2013-02-19

"Miód trzmieli" Torgny Lindgren

Współczesna literatura skandynawska serwuje nam wiele smakowitych opowieści o relacjach braterskich i trudach życia w skomplikowanych zależnościach więzów krwi. Temat traktowany jest różnorodnie. W "Submarino" Jonasa T. Bengtssona bracia torturowani są przez samo życie; przez wspomnienie znienawidzonej matki i przez dostrzeganie, iż obaj stanowią swoje przeciwieństwa, choć tak bardzo się przyciągają. Bliźniacy w powieści "Ty pierwszy, Max" Leeny Parkkinen zrośnięci są ze sobą tułowiami i biografiami. Obaj to outsiderzy i ludzie – dziwadła. Obaj muszą znosić trudy życia odmiennie, ale w ścisłej zależności, jaka utrudnia im codzienną egzystencję. Opowieść o braterskich więzach próbuje ratować dość marny kryminał, jakim jest "Dobry brat, zły brat" Mattiego Rönki. Tutaj bracia różnią się od siebie i w toku sensacyjnej intrygi poznają niejako na nowo, wchodząc w role tego drugiego.

Czy jest to zatem powieść psychologiczna, obyczajowa czy kryminalna, motyw braterstwa jest co najmniej chwytliwy w skandynawskim pisaniu, a jego wykorzystanie w symbolicznej opowieści Torgny Lindgrena zbliża nas najbardziej do wykorzystanego przez Bengtssona wzorca. Bracia w „Miodzie trzmieli” torturują się nawzajem swoim istnieniem. Tyle tylko, że ta tortura jest jednocześnie kluczem do zrozumienia czegoś zupełnie innego i nie są to bynajmniej skomplikowane relacje braterskie w dosłownym sensie. Lindgren napisał opowieść pozornie prostą, ale jednocześnie trudną do odczytania; jest tam kilka poziomów interpretacji. To może być mroczna baśń, przypowieść, narracja z dreszczykiem czy parabola. W końcu konkretnie osadzona w zimnym miejscu opowieść o lodowatych relacjach będących historią o odwiecznej walce dobra ze złem. W jednym człowieku. W jego wnętrzu. Zranionej duszy.

Rzecz dzieje się gdzieś na północy Szwecji. Do miasteczka przybywa pisarka z odczytem „o świętych szaleńcach i błaznach”. Po spotkaniu otrzymuje propozycję noclegu u pewnego mężczyzny, który wydziela woń trupiego rozkładu. Kobieta przystaje na to bez większego oporu i pozwala wywieźć się gdzieś daleko, na odludzie zasypane śniegiem i do domu, w którym pozna opowieść, jaka zmieni jej sposób postrzegania świata i perspektywę pisarską, którą przyjęła, by opisać losy św. Krzysztofa. Bezimienna pisarka to postać tajemnicza i nieprzewidywalna. Staje się łącznikiem między dwoma domami w sensie dosłownym i dwiema biografiami na płaszczyźnie metaforycznej. Początkowo bierna i jedynie słuchająca opowieści, potem zaczyna ingerować w ich tok. Ostatecznie nie podejmuje się wyjazdu, lecz wkracza między skłóconych i umierających braci, by odegrać rolę, jakiej nie przewidzieliśmy mimo uważnej lektury…

Gospodarz, czyli Hadar zmaga się z rakiem, pustką i poczuciem wyobcowania. Celebruje powolność, jakakolwiek życiowa szybkość jest mu obca. Teraz pozostały jedynie chwile, dni leniwie upływające, krótki czas przed pożegnaniem się  z życiem. Hadar chce się z nim rozliczyć, opowiadając swojemu gościowi o tym, co łączyło go z mieszkającym obok bratem Olofem. To opowieść o tym, że silne więzi pękły i że rozdzieliła ich dorosłość; opowieść o miłości i nienawiści, sile dobra i zła, wiecznym tych sił zmaganiu oraz o tajemnicach, które skrywają się w osobie żony Olofa oraz potomka, jaki przyszedł na świat, by jeszcze bardziej poróżnić braci. Lindgren snuje narrację statyczną i lakoniczną, niemniej jednak jego krótkie zdania oraz proste opisy powodują, iż opowieść o traumatycznej więzi Hadara z Olofem, wywołują gęsią skórkę, a z czasem świadomość, że może chodzić o jeden byt i jeden dramat, mistrzowsko rozpisany na dwie role i głosy.

Warto zwrócić uwagę na pewien paradoks sytuacji, w jakiej znajduje się pisarka. „(…) To, że Hadar jeszcze żyje, spowodowane jest tym, że walczy ze swoją chorobą, ale nie ma nic przeciwko chorobie brata, co więcej, jest przeciwko życiu brata, a równocześnie opowiada się za życiem własnym”. Obaj bracia wydają się czekać na to, aż odejdzie ten drugi. W przeszłości walczyli ze sobą i była to walka na śmierć i życie. Dzisiaj zgorzkniali i oczekujący końca, nie mogą zamknąć rozdziałów z życia minionego; nie mogą przede wszystkim stać się jednością, choć przecież nią są. Wydaje się, że przeżywają teraz coś na kształt wyostrzonej formy przeżywania własnej egzystencji. To z powodu powolnego umierania oraz samotności. Obaj mieszkają obok siebie, ale żyją w oddaleniu. Chcą się zwalczyć, a jednocześnie wysysają z siebie każdą możliwą cząstkę energii. W dużym uproszczeniu Hadar jest symbolem zła, Olof niewinności i dobra. Tyle tylko, że to wszystko nie jest takie proste do wyjaśnienia.

Dla Lindgrena braterstwo to ścieranie się, walka. „Braterstwo jest zjawiskiem naturalnym, podobnym do ciążenia ziemskiego, zaćmienia słońca czy zmarzliny, która wiąże glebę, więź między braćmi bywa silniejsza niż nienawiść i miłość”. Istotą ich więzi jest wzajemne atakowanie się i uzupełnianie. Mamy tutaj do czynienia z paraboliczną opowieścią o namiętnościach i okrucieństwie, które mogą zrujnować człowieka, jeżeli nad sobą nie zapanuje. Dodatkowym tropem jest tytułowy miód. Życiodajna słodycz? Zakazany owoc? Symbol więzi krwi i więzi, jaką łączy braci historia ich dziadka, który pożarł psa? W opowieściach Lindgrena dużo jest mroku i dwuznaczności. Dochodzą do tego naturalistyczne opisy czyniące z tej narracji książkę obrzydliwą. Moc autora tkwi w symbolice marazmu teraźniejszości i zagadce tego, co stało się przed laty, w 1959 roku i co na zawsze zmieniło życie Hadara i Olafa.

Ale… czy ci dwaj bohaterowie naprawdę żyją? Czy ich historia dzieje się naprawdę? Czy „Miód trzmieli” nie jest jakąś fantastyczną baśnią, której przesłania do końca nie poznamy? Mocna i niepokojąca proza. Do uważnej i powolnej lektury.

tłum. Dawid Jabłoński
Oficyna Literacka, 2012

2013-02-17

"Lepperiada" Marcin Kącki

O zmarłych nie wypada mówić źle. Nie wiem tylko, czy jest cokolwiek dobrego, co można powiedzieć o Andrzeju Lepperze, który 5 sierpnia 2011 roku wziął los (i sznur) w swoje ręce, odbierając sobie życie… Ten człowiek za życia śmieszył i przerażał; dla większości był nieprzewidywalnym gburem, część uznawała go za trybuna uciemiężonej bezrobotnej, niewykształconej i sfrustrowanej Polski. Obecnie to już tylko symbol. Symbol pewnego okrutnego i porażającego zjawiska, jakie przetoczyło się przez polskie życie społeczne i polityczne na przełomie XX i XXI wieku. Między innymi przez coś takiego wciąż jesteśmy unijnym ogonem, którego tylko z litości nie chce się wyprosić poza wspólnotę. Przez to nie rozwijamy się, a grzęźniemy w kłótniach, utarczkach, sądowych procesach, w szkalowaniu, nepotyzmie, egoizmie i dążeniu tylko do tego, by w taki czy inny sposób robić szum wokół własnej osoby, za nic mając polskość i fakt, że nasz kraj rozwija się w tempie dużo wolniejszym niż powinien.

Już widząc zapowiedź tej publikacji, wiedziałem, że na pewno ją przeczytam. Fenomen i patologia „Samoobrony” z jej charyzmatycznym na swój sposób liderem zawsze przyprawiały mnie o gęsią skórkę. Zwyczajnie się bałem tej dzikiej siły, która najpierw rozsypywała i rozlewała, co się da po ulicach, by potem siać zamęt, nienawiść i toczyć pianę na oczach milionów widzów w budynku parlamentu, do którego wielu z tych ludzi dostało się niczym koza z prologu książki – tylnymi drzwiami i przez zupełny przypadek. Tytułowe pojęcie media ukuły po tym, kiedy walczący na ulicach rolnicy polewaczki i gaz łzawiący atakowali… gnojowicą. Dziś, po kilku latach, kiedy „Samoobrona” to tylko koszmarne wspomnienie, a Andrzej Lepper dawno ostygł w sensie dosłownym i metaforycznym, widzimy wyraźnie, ile gnoju do polskiego życia publicznego wnieśli na butach i na ustach ludzie, którzy nigdy nie powinni dojść tam, gdzie dotarli.

Siłą reportażu jest jego stonowany charakter. Marcin Kącki – dziennikarz „Gazety Wyborczej” - opisuje człowieka, ugrupowania i systemy, z którymi przez lata walczył z zaangażowaniem, także emocjonalnym. Tymczasem „Lepperiada” wolna jest od jakichkolwiek emocji. To niezwykle dokładne, dokumentalne przedstawienie całego procesu wychodzenia Andrzeja Leppera z rolniczych walonek i wchodzenia na traktory, a także konsekwencji wprowadzenia się ze swym ugrupowaniem do Sejmu, w którym miało być już dużo bardziej goręcej niż było zazwyczaj. Kącki krok po kroku opisuje mechanizmy zdobywania publicznego zaufania, jakie oparte były na kłamstwie. Pisze o człowieku, którego wykreowały sprawy sądowe i równie jak on agresywni przeciwnicy polityczni. Wskazuje drogi dojścia do władzy ludzi jemu podobnych. Opisuje haniebne poczynania Renaty Beger, Stanisława Łyżwińskiego czy Danuty Hojarskiej, dla których cel uświęcał środki, a w środkach – tych najbardziej obrzydliwych – nie przebierali tak, jak sam Andrzej Lepper.

Jego postać jest najbardziej barwna i najsmutniejsza zarazem. Prosty rolnik znikąd stanął na czele jednej i drugiej barykady, poblokował kilkanaście dróg, wysypał nieco zboża, obrzucił inwektywami tego i owego oraz tak działał na emocje, by zjednać sobie ludzi dających sobą manipulować, a przede wszystkim wierzących w kłamstwa. Całą swą działalność Lepper opierał na tych kłamstwach. Zapętlił się w nich niemiłosiernie. Zginął, przygnieciony kulą gnoju, jaką sumiennie lepił ze swymi współpracownikami przez długie lata. Co to za postać?

Od początku niewiele był wart bez gromady. Potem gromadę trzymał krótko, a personalne roszady na wszelkich stanowiskach „Samoobrony” były niczym zwariowana karuzela, na której co rusz komuś robiło się niedobrze od swego pozbawionego godności i poczucia dobrego smaku życia. Leppera medialnie wykreował Piotr Tymochowicz. Kiedy ów krewki chłopina porzucił tych, z którymi blokował drogi i stanął w świetle jupiterów, trzeba go było mocno opalić, bo lepszy Mulat niż burak, a przecież w chwilach złości Lepper czerwienił się w mało estetyczny sposób. Człowiek, który zaczynał zdanie wciąż od „ja”, zaczął z czasem mówić w imieniu pewnej zbiorowości, ale pod tym „my” kryła się wciąż egoistyczna pazerność na pieniądze i sławę, którym nie towarzyszyły żadne moralne refleksje. Gdyby nie zło, jakie zostało wyrządzone, działania tego watażki urodzonego w Stowięcinie, można byłoby uznać jako coś na kształt „eksperymentu”. Działania, przemówienia i zachowania lidera „Samoobrony” czasami można było odbierać rozrywkowo jako podglądanie jakiegoś uczestnika reality show. Tyle tylko, że Lepper nie odgrywał swych tragikomediowych rólek w zamknięciu pomieszczeń z kamerami. On i jemu podobni szkodzili Polsce, ale przede wszystkim pokazali, iż moc złości, nienawiści i demagogii połączone z głupotą i cwaniactwem wciąż w naszym kraju mogą wiele zmienić. Może należałoby napisać – zniszczyć. Bo historia Leppera to historia przede wszystkim szeroko pojętej destrukcji. Wstrząsająca historia, która na kartach „Lepperiady” zrelacjonowana jest detalicznie, na chłodno i z dystansem. Dlatego też wiarygodność tego reportażu wzrasta, a ukazany problem uświadamia, iż w naszym kraju nadal postać pokroju Leppera znajdzie tych, którzy będą jej słuchać i ją popierać.

Kącki ukazuje smutny obraz „karier” opartych na kłamstwach, matactwach, nepotyzmie, wykorzystywaniu seksualnym oraz korzystaniu z immunitetów wszędzie tam, gdzie można uciec od odpowiedzialności karnej. To opowieść o walce oszołomów z systemem, bankami, prokuratorami, drogami, wszechobecną niesprawiedliwością i głupotą innych. To historia ludzi, jacy nie wahali się przed żadnym przekrętem, byle tylko znaleźć się tam, gdzie koryto może nie było chłopskie, ale zaopatrzone dużo zasobniej niż to wiejskie. Reportaż Marcina Kąckiego nie otworzy jakoś szerzej oczu tym, którzy mieli je otwarte, obserwując poczynania „Samoobrony”. Jest jedynie próbą pokazania, iż broń w postaci gnojowicy nie tylko śmierdzi. Czasami pozostawia ślady nie do usunięcia. A trudno zapomnieć o tragikomedii, jaką zafundował nam Lepper wraz ze swoją nieokrzesaną świtą. Czy takie rzeczy, takie zjawiska, takie dziwactwa mają tłumić dążenia do tego, by w tym kraju naprawdę kiedyś było lepiej? Drżyjmy, bo może nowy ładunek gnoju gdzieś w ukryciu szykuje już kolejny prosty, sfrustrowany i żądny sławy szkodliwy Polak w służbie samemu sobie…

Wydawnictwo Czarne, 2013

2013-02-15

"Amerykański matoł" Michał Wichowski

Dokąd podąża święty współczesny Odyseusz niczym Mikołaj z płóciennym workiem na plecach, wędrując po amerykańskich noclegowniach, ciemnych zaułkach i pośród szarej zimy Karoliny Północnej? O czym myśli polski opiekun amerykańskiego gbura, kiedy ten umiera i nie można mieć pewności, że da zarobić na wymarzony samochód? Jak wyglądają zwierzenia tych, którzy kiedyś się kochali, a obecnie nie mogą pojąć, kim są nie tyle dla siebie nawzajem, co dla samych siebie? Co czeka polskiego najemnego robotnika u boku amerykańskiego pracodawcy, który zmaga się z marazmem córki w depresji?

Czy te pytania brzmią intrygująco? Może. Bynajmniej nie są intrygujące odpowiedzi, jakich autor udziela ani też sposób jego opowiadania. „Amerykański matoł” to taka książka niepotrzebna. Zbiór trzynastu mniej lub bardziej udanych miniatur literackich, które nie niosą w sobie właściwie żadnej treści. Wyrastają z prozy życia i są szare jak ta proza. Niewiele tutaj myśli odkrywczych; niewiele jakiejkolwiek głębszej refleksji o świecie, który przecież tej refleksji się domaga. Temat przewodni bowiem dość chwytliwy. Michał Wichowski podejmuje się demistyfikacji „American dream”. Stara się to robić przewrotnie i z jakimś – niezauważalnym wcale – pomysłem. Dokłada „mądrości” o skomplikowanych relacjach damsko – męskich, skutkach upływu czasu i  stara się zwracać uwagę na męskość, bo przecież mężczyzna „To początek, środek i koniec”. Późne debiuty mogą być rewelacyjne. Świadczy o tym wydana przed rokiem "Rozwiązła" Jarosława Kamińskiego. Mogą być też niewypałami. Tym kolokwialnym określeniem można nazwać pisanie Wichowskiego.

W kilku tekstach widzimy smutnego wagabundę bez przyszłości, za to z wyraźnie uwierającą go teraźniejszością. Wędruje po Ameryce i tam zarabia na chleb. Prowadzi monotonne życie. Zawiera niezobowiązujące, niczego do fabuł opowiadań niewnoszące znajomości. Jego przelotne relacje z kobietami mają mieć znamiona czegoś fascynującego, ale to są znajomości bez właściwości. Tak jak ta proza. Nie pomoże jej nawet przewrotna przypowiastka o ziarenku czy „Żona Żydówka” – historia najbardziej interesujących niedopowiedzeń i chyba najlepszy tekst w zbiorze, ale ze zmarnowanym potencjałem.

„Każdy dzień jest ostatni” to tekst najwyraźniej chyba wskazujący, iż zbiorek ten ma być rozpisanym na różne opowieści traktatem o drodze, jej przemierzaniu i doświadczaniu przebytych kilometrów. To także przemierzanie przestrzeni w świadomości, we wspomnieniach. Gdzieś tam przecież majaczy Polska, która została opuszczona z różnych powodów. Dookoła Ameryka – szara, brudna, bez właściwości i bez perspektyw. Bohater niby przeniósł się odrobinę w czasie, a przede wszystkim w inne miejsce, lecz wokół ma to, co mu dobrze znane. Nie dąży do tego, by poznać coś innego. Wśród włóczęgów, nieudaczników, mało interesujących biografii jest mu dobrze. I to prawdopodobnie ma być siła tej książki. A nie jest. Wichowskiego pisanie o niczym to taka proza, która chce się rozstać ze stereotypami opisywanymi i wykorzystywanymi w języku, ale jakoś nie może. Wielka smutna słonica. Jak czytamy - „Opowieść opiera się na stereotypach, mniejszych lub większych, po prostu musi, bo bez tego nie mogłaby popędzić przed siebie, ale rozrosłaby się wszerz jak słonica”. Autor się zatrzymuje i nie jest w stanie dać kroku do przodu, choć sili się na to aż trzynaście razy. Doprawdy podziwu godna zawziętość, za którą jednak nic nie stoi.

„Amerykański matoł” to ludzkie twarze bez wyrazu jak twarz prostytutki z opowiadania „Psie mordy”. Wielu bohaterów definiuje tytuł innego tekstu – „Puste pestki”. Ani to proza ku pokrzepieniu czegoś, ani też teksty mające cokolwiek stawiać pod znakiem zapytania. Egzystencja człowieka, który opowiada, to zwykle szara biografia kogoś, kto przygląda się, podsłuchuje, notuje wnioski. Nic z nich nie wynika. Kategoria męskości z jednej strony gloryfikowana – co potwierdza wykorzystany wcześniej cytat – z drugiej będąca kategorią bylejakości i symbolem pustki. Bohater Wichowskiego często nie ma planu na życie. Obawiam się, że planu nie było na żadne z tych opowiadań. Męski punkt widzenia, o którym autor pisze na okładce, jest może nie tyle prosty, co zbanalizowany do takiej granicy, przy której proza z jakimś przesłaniem staje się jedynie tekstem ujmującym w słowach widziane i słyszane „teraz” bez żadnej właściwości ani celu.

W tych narracjach słowa się rozsypują. Nie ma niczego trwałego. Emigracyjne losy zwykłego szarego Polaka są równie pasjonujące co w niewypale sprzed lat, czyli w książce "Opowieść emigracyjna" Justyny Nowak. Drażniąca jest nijakość, jeśli nie jest sama w sobie jakąś figurą stylistyczną. Są tu przecież opowiadania zupełnie pozbawione jakiegokolwiek planu czy zamierzenia – „Ulica, na której nikt nie mieszka” czy „Na dziesiątym piętrze”. Świat Wichowskiego czasami jest nawet gorszy niż ponura rzeczywistość, z jaką musimy się na co dzień mierzyć. Nie pomaga zabieg umieszczenia losów poszukującego za oceanem. Niewiele tutaj pomaga. „Amerykański matoł” to takie prozatorskie samobójstwo i co gorsza, czyn wykonany przez kogoś, który nawet literackiego seppuku nie jest w stanie skutecznie dokonać. Do szybkiego zapomnienia, jeżeli już komuś przyjdzie do głowy przeczytać te trzynaście miniatur o polsko – amerykańskim deficycie zdobyczy materii i ducha.

Warszawska Firma Wydawnicza, 2013

2013-02-13

"Bandyci Rodriguez" Łukasz Gołębiewski

PATRONAT MEDIALNY
Młodzi, gniewni, zbuntowani. Uciekają już od dawna, od piętnastych urodzin. Dwójka bliźniaków, którzy oddają się chwili. Emocjom. Poświęcają całą energię i czas na to, by być przeciw czemuś. On ze Smithem &Wessonem 44, ona dzierżąca w dłoni Colta Pythona 357. Nie przebierają w środkach. Walczą do upadłego. Uciekają, bo nie ma niczego pewnego. Zabijają, bo zabija ich tak naprawdę żądza życia. Gorącego. Z rwanym oddechem, plamami potu na twarzy, ze śladami krwi na ubraniu. Oto bandyci Rodriguez – Richardo i Rosita. Nienawidzą wymiaru sprawiedliwości i mają to po dziadku. Żyją chwilą, w której mogą być panami siebie i swoich ofiar. Kradną, mordują, podróżują po Meksyku.

Mocne są okładkowe nawiązania do bohaterów Kerouaca czy Penna. Richardo i Rosita nie mają chyba tyle charyzmy. Bliżej im do meksykańskich „urodzonych morderców”, choć nie mają „parcia na szkło”, ale zabijają tym chętniej, im bardziej to spektakularne. To właśnie bohaterowie nowej książki Łukasza Gołębiewskiego. Autora, który poza Tomaszem Piątkiem, pisze i wydaje w takim tempie, iż czasem nie da się ogarnąć wszystkiego. Warto jednak ogarnąć tę meksykańską opowieść o cynikach, zgorzkniałych hedonistach; dzikich ludziach, dla których zabijanie to oddychanie i którzy żyją nieraz już darowanym wcześniej życiem, którego nie doceniają. Pewna jest bowiem śmierć, nie życie. Dużo zaś ciekawsze od śledzenia spektakularnej ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości będzie w tej książce czytanie retrospekcji, dzięki którym zrozumiemy być może, dlaczego Richardo i Rosita są, jacy są.

Zacznijmy od niej, bo to ona w dniu narodzin ujrzała świat pierwsza; jeszcze zanim wyszedł za nią z łona matki brat, nad którym stale sprawowała opiekę mimo tego, iż już jej potem nie potrzebował. Rosita jest postacią barwniejszą nie tylko dlatego, że prowadzi pojazdy mechaniczne, strzela na zawołanie, morduje i grabi bez większej refleksji. To tylko pozornie osoba nastawiona na „być” zamiast „rozumieć”. Przedstawia siebie następująco: „Nie kocham życia, jest mi obojętne, kiedy i jak umrę, ale kocham chwile, w których czuję, że pomimo zmienności losu panuję nad sytuacją, że sama wybieram, gdzie postawię następny krok”. Zmierza ku śmierci i jest tego świadoma, bo tak naprawdę tylko ona ją czeka, a ciąg zdarzeń do dnia, w którym odejdzie, ma ją tylko stymulować do działania. Choć rabuje, pieniądze i dobra materialne ma gdzieś. Dla Rosity liczy się szybkość, muzyka i przygoda. Świetnie odnajduje się w lesie; żyje w symbiozie z puszczą. Czuje rytm natury i zdaje sobie sprawę z tego, iż potrafi ona odebrać życie w zupełnie nieoczekiwanym momencie. Dlatego Rosita uważa, iż strach przed śmiercią to naprawdę strach przed życiem. Żyć natomiast chce na całego; szybko, niebezpiecznie, emocjonalnie, kompulsywnie.

Richardo podpisuje się pod myślą Cycerona – „Dum spiro, spero”. Na co żywi nadzieję? Że odejdzie spektakularnie, w glorii i chwale, pogodzony ze sobą, dynamicznie. Richardo woli działanie niż mówienie o tym działaniu. „Nie czuję się mocny w egzystencjalnych dysputach. Wolę postrzegać siebie jako wykonawcę, perfekcyjnego wykonawcę, wysokiej klasy rzemieślnika, nie mam w sobie nic z polityka, filozofa czy kaznodziei. Gadanie, wielkie słowa, to nie dla mnie”. Zakochany w swej kotce Muxo, lękający się snu i utraty kontroli, wciąż musi działać, wciąż być na linii ognia, wciąż pokazywać swoją wartość w akcji. Wielbi siostrę w każdym możliwym wymiarze. Kazirodcze obsesje seksualne Richardo to jedna z wielu emocjonalnych pragnień, dzięki którym mężczyzna umie przeżywać życie naprawdę. Jest mu wszystko jedno, co z nim będzie. Wcześniej potrafił narzucić sobie pokutę za swe czyny. Teraz rozgrzesza się sam i wraz z siostrą pędzi do przodu. Biegną niczym czarne jaguary, które już niczego się nie boją.

Akcja jest dość wątła i obejmuje dwa dni. 12 października 1996 obserwujemy, jak w hotelowym pokoju w Tuxtepec Richardo wymierza sprawiedliwość handlarzowi crackiem, który obraził jego siostrę wulgarnym gestem. Zdarzenia toczą się błyskawicznie, a przerwami na złapanie oddechu są – moim zdaniem – najważniejsze momenty, w których narracja cofa się i ukazuje tych dwoje takimi, jakimi byli kiedyś. Czy urodzili się źli? Czy uważają, że napad na bank, morderstwa, zestrzelenie ścigającego ich policyjnego helikoptera to złe czyny? Czy Gołębiewskiemu chodzi o to, by poddać ich naszej ocenie moralnej? A może ma to być specyficzna i symboliczna (choć wyraźnie osadzona w meksykańskich realiach, gdzie o przemoc łatwo i nierzadko uchodzi się wymiarowi sprawiedliwości) powieść drogi, która jest spadaniem ku przepaści, bez lęku przed tym spadaniem? Czytając „Bandytów Rodriguez” tylko jako książkę sensacyjną, stracimy wiele. Oto bowiem – tematycznie przecież wtórna – ciekawa opowieść o kondycji człowieka we współczesnym świecie. Tego, który od świata chce się oderwać. Nazywać wszystko po swojemu. Kierować sobą, swoim sumieniem. Nastawić się na odczuwanie, nie gromadzenie. Wybierać niewygodne rozwiązania, by nie ugrzęznąć w rzeczywistości zabijającej bezruchem.

To książka o przekraczaniu granic, głównie tych naszych, wewnętrznych. Kontestacja bliźniaków Rodriguez jest kontestacją totalną. Opowiedzieli się za modelem egzystencji, który skazuje ich na zagładę. Finał tej opowieści jest oczywisty do przewidzenia już w momencie, gdy zaczyna się ją czytać. Czy Gołębiewski jednak niczym nie zaskakuje? A może dramatyczne biografie outsiderów – przestępców to jedynie sygnał, iż mamy w tej książce do czynienia z treścią inną, głębszą? Wykraczającą poza granice Meksyku, a na pewno poza granice poznania i zrozumienia wielu z nas? Ku rozrywce, ale i ku rozwadze. Krew, hiszpańskie korridy, upał, burritos, tequila, gniew i szczęk przeładowywanej broni. Książka dla tych, co lubią sensację. Także dla tych, którzy potrafią znaleźć pod nią coś więcej. Meksykańskie bezprawie wita – zmierzysz się z nim?

Wydawnictwo Jirafa Roya, 2013