficzna przewodniczka. Okazuje się, że oprowadza nas… głównie po swoim życiu, gdzie wiele jest przykrych wspomnień, dużo emocji dnia dzisiejszego i które cały czas się kształtuje na gorącej wyspie, skąd trudno jest się wydostać – nawet po to, by pożegnać zmarłą matkę…

Persi nie wpisała się w oczekiwany przez rodzinę schemat żony i matki. Zrobiły to za nią jej przyjaciółki z podstawówki. Gosia rozczarowana jest nijakością związku, Zosię mąż jawnie zdradza. Dodatkowo brat Persi to niebieski ptak, którego nie trzymają się ani pieniądze ani praca. Co można odnaleźć w Białej Podlaskiej? Siebie samą sprzed lat czy tylko smutny cień przeszłości? Persi nie jest stworzona do tego, by wić rodzinne gniazdko, gotować, rodzić i zajmować się podobnymi przyziemnymi sprawami. Przecież jest absolwentką Europejskiej Szkoły Turystyki i praca rezydentki jest dla niej stworzona. Nic to, że wyjazd na Kretę trzeba było okupić szybkim numerkiem na biurku rektora. To Persi nie przeszkadza. Wiele spraw jej nie przeszkadza. A to, co wadzi, chce głęboko ukryć. Jeśli się nie da, przynajmniej nabrać do tego dystansu. Właśnie w scenerii Krety, jaka dziś jest celem masowej turystyki, kiedyś zaś była kolebką sztuki, dzięki której teraz można lepiej poznawać swoje życie, zestawiając je z antycznymi wzorcami.

Sama Persi także jest na Krecie jakby przez chwilę, w przelocie. „Bo przecież na tej ziemi jesteśmy turystami, każdy w danej chwili, w danym punkcie naszej biegowej trasy”. Ona jak nikt inny wie, co to znaczy podróżować przez życie i zdaje sobie sprawę z tego, iż nic nie jest nam dane raz na zawsze. Może z wyjątkiem śmierci. Bo to o niej w dużej mierze będzie „Turnus”. Może nie o samym procesie umierania, co o pewnej idei odejścia z tego świata. Godnego odejścia. Pożegnania, któremu nadana zostanie specyficzna wartość. Kreta to nie tylko turystyczne życie. W gruncie rzeczy to doskonałe miejsce na to, aby odejść. W jakim sensie?

Podczas pracy z kolejnym turnusem Persi poznaje specyficznego turystę. Profesor spóźnia się na zbiórkę, od początku pokazuje swoją indywidualność i odmienność od grupy. To naturalnie przyciąga Persi, ale dużym uproszczeniem byłoby nazywanie ich relacji zauroczeniem. Pewne jest, że dziewczyna szybko dostanie się w orbitę wpływów charyzmatycznego Profesora, specjalistę od zdarzeń drugiej wojny światowej i okupacji, która odbierała ludziom życie i nadzieję. Mężczyzna proponuje Persi specyficzną podróż. Wyprawę na szczyt – taką, co to nigdy nie będzie miała zakończenia. Czy oboje dotrą na Psiloritis? Czy chodzi o to, by wspólnie przemierzać przestrzeń, piąć się w górę? A może będzie to podróż inna zupełnie, metaforyczna i kierująca nas w inne rejony, niż górzysta Kreta? Zacieśniająca się przyjaźń i bliskość między Persi a Profesorem będzie jednocześnie symbolem duchowej jedności, która może mieć miejsce nawet wtedy, gdy ludzie są od siebie skrajnie różni.

„Turnus” z jednej strony jest ciekawym szkicem socjologicznym. Z drugiej natomiast to przygnębiająca opowieść o rzeczywistości, do której wciąż zmierzamy i gdzie dotrzeć nie możemy. Łubieński napisał o ruchach wokół nas i wewnątrz nas. O Historii, która lubi się przypominać i każe dzięki sobie inaczej spojrzeć na wiele spraw. To w końcu egzystencjalny dramat godzenia się z końcem i o świadomości naszej ulotności na tym świecie. Ciekawie skonstruowana książka, dzięki której poczujemy oddech Krety – wyspy zakurzonych psów i tysiąca wąwozów. Wdychając rześkie, greckie powietrze, nauczymy się od Persi, iż w życiu – mimo jego zawirowań – jest pewna harmonia i porządek.

„Turnus” to historia uciekania od życia i kochania go mimo wszystko. Opowieść o namiętnościach ledwie nakreślonych, ale bardzo żywych i przekonujących. Narracja, w której kultury, światopoglądy i zwyczaje wejdą w dialogi ze sobą. Wyborna lektura, nie tylko na lato. Myślę, że jedna z ciekawszych książek tego roku.

Wydawnictwo W.A.B., 2012

KUP KSIĄŻKĘ

2012-07-22

"Trzeci brzeg Styksu" Krzysztof Beśka

Przeczekałem okres medialnych peanów nad kryminałem Krzysztofa Beśki osadzonym w realiach dziewiętnastowiecznej Łodzi (co poczytywane jest za największy atut powieści) i przystąpiłem do lektury z opóźnieniem, acz sporym zainteresowaniem, bowiem jest to książka interesująca. Beśka jako kolejny polski prozaik ogłasza początek własnej serii powieści z dreszczykiem. Chciałbym napisać o tym, dlaczego „Trzeci brzeg Styksu” spowodował, że nie sięgnę po następne historie tego autora. Ta pozycja bowiem pokazuje dość smutną prawdę. Czasami bowiem można naprawdę się napracować, doszlifować książkę w najdrobniejszych wręcz szczegółach, stworzyć całość zamkniętą kompletnie i idealnie, ale… jednocześnie wydać rzecz bez ducha, bez iskry i bez potencjału.

Wspomniałem, że to pozycja interesująca. Owszem. Imponuje to, w jaki sposób Beśka ją stworzył. Rzekomo największy atut – topograficzny obraz Łodzi końca XIX stulecia – nie jest nim w istocie, bo tak naprawdę nie mamy do czynienia z powieścią dokumentalną, lecz kryminalną. Wielu autorów tego typu powieści nadawało miastom, w jakich dzieje się akcja, rangę dodatkowego bohatera. Miasta te naprawdę żyły. Mimo wszystko były jednak tłem. Beśka przytłacza swoją Łodzią, duszno w niej i nieprzyjemnie. Pewnie, że tak miało być, bo to miasto z niczego, które ogniskuje w sobie wszelkie zło; miasto bez duszy, bez klimatu, zapracowanych ludzi i – w XIX wieku – niemieckich, polskich, rosyjskich i żydowskich wyrzutków, którzy czują się w Łodzi wyobcowani, bo na siłę zostali w nią wtłoczeni. Chodzi mi bardziej o to, że cały „Trzeci brzeg Styksu” jest w nieprzyjemny sposób nadęty, kostyczny i chłodny, a portretowana Łódź podkreśla jedynie, iż mamy co czynienia z prozą, w której autor zapewne dopieszczał każdy przecinek i kropkę, ale której jednak brakuje tego najważniejszego – duszy i swobody interpretacyjnej, jaką każda dobra powieść akcji powinna serwować czytającemu.

Mnogość postaci, mnogość zdarzeń. Najważniejsza historia zaciera się w natłoku tych mniej ważnych, a może roszczących sobie prawo do większej uwagi. Zbyt wielu bohaterów papierowych, stworzonych na potrzebę kilkunastu stron. Niezbyt błyskotliwe odniesienie zarówno do kultury antycznej, jak i symboliki Wielkiego Tygodnia. Zdarzenia, które nużą. Opowieść monumentalna, ale jednocześnie zimna i martwa. Taki kryminał dojrzałego realizmu, bo cechy pozytywistycznej powieści realistycznej uwypuklone są wyraźnie i chwilami przesadnie. Fakt, opisów przyrody jak u Orzeszkowej nie ma (co sam autor zaznaczał, polecając powieść na stronie Zbrodni w Bibliotece). Wystarczająco dużo opisów przygnębiających przestrzeni i mało interesujących postaci. Do tego połączenie scen wybitnie brutalnych, jak odnalezienie zwłok detektywa wypatroszonych na haku w rzeźni z sygnalizowaniem pozytywistycznej emancypacji w postaci dojrzewającej do brutalnego świata hrabiny Marii Potulickiej, która odegra znaczącą rolę w głównej intrydze książki. Krzysztof Beśka chciał spróbować wszystkiego, użyć wszystkiego. A że ogólnie tego za dużo, stąd też zmęczenie lekturą już w okolicach jej połowy. Nie szczegółami przyciąga się uwagę czytelnika kryminałów, lecz sprawnie rozwijającą się fabułą. U Beśki sprawnie rozwijane są opisy do opisów i charakterystyki z charakterystyk. O słowa się nie potykamy, ale grzęźniemy w nich. Chwilami bez szans na ratunek.

Trudno pisać o fabule, bo jest niezwykle zagmatwana. W 1892 roku ginie sześcioletni syn Friedricha Neumanna, właściciela sześciu fabryk włókienniczych. Johann znika bez śladu i łódzcy stróże prawa nie są w stanie wpaść na żaden ślad uprowadzonego dziecka. Pierwszą wskazówkę odkrywa niejaki Dziubłowski, pracujący bez ważnej licencji detektyw, którego zatrudnia matka Johanna. Los będzie tak chciał, że sprawę kontynuować będą inni detektywi – doświadczony Riepin i jego asystent Stanisław Raczyński, syn przyjaciela Riepina, posiadający tajemnicze zdolności i równie tajemniczą przeszłość. Kiedy przy odnalezionym małym Neumannie dojdzie do zaskakującego zwrotu akcji, uwolni ona prawdziwego, najważniejszego bohatera – detektywa Berga. A potem zaczną znikać inne dzieci. Najpierw syn inżyniera Szałkowskiego, a następnie mały Koon, którego ojciec – żydowski wynalazca wykraczający daleko w przyszłość w tym, co robi i myśli – jest bliskim przyjacielem Riepina. Znikające dzieci, kolejne zawalenia łódzkich kamienic, wysychające studnie, uprowadzenie lekarza Kalczyńskiego do domu tajemniczego barona w masce… Wydawać by się mogło, że tak wzbogacona o zdarzenia fabuła będzie się toczyć wartko. A nie toczy się. Jest senna i ma się wrażenie, iż niektóre wątki tworzone były na siłę.

Łódź jest centrum zdarzeń, ale i punktem odniesień do myśli różnych bohaterów. Policjanci, właściciele karczm, arystokraci, biurokraci oraz fabrykanci – każdy w jakiś sposób próbuje określić swoje miejsce w takim, a nie innym mieście, w którym trudno doprawdy ujrzeć coś naprawdę optymistycznego. Zbrodnia, śmierć, prostactwo i zachowawczość; z drugiej strony wieczorne życie elit, czyli teatralne deklamacje dzieł Adama Mickiewicza czy poetyckie wieczorki przy poezji Goethego – jest Łódź dwubiegunowa i nie ma właściwie niczego pomiędzy. Tak też jest z narracją „Trzeciego brzegu Styksu”. U Beśki słowo znaczy dokładnie to, co ma znaczyć. Pomiędzy słowa nie możemy ani wejść, ani też dostrzec, że gdzieś tam między starannie stawianymi znakami interpunkcyjnymi kryje się dodatkowa zagadka, intryga…

Dom Wydawniczy REBIS, 2012

KUP KSIĄŻKĘ

2012-07-18

"Wszystko dla niej" Beata Rudzińska


PATRONAT MEDIALNY
Trudno dzisiaj napisać dobre opowiadanie. Albo nie ogarnia wieloaspektowości poruszanych problemów albo też jest niedopracowane w tym względzie, że ukazuje zaledwie ułamek rzeczywistości, a stara się mówić o czymś większym. Beata Rudzińska stanęła kiedyś tam przed zadaniem napisania kilku krótkich narracji. Starała się umieścić opisywane problemy w jakimś szerszym kontekście, a jednocześnie pokazywała ich unikatowość, subiektywność. Dowodem na to, iż jej wyszło, jest zbiór czternastu miniatur literackich pod intrygującym tytułem „Wszystko dla niej”.

Autorka pisze o życiowych dramatach. O związkach, które się rozpadają i o namiętnościach, jakie za wcześnie gasną. O poczuciu zmarnowania własnego życia i o ponownym odrodzeniu, gdy robi się już tylko to, czego się pragnie. Rudzińska opowiada proste historie życiowe, ale bynajmniej ich nie upraszcza. Przyglądamy się z oddalenia temu, w czym być może sami moglibyśmy istnieć. Odbiór tej złożonej problematyki jest inny, niż gdyby sprawy dotyczyły nas samych. „Jakie to wszystko zwyczajne, gdy patrzy się z boku. Jakie ponure i nie do ogarnięcia, gdy osobiście się przeżywa”. Autorka wydobywa z mroku dramaty oświetlane przez światło narratora ogarniającego dużo więcej niż mogą zobaczyć bohaterowie. „Wszystko dla niej” to polifoniczna opowieść o duchowych rozterkach, które mogą wydawać się nam obce, ale w gruncie rzeczy każdy przeżył choć jedną podobną sytuację z tych, które opisują opowiadania Rudzińskiej.

Istotny jest zapewne pierwiastek kobiecy w tych tekstach, co sugeruje chociażby tytuł (akurat tak zatytułowane jest jedno ze słabszych opowiadań zbioru). Nie zawsze bohaterkami są kobiety, choć z pewnością ich problemy dominują w narracjach Beaty Rudzińskiej. Kobieta w jej tekstach jest obecna wieloaspektowo. Dosłownie – jako kochanka, żona, powierniczka myśli, samotna w związku i pozostawiona samej sobie. Symbolicznie – jako siła miłości, ale i nienawiści; namiętności, ale i szaleństwa zdrady. Kobiecość jest gloryfikowana i deprecjonowana; trudno przewidzieć, jakie znaczenie dla finałowego akapitu może mieć bohaterka zaprezentowana w introdukcji. Ona. Istnieje w świecie realnym, ale i symbolicznie. Jest gwarantką przemian, jej katalizatorem. Bywa uległa, śmieszna, zaborcza i zła. Także kocha i szuka szczęścia, zwykle poza wieloletnim związkiem. Potrafi być dobrym materiałem na bohatera uniwersalnego i takim kimś się staje. Wszystko między słowami zapisanymi porządnie, składnie i z finezją.

Wyróżniają się u Beaty Rudzińskiej kobiety przegrane. Czują, że nie spotka ich już nic dobrego. Taka jest Ewa ze „Skrywanych pragnień”, która ugrzęzła w codzienności jako żona i matka. To też Barbara, nauczycielka biologii, w której dawno ukrytą i wypartą namiętność wzbudza młody kolega z pracy w opowiadaniu „Romansik”. Rozczarowana życiem i macierzyństwem jest także 40-latka z tekstu „Trzydzieści sześć i sześć”. Każda z nich próbuje cokolwiek zmienić, nie chce biernie poddawać się nijakości życia. Nie każdej to się uda. Ewa po niespodziewanej wizycie nastolatków w podróży, po gorącej salsie i pysznym winie oraz po śladzie, jaki na jej skórze zostawia młodzieńcza fascynacja Tymka, wie nazajutrz, że można coś zmienić i robi to. Kostyczna Barbara szybko potrafi stłumić namiętność i nie chce wyjść z ram, w jakich sama się uwięziła przed wielu laty. Trzecia bohaterka przeżywa dramat kobiety, którą jeszcze stale jest po przekwitaniu. Jej kobiecość męczy ją. Odpowiednia dla ciała temperatura nie jest temperaturą jej obolałej duszy.

Praktycznie w tekstach takich, jak wspomniane wyżej, nie dzieje się tak naprawdę nic, a przecież dzieje się bardzo wiele. Myślę, że to już umiejętność Beaty Rudzińskiej – napisać o czymś mało wyraźnym dla tego, kto tego nie przeżywa, ale w taki sposób, by nie stała się ta historia po prostu zbiorem tak, a nie inaczej złożonych literek. W zbiorze „Wszystko dla niej” jest więcej takich tekstów. Znajdziemy też opowieść o takiej kobiecie, która niczego nie jest w stanie już uratować i może jedynie podpalić dom, wspomnienia, marzenia i wszystko to, czym było jej życie wcześniej (chwilami pretensjonalne, ale dość wyraziste opowiadanie „Żar”). Mamy też niezbyt radzących sobie z życiem mężczyzn. W tekście „Synuś” bohater – puer aeternus znajduje substytut kobiety w erotycznej lalce. W otwierającym zbiór „Chichocie Dionizosa” mężczyzna po dwudziestu latach związku nie jest w stanie utrzymać przy sobie kobiety – niespokojnej jak wody nieopodal Sardynii. W „Rekordziście” otyły Franek dzielnie walczy o względy swej partnerki, co jednak nie jest wystarczające, bo zmienić trzeba by nie tylko wagę ciała.

Są i zwierzęta we „Wszystko dla niej”, ale takie opowieści pcheł czy narracje wiernych psiaków mogą być traktowane jako dość egzotyczna odskocznia od pozostałych tekstów. Narracje Rudzińskiej nabierają blasku im bardziej są realistyczne. Stąd też lekkie niezadowolenie po lekturze symbolicznego i poetyckiego opowiadania „Hentai” zamykającego zbiorek.

Dużo w tych tekstach smutku. Melancholii może nawet więcej. Wszystkie traktują o sprawach trudnych i rzadko pokazują, że trudności można przezwyciężyć. Autorka zaznacza, że kluczem do szczęśliwego życia u boku drugiej osoby jest komunikacja na co dzień. Właściwa, nie zdawkowa. Wielu życiowych dramatów we dwoje można uniknąć, ale rzadko staramy się, by tak się stało. „Wszystko dla niej” to lektura mądra, głęboka i bardzo przemyślana. Zmusi do myślenia przede wszystkim o uczuciach, które na co dzień ukrywamy przed światem.

Wydawnictwo AMEA, 2012

2012-07-16

"Opowieść niewiernej" Magdalena Witkiewicz

Poprzednie książki Magdaleny Witkiewicz jakoś umknęły mej uwadze, ale myślę, że „Opowieść niewiernej” to taka samoistna bomba marketingowa, która może poruszyć rynkiem sprzedaży książki i której nie powinno się zestawiać z wcześniejszą twórczością jej autorki. Dlaczego? Myślę, że po kupnie w domach czytelników będzie wywoływać dwie wyraźne reakcje. Mężczyźni, których partnerki i żony będą czytać książkę, po przekartkowaniu jej będą czuć się niespokojni. Kobiety, które zauważą tę lekturę na nocnym stoliku męża w sypialni, prawdopodobnie poczują zdziwienie i konsternację. Zakładając, iż powieść Witkiewicz czytana będzie głównie przez kobiety, biada tym związkom, w których nigdy nie poruszało się w rozmowach tematu zdrady małżeńskiej.

„Opowieść niewiernej” sankcjonuje taką zdradę i stara się wyjaśnić, dlaczego. Początek dość przekorny. Ewa – główna bohaterka – rozpoczyna od następujących rozmyślań: „Zdrada zawsze była dla mnie czymś złym, haniebnym i obrzydliwym. Czymś, co rujnuje związek, zabija miłość, niszczy marzenia, daje ogromne poczucie niesmaku”. Co takiego wydarzyło się w jej życiu, że ta koszmarna rzecz stała się jej udziałem? Dlaczego Ewa uległa innemu i jak czuje się kobieta po zdradzie? Witkiewicz chce pokazać, że nie wszystkie kobiety są monogamiczne i mężczyźni nie powinni się czuć bezpiecznie w związkach. Głośno bowiem o częstych wyskokach mężów i cierpieniu żon. Tutaj proporcje się odwrócą. To żona będzie się łudzić, że w kontaktach z innymi mężczyznami znajduje to, czego potrzebowała, a jej partner odkrywając tajemnicę, będzie polerował dodane mu rogi, zamiast się ich pozbyć. Myślę, że to nie problem kobiety niewiernej jest tu najważniejszy. Pytanie, które ciśnie się na usta podczas lektury, brzmi nieco inaczej. Dlaczego stało się tak, że dopiero zdrada zmienia cokolwiek w istniejącym związku? Skąd wzięły się pragnienia i potrzeby tej, która z jednej strony miło spędza czas z ckliwym i łzawym przyjacielem z młodości, a z drugiej oddaje się w dzikim szale silnemu macho, który posuwa ją na biurku swego gabinetu, niewiele mówiąc o samym sobie?

Tuż obok siebie wychodzą książki, będące kobiecymi studiami nad zjawiskiem zdrady oraz jej mrocznych aspektów. „Pasja według św. Hanki” Anny Janko chyba czytelniej wskazuje wiele dwuznaczności sytuacji zdrady, Magdalena Witkiewicz proponuje bardziej łopatologiczną historię, w której generalnie wszystko można przewidzieć. Obie książki niejako uzupełniają się i obie napisane są przez kobiety głównie dla kobiet, bo to czytelniczki przede wszystkim mają być poruszone tym, co te dwie pisarki robią ze swymi bohaterkami miotającym się między gasnącą, ale wciąż tlącą się miłością w związkach a pragnieniami, które każą im ten maleńki ogień miłości gasić.

Ewa już na starcie rezygnuje z marzeń. Jej wybranek Maciej nie chce ślubu kościelnego. Wystarczy cywilne zatwierdzenie ich związku, bo tak naprawdę potrzebuje go tylko po to, by wspólnie się rozliczać i zaoszczędzić nieco pieniędzy. Tych pieniędzy, za którymi wciąż będzie gonił i które staną się dla niego substytutem szczęścia. Pieniądze, za które można kupić nicość. Posiadanie, w jakim nie ma miejsca na uczucia i bliskość. Ewie dość wcześnie zapala się w głowie światełko alarmowe, dość szybko orientuje się, iż ten związek może nie dać spełnienia. Ewa myśli: „Może szczęśliwe małżeństwo to zasługa białej sukni, rzuconego welonu i marszu weselnego przy akompaniamencie szlochów mamuś, babć i przyjaciółek. Może właśnie wtedy wychodzi?”. Ceremoniał sprawy nie załatwia, lecz może daje jej inny wymiar. Jakiej sprawy? Sprawy udanego związku i życia z mężczyzną, który będzie rozumiał partnerkę. Maciek Ewy nie rozumie. Zamyka się w świecie swoich spraw – praca, budowanie domu, bierny odpoczynek przed telewizorem… Ewa w końcu przestaje także rozumieć Maćka. Szkoda, że rys mężczyzny zdradzonego jest popełniony dość niewyraźną kreską. Witkiewicz pewne problemy w relacjach swego małżeństwa nieco trywializuje, ale być może dzięki temu postać tytułowej niewiernej staje się bardziej wyrazista. Myślę, że o to w tej książce chodzi, bo ma uwieść kobiety, nie mężczyzn.

Gdy Maciek wprowadza się do Ewy (nie planują wspólnego mieszkania, a budowany na drugim końcu Polski dom to sprawa wyłącznie jego), kobieta czuje, że zanika w niej pasja życia. Stworzyła sobie pewien plan bycia szczęśliwą, ale Maciej nie jest w stanie się w ów plan wbić. Dlatego też Ewa szuka najpierw przyjaciela w opuszczonym przez małżonkę Michale, a potem kochanka w silnych, spoconych i męskich ramionach Pawła, który tym samym puszcza kantem swą ciężarną żonę. Opowieść bohaterki Magdaleny Witkiewicz to historia zapadania się w sobie bez możliwości otwarcia na zmianę. To rzecz o poszukiwaniu wszystkiego tego, co możemy znaleźć obok nas, jeśli tylko się o to postaramy. Faktycznie, wiecznie zapracowany Maciek nie stara się jak powinien, ale czy Ewa stara się wystarczająco, by choć przez chwilę zrozumieć jego męski punkt widzenia?

Idealnym związkiem jest relacja najbliższej przyjaciółki Ewy, Gośki, która ze swym Miśkiem zbudowała sobie raj na ziemi. Ewa (sic!) czuje się z takiego raju wykopana już na wstępie, chociaż stale łudzi się, iż jej mąż jednak się zmieni, wyjdzie naprzeciw jej oczekiwaniom i staraniom. Dodatkowo cierpi przy nim, bo on nie chce mieć dzieci i nie docenia, iż żona próbuje zawsze podnosić się po każdym życiowym upadku. Nastąpi dzień, kiedy podnieść już nie będzie się chciała. Czy wówczas skoncentrowany na sobie i swojej pracy Maciek będzie w stanie podać jej pomocną dłoń?

„Opowieść niewiernej” to dość brawurowa książka, która z pewnością wywoła zainteresowanie – czytelników obu płci. To nie jest jakaś wielka literatura, ale za to literatura zaangażowana. A w dzisiejszej sprzedaży niemal wszystkiego chodzi o wyzwalanie tymi produktami emocji. Czy Witkiewicz stworzyła produkt, który dobrze się sprzeda? Czy jednak nie jest to opowieść mimo wszystko jednowymiarowa i wiele aspektów życia w związkach wyraźnie upraszcza?...

Wydawnictwo Świat Książki, 2012


KUP KSIĄŻKĘ

2012-07-14

"Łóżko" David Whitehouse

Powieściowy debiut brytyjskiego dziennikarza Davida Whitehouse’a to dość specyficzna i oryginalna jakość. Myślę, że dużym nadużyciem jest porównanie tej prozy do pisarstwa Topora oraz Palahniuka, które proponuje Piotr Kofta na okładce książki. „Łóżko” to faktycznie mroczny dramat egzystencjalny, ale także ironiczny obraz świata rzekomo ustabilizowanych wartości, spraw, gestów i słów, które po jakimś czasie mogą jedynie wydać się nudne. Potworny grubas Mal, którego poznajemy w pierwszym rozdziale, to – po dwudziestu latach żarcia i leżenia w łóżku – nowy produkt popkulturowy, który trudno sprzedać, bo nijak nie można określić, czym jest decyzja życiowa Malcolma Ede; deklaracja o tym, iż od momentu 25 urodzin nie wstanie z łóżka, bo nie ma już celu, by to robić.

Mroczny komizm i świetne, satyryczne pióro Whitehouse’a być może powodują, iż należy umieszczać jego twórczość w konwencjach, jakie prezentują Topor lub Palahniuk. Autor idzie jednak swoją, własną drogą. Jego historia iskrzy od początku do końca, chociaż staje się przewidywalna, a momentami zmusza do zadania kilku prostych pytań, na które nie ma odpowiedzi. Takich w rodzaju – skąd matka Malcolma czerpie środki (bo siłę być może z miłości) na to, by paść go jak słonia przez dwadzieścia lat? Wydaje się, że historia opisana w „Łóżku” da się dość jasno wytłumaczyć. Bunt głównego bohatera ma charakter swoistej autodestrukcji. Mal chce uciec od konformizmu, wpadając w kolejny konformizm, który tłumaczy tym, iż nadaje sens życiu nadopiekuńczej matce. Ona przecież nie potrafi niczego innego, jak dbać o obiekty swej miłości. Malcolm chce wypowiedzieć wojnę światu, ale wypowiada ją przede wszystkim własnemu zdrowemu rozsądkowi, jak również rodzinie, włożonej w pewne społeczne ramy, które pękają i rozsadzają ją tak, jak otyłe cielsko Malcolma rozsadza łóżko, na którym tkwi od lat.

Kluczowymi pytaniami, jakie zadają sobie media i obserwatorzy wegetacji Mala na całym świecie, są pytania o to, dlaczego postanowił usankcjonować przestrzeń łóżka jako miejsca, w którym może wypowiedzieć wojnę normom społecznym oraz co takiego się stało w dotychczasowym, w miarę poukładanym życiem niesfornego 25-latka, że zdecydował się na stagnację, jednocześnie powodując, iż jego najbliższe otoczenie zaczęło wirować, gubiąc się w tym i męcząc? Malcolm Ede któregoś dnia stwierdza: „Pracuję za biurkiem. Gram w komputerowe bijatyki. Gdy idę na wybory, mój głos niczego nie zmienia. Nie mogę niczego kupić za moje zarobki. Może moim celem jest wskazać cel innym?”. Jakie przesłanie ma nieść wieloletnie pozostawanie bez ruchu i obżeranie się prawie do nieprzytomności? Czym jest akt szaleństwa, któremu rodzina Mala próbuje nadać znamiona czegoś zwyczajnego, efektu złego samopoczucia i złości na świat? Mal skupia na sobie uwagę świata i mediów, ale tak naprawdę nie potrafi nic z tym robić. Będąc dotychczas krnąbrnym dzieckiem, które rówieśnicy uważali za świra, a ukochana Lou za wyraziciela nowatorskich myśli inteligenta, Mal polegując w łóżku staje się bierny i porzuca wszystko to, co nazywało go wcześniej. Pozostaje jedynie nagość. Ekshibicjonizm młodego chłopca, który rozbiera się nawet w miejscach publicznych, staje się ekshibicjonizmem chorego od monotonii grubasa, do którego już nie sposób się zbliżyć.

Jedyną osobą, której Mal przez lata pozwala się do niego zbliżyć jest Mama. To istota dobrotliwa, która wszystko wybaczy. Bez żadnej większej refleksji przechodzi do porządku dziennego nad decyzją swego syna, który nie zamierza opuszczać łóżka. Karmi go, opiekuje się nim. Ma wyraźny cel. Ma obiekt, któremu może się poświęcić bezgranicznie. Troska tej smutnej postaci jest jednak bardzo toksyczna. Brat Mala zauważa: „Jej troska była niczym koc, który dusił nas, a zarazem ogrzewał”. Mal przekonany jest o tym, iż swą biernością wyzwala w niej życie. Jego brat widzi, jak latami odmierzanymi przez wyświetlacz na ścianie, Mal skutecznie gasi w matce pragnienie życia innego niż kucharki i opiekunki wielkiego wieloryba, który nigdy nie okazuje jej wdzięczności.

Ciekawa jest anonimowa postać brata, którego oczyma będziemy przyglądać się dorastaniu Mala do decyzji o tym, by przestać się rozwijać i pozostać biernym. Mal zawsze był wyraźny, dostrzegany przez innych, często uznawany za fascynującego egocentryka. Mal to także prawdziwy mężczyzna, przyjaciel, kochanek. Do czasu, kiedy rzuca wszystko w diabły i kładzie się na przeklętym łóżku. Choć jego brat chce zerwać z chorym przyzwyczajeniem do dziwactw Mala, nie jest w stanie – dosłownie i metaforycznie – opuścić ich wspólnego pokoju i poddać się rytmowi życia, które ofiaruje mu między innymi obiekt miłości, jaki wcześniej odrzucił jego brat, czyli fascynującą Lou.

„Łóżko” to poruszający obraz ruchu bez wartości i bezruchu jako filozofii. Whitehouse stworzył historię człowieka, który nie uczestniczy w życiu, jednocześnie angażując do tego uczestnictwa wszystkich innych wokół siebie. To także błyskotliwy obraz toksycznej rodziny, w której każdy skazany jest na samego siebie. To opowieść o rozpadzie – świata, wartości, miejsc i relacji międzyludzkich. Jednocześnie dowcipna historia o świecie, z którego można kpić, ale nie można się od niego uwolnić. Tak jak Mal z czasem nie może się uwolnić od łóżka, które jego życiu nadało sensu w bezsensie.

Wyrazista i przejmująca rzecz o samotności, wyobcowaniu. Niewiele dająca nadziei, a jednocześnie bardzo witalna i powodująca, że zdajemy sobie sprawę z tego, iż łóżko może i lubimy, ale świat poza nim także wart jest tego, by go polubić i z niego nie rezygnować. Wygrywa bowiem nie ten, który leży w łóżku, lecz jego brat, pełen prostolinijnego umiłowania życia. Właśnie życie wygrywa. I sympatię czytelnika, który czytać będzie „Łóżko” w napięciu i z przyjemnością.

tłum. Anna Popiel

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2012



KUP KSIĄŻKĘ