2014-01-10

"Bellevue" Ivana Dobrakovová

Wydawca: Słowackie Klimaty

Data wydania: 15 listopada 2013

Liczba stron: 292

Tłumacz: Izabela Zając

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Uciec od siebie...

Młoda słowacka pisarka mocno zaryzykowała tą książką. Takie pisanie może być poddane ostracyzmowi przez wszystkich, którzy uważają, że literatura to nie miejsce na przewracanie własnych wnętrzności. Odważne porównania do "Szklanego klosza" mogą nieco zaszkodzić "Bellevue". Plath pisała po prostu emocjami, Dobrakovová emocje podporządkowuje formie opowiadania o nich. A jednak to interesująca książka! Nie tylko dlatego, że o labilności, lękach, wewnętrznych demonach i o trudzie życia z samym sobą opowiada mimo wszystko ożywczo i wnosi do skomplikowanej problematyki życia zaburzonego nowy punkt widzenia. Świetnie wszystko to obrazuje narracja. Na początku mamy do czynienia z naiwnymi i pretensjonalnymi wynurzeniami młodej dziewczyny, jakich wiele. Potem sposób opowiadania o świecie staje się fragmentaryczny, pełen napięć i dramatyzmu. Przejście z narracji pierwszoosobowej do drugoosobowej w finale jest z jednej strony świadectwem bezradności, wobec której trzeba się zdystansować, z drugiej natomiast - wirtuozersko surowym zapisem dramatu, jakiego istoty nie można zgłębić.

Blanka ma konkretny plan na wakacje. "(...) obóz w ośrodku dla niepełnosprawnych w Marsylii, wolontariat, sześć godzin dziennie, zakwaterowanie i wyżywienie za darmo, ukończone osiemnaście lat, a przede wszystkim: wymagana dobra znajomość francuskiego!". Dziewczyna jest w siódmym niebie; zerwie z nudnym, zaczytanym w literaturze argentyńskiej chłopakiem, wyjedzie z kraju, pozna nowych ludzi, nabierze doświadczenia i podszlifuje język. Pracując w Pradze, nie jest w stanie nawiązać żadnej bliskiej relacji z kimkolwiek, pełna nadziei wsiada do autobusu z wesołymi Polakami i jedzie na południe Francji. Bellevue to ośrodek, w którym będzie zmuszona do konfrontacji z czymś, o czym nie myślała zbyt wiele. Z ludzką ułomnością, z bezsilnością ciał na podnośnikach, napełnionymi moczem pistoletami, szpitalnymi zapachami i fanaberiami tych, którym niepełnosprawność daje prawo do bycia nieznośnymi dla otoczenia.

Blanka zderza swoje wycofanie i introwertyzm z witalnością innych młodych wolontariuszy, dla których życie pozostaje radosne mimo faktu obcowania z pokrzywdzonymi przez nie na zawsze. Trudno jej nawiązać bliższy kontakt z rówieśnikami, ale bardzo się stara. Podobnie jak w przypadku tych, którymi ma się opiekować. Stara się być dzielna. Uśmiechać się, gdy trzeba. Być spostrzegawcza i reagować na sygnały pensjonariuszy. Udawać, że wszystko jej wychodzi i na nic się nie skarży. Do czasu. Do chwili, kiedy zrozumie, iż Bellevue to więzienie, w jakim dopadają Blankę demony przeszłości...

Bohaterka nie pojmuje, jak można odebrać sobie życie. Dla niej samobójstwo jest celem zupełnie niezrozumiałym. Blanka trzyma się życia kurczowo mimo tego, że trudno jej po prostu żyć. Manie prześladowcze, lęki, silne zaburzenia w odbiorze samej siebie oraz intencji otoczenia - to wszystko daje o sobie znać wtedy, kiedy Blanka musi obcować z ludźmi dużo bardziej pokrzywdzonymi przez życie niż ona. Wrogiem Blanki jest ona sama. Podobno genetycznie przejęła taką a nie inną konstrukcję psychiczną i już zawsze będzie się musiała wspomagać lekami, by funkcjonować normalnie.

Normalne nie jest przecież życie w Bellevue. Młoda dziewczyna doświadcza bezlitosnego okrucieństwa, jakim jest zależne od innych życie, któremu musi wychodzić naprzeciw. Od tych, którzy są pod jej opieką, niewiele już zależy. Sami stali się marionetkami w rękach sprawnego personelu, który ułatwia im życie, codziennie stygmatyzując bardziej i silniej podkreślając wyobcowanie swoją żywotnością, witalnością, zdrowymi organami, właściwie funkcjonującym organizmem. To, co skryte w Blance i co da o sobie znać, wywołane zostanie konfrontacją z ludźmi, którzy są bezradni, bo nic od nich samych nie zależy. Blanka jest w stanie się kontrolować i chce walczyć. Mimo tego, że jej percepcja z dnia na dzień będzie się bardziej zaburzać; nie odnajdzie się w świecie, w którym chciała stać gdzieś obok, obserwując i zbierając doświadczenia. W miejscu dalekim od wszystkiego, co codzienne, zaczyna się codzienna walka o normalność, którą Blanka toczy w swojej głowie. Dobrakovová swą opowieścią buduje studium wewnętrznego rozpadu. Bellevue stanie się miejscem opresji, ale czy nie jest tak, iż takie Bellevue ma każdy z nas i każdy może znaleźć się w nim o niewłaściwej porze swego zdrowego i uporządkowanego życia?

Wszelkie bliższe relacje bohaterki książki naznaczone są podległością. Nieprzypadkowo wciąż pojawia się w jej myślach fantazja haremu - we Francji bowiem może zostać złapana przez dzikiego Araba i oddana w służbę gdzieś, gdzie nikt jej nie uratuje. Być z mężczyzną to przynależeć do niego. Nie ma możliwości budowania relacji opartej na partnerstwie. Blanka musi być zależna, bo inaczej się gubi. Wśród kobiet także wybiera takie, na jakich mogłaby się oprzeć. Emocjonalnie dziewczynę blokują nie tyle lęki i wyobrażenia, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Większym problemem jest samoświadomość, bolesne odczucie niewystarczającego bycia dla samej siebie. Psuje się wszystko wokół, bo Blance trudno jest odnaleźć porozumienie z sobą. Wiele jej lęków to urazy, jakich nabawiła się, będąc przesadnie ostrożną. Jej mania prześladowcza to efekt zagubienia się w mnogości ludzkich relacji  i zależności, jakich nie akceptuje. Kiedy w Bellevue spotyka się z inną niż własna bezbronnością, mechanizmy obronne nie zdają egzaminu, a Blanka będzie musiała stanąć do walki z czymś, co miała pozostawić daleko, w Słowacji.

Ivana Dobrakovová pisze w sposób śmiały i prowokujący, ale jest w tym wszystkim wiarygodna. Pokazuje pęknięcia gdzieś w podświadomości, załamania wewnętrzne, pustoszenie świata przeżyć poprzez wchodzenie w nazbyt emocjonalne związki z tym, co dookoła. To rzeczywiście książka o przewracaniu własnych wnętrzności. Słowacka pisarka nie popadła jednak w manierę pisania "do wewnątrz", dzięki temu jej książka nie ucieka od życia i nie chowa się w słowa-zagadki. Wyrazista, ciekawa i przejmująca proza o tym, że w życiu może nam się układać, ale tylko do momentu, w którym przyjdzie nam konfrontować się z własnym Bellevue...

2014-01-06

"Śpiewaj ogrody" Paweł Huelle

Wydawca: Znak

Data wydania: 8 stycznia 2014

Liczba stron: 300

Oprawa: twarda

Cena det: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Dźwięki i opowieści

O związkach muzyki z literaturą mogliśmy przekonać się już niejednokrotnie. Nie mam na myśli tylko znanych powieści Aleksandra Kościówa, ale także niewystarczająco dostrzeżony debiut sprzed czterech lat, czyli "Koło kwintowe" Szymona Bogacza. Nowa powieść Pawła Huellego to literacka partytura. Proza nie tylko zanurzona w muzyce, nie tylko z muzyki czerpiąca siłę; to książka, w jakiej słowo ma dźwięczeć, ma otrzymać zupełnie inne znaczenie, ma bowiem opisać kilka historii splecionych ze sobą przede wszystkim muzycznymi motywami. Wagner, melodia fletu z Hameln, a do tego dźwięki Historii, która zabija piękno, niszczy pasje, niweczy zapały, odbiera tożsamość i każe poszukiwać sensu w chaosie. Porządkują go u Huellego opowieści - ich tygiel tworzy partyturę, która będzie opowiadać o tych, dla których czas się już zatrzymał, ale dźwięki wciąż słychać, a wrażliwy narrator książki skomponuje z tego wszystkiego historię wielu tonacji i wielu dramatów oddanych subtelnie, rozważnie, finezyjnie.

Zaczyna się od dłoni pana Bieszka. Kaszuba, który był przyjacielem ojca tego, co podejmie się trudu opowiedzenia o przyjaźni z Gretą Hoffmann, obsesjach muzycznych jej męża kompozytora oraz o osiemnastowiecznym pamiętniku pewnego maniakalnego arystokraty, którego tłumaczeniu poświęcił się obsesyjnie ojciec Ernesta Teodora Hoffmanna, odcięty od świata i zagubiony tak, jak zagubiony być może ktoś, kto zechce ustalić, o czym tak naprawdę jest opowieść narratora "Śpiewaj ogrody". Nie wiemy bowiem, czyja historia będzie tu najważniejsza i nad czyimi losami winniśmy się zadumać. Huelle opowiada o kilku życiach naraz - buduje dość skomplikowaną i trudną do odczytania prozę, w której zamykają się subtelne dźwięki, emocje, rysy Historii, ludzie ze swymi dylematami i możliwości, jakie zostały im odebrane. Jest tajemnica, lekkość, elegancja; jest delikatność Rilkego, obcesowość Hitlera, wielkość Wagnera i proza życia tych, dla których trudno teraz, po latach, odnaleźć właściwe dźwięki. Niedokończona przez Hoffmanna partytura musi wybrzmieć po latach. To, co niedopowiedziane, pozostanie w mroku, ale nabierze dodatkowych znaczeń dlatego, że "Śpiewaj ogrody" to wyraz humanistycznej zadumy nad zmiennością i nieprzewidywalnością życia. Tego życia pełnego pasji, które może zamienić się w dramat i które zawsze domaga się jednego - prawdy opowiadania o nim. Huelle pisze naprawdę. Chociaż formalnie utrudnia nam wszystko antycypacjami, do pełnego przesłania jego książki dojrzewa się tak, jak bohaterowie - różnych nacji, wyznań i przekonań - dojrzewają do podejmowania odpowiedzialnych decyzji, które zmienią ich los na tyle, na ile mogą sobie pozwolić decydować o nim w czasie, kiedy pewne może być tylko umiłowanie muzyki.

Greta Hoffmann to piętnaście lat młodsza od swego męża śpiewaczka, którą z Ernestem Teodorem połączył "Zmierzch bogów", a rozdzieliła druga wojna światowa. Greta pokochała bezwarunkowo i na zawsze. Kiedy tuż przed zakończeniem wojny zaginął ślad po jej mężu, pozostała w Gdańsku, w domu przy Polankach i wiedziała, że musi czekać, bo tak należy i to jest winna sobie, ukochanemu i życiu, w którym wiecznie była znikąd i wiecznie gubiła się w tym, kim może być, jeśli nie będzie stanowić jedności z Ernestem Teodorem. A ten w Budapeszcie odkrył coś, co stało się obsesją i przekleństwem jednocześnie. Greta przewidywała, iż fatalny los dotknie ją nie tylko jako żonę i kochankę, ale przede wszystkim jako osobę najbliższą procesowi rekonstrukcji fragmentów partytury Wagnera, który to proces stanie się drogą ku pełnemu zrozumieniu, lecz i pełnemu zatraceniu się w akcie twórczym Ernesta Teodora.

Greta wspomina i opowiada. Dużo, barwnie i zajmująco. To ona jest mistrzynią opowieści, choć narrator książki stara się poznawać także inne, bo wszystkie są wpisami do jego partytury osobistej, wszystkie mają prowadzić i każda wzbogacać wewnętrznie historię snutą niespiesznie, rozważnie. Greta jest łącznikiem między czasem minionym a tym, co jest teraz. Wojna się skończyła, Niemcy opuszczali Gdańsk tak, jakby byli wyprowadzani przez melodię fletu dawno, w Hameln. Hoffmannowa pozostała, bo wiedziała, iż musi czekać. Wraz z nią pozostają historie, jakie domagają się opowiedzenia w inny sposób, każą wprowadzać w odpowiednie tony, każą grać się i odczuwać inaczej, uważniej, dużo bardziej emocjonalnie niż wskazywałaby to surowa z pozoru narracja książki.

Paweł Huelle wie, że doświadcza języka pełnego zawiłości i nie tylko cytowana kaszubszczyzna jest tego dowodem. To język-kod, o jakim mają pojęcie tylko wtajemniczeni. Trzeba wejść w opowieść w taki sposób, by zachować tajemnicę, a jednocześnie ją odsłaniać. Widać to wyraźnie podczas prób wdzierania się do zapisków sprzed wieków arystokraty, który pozbawiając wolności, chciał jej ramy sam wyznaczać. "Śpiewaj ogrody" to powieść, która wciąż na nowo i do samego końca wyraża się z ogromną wrażliwością oraz niejednoznacznością; to historia opowieści fatalnych, w której najważniejsza jest pamięć, jej zachowanie, oddanie czasu minionego i przeżyć minionych. Niełatwo o to, gdy chce się opowiedzieć o muzycznych obsesjach, szukaniu tożsamości, wojennych dramatach i ludzkich słabościach oraz zdradach. W tym wszystkim wędrujemy przez Gdańsk; to niemy świadek zdarzeń pełnych niedopowiedzeń, które znaleźć się mają w pisanej na nowo partyturze - literackiej partyturze życia, śmierci, tajemnic i namiętności.

Niezwykłe jest umiłowanie autora "Opowieści chłodnego morza" do tego, co minione. Lokalny koloryt jego historii czyni z najnowszej powieści hołd złożony nie tylko Gdańskowi, ale i ludziom, których losy splotły się z tym miastem. Huelle wie, że ocalić od zapomnienia można bardzo wiele. Jego literacka fantazja nie ma granic. To narracja o rzeczach, pojęciach, emocjach i przeżyciach ważnych dla samego autora, ale przedstawionych w taki sposób, że nie można "Śpiewaj ogrody" interpretować jednoznacznie; pasją Hoffmanna było odtworzenie partytury Wagnera, pasją Huellego jest odtworzenie historii w taki sposób, by było to prawdziwe, finezyjne i urzekające. Nawet jeśli opowiada się o odchodzeniu, umieraniu, o pożegnaniach i o czasie, jakiego nie można przecież wskrzesić.

2014-01-04

"Niewidzialny strażnik" Dolores Redondo

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 7 listopada 2013

Liczba stron: 408

Tłumacz: Karolina Krzysztofik

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Tropiąc basajauna...

Zły jestem na tę książkę, bo mną manipulowała. Trudno mi jednoznacznie orzec, czy bardziej irytowała wieloma pretensjonalnymi rozwiązaniami ocierającymi się o rzekomy mistycyzm, czy naprawdę przestraszyła, bo z motywu zasnutego mgłą gęstego lasu, zabitych nagich nastolatek i tajemnic prowincjonalnego miasteczka można dziś jedynie zrobić szmirę imitującą Twin Peaks, a Dolores Redondo naprawdę wykorzystała powyższe z głową i zręcznie. "Niewidzialny strażnik" to kawał dobrej prozy obyczajowej o traumie dzieciństwa i toksycznych relacji w rodzinie - hiszpańska pisarka udowadnia, że wciąż można z tego zrobić soczystą opowieść, która potrafi porwać. Dość zręcznie skonstruowany kryminał, chociaż intryga przygasa, blaknie, po chwili znowu napięcie doskonale wzrasta, by chyba mimo wszystko rozczarować w zakończeniu. Fatalna opowieść o baskijskich duchach, zjawach, strażnikach lasu, czarownicach, wiedźmach i innych efemerycznych lafiryndach. Bo mając wzbogacać historię z dreszczykiem, odniesienia do rodzimej sfery wierzeń nie tyle całą opowieść Redondo trywializują, co - paradoksalnie - każą zastanawiać się nad sensem mieszania realizmu i fantastyki, zamiast skłonić do docenienia zręczności w ich połączeniu.

Amaia Salazar swoje rodzinne Elizondo opuściła przed laty i bez żalu. Pożegnała się z miejscem, w którym jako dziewczynka doznała bólu, upokorzeń i gdzie wydarzyło się coś tak strasznego, że wciąż - mimo upływu czasu - Amaia nie jest w stanie spokojnie spać w nocy. Powrót do Elizondo wiąże się z podjęciem tropu psychopatycznego mordercy. W okolicznych lasach giną nastolatki. Zwłoki są roznegliżowane, upozowane, ktoś jakby podkreślał wstyd rodzącej się nazbyt wcześnie kobiecości młodych ofiar. Nieopodal zwłok zwykle znajdują się buty - ustawione porządnie, zapraszające do danse macabre ze śladami po kimś, kto łatwo nie da się złapać. Kim jest zabójca? Wyjątkowo zaburzonym emocjonalnie człowiekiem czy basajaunem, strażnikiem lasu? Kiedy łono jednej z zabitych szarpane było przez zwierzęta, a wokół innych zwłok znajduje się zwierzęca sierść, łatwiej wierzyć w to, iż za aktami przemocy stoi włochaty stwór, a nie człowiek z krwi i kości zdolny do niezwykłych poświęceń, by w specyficzny sposób eksponować swoje ofiary.

Amaia Salazar ponoć nieprzypadkowo zostaje przydzielona do tego śledztwa. Słynie z bystrości, lotnego umysłu, z niezwykłego instynktu tropiciela, jaki szybko wpada na to, kim jest przestępca. Tymczasem od momentu przejęcia dochodzenia  w Elizondo coś bohaterkę mocno blokuje w działaniach. Śledztwo prawie że zamiera, a Salazar pogrąża się w mrocznych wspomnieniach, obcując z miejscami i ludźmi, jakie przed laty już wyparła z pamięci. Amaia ma dwie siostry. Stanowczą, zdecydowaną, przedsiębiorczą i cyniczną Florę oraz wycofaną, życiowo zagubioną Ros. Obie pozostały w Elizondo, podczas gdy Amaia uciekła. Tak, ucieczka to chyba właściwe słowo. Dolores Redondo udowodni, iż powodów tego kroku było niemało. Każe swojej dzielnej policjantce zmierzyć się z demonami, z jakimi nie potrafi ona walczyć. Z duchami przeszłości, jakie tkwią w niej samej i wydają się dużo bardziej groźne niż zło czające się w lesie, gdzie znaleziono zabite dziewczyny...

Tu już wdziera się mistycyzm, fantazjowanie, mitotwórcza rola baskijskich wierzeń i szafowanie symboliką kart tarota. Kiedy Redondo próbuje uwiarygodnić dramat Amai za pomocą mało związanych ze zdrowym rozsądkiem środków, rujnuje napięcie i wiarygodność całej obyczajowej historii, jaka przejmuje do szpiku kości tylko wówczas, kiedy zwraca się uwagę na realizm i grozę - tego, co było i konsekwencji tragicznych przeżyć z dzieciństwa. Hiszpańska pisarka usiłuje powiązać przeszłość Amai z tokiem prowadzonego przez nią śledztwa. Kilka zlepów jest nad wyraz czytelnych i zręcznie zmontowanych. Całościowo jednak rozjeżdża się to wszystko i każe na "Niewidzialnego strażnika" patrzeć jak na powieść kilku gatunków i kilku konwencji, którym nie jest po drodze, choć Redondo stara się udowodnić coś wręcz przeciwnego.

Racjonalizm w tej książce wygrywa i tylko dzięki zdrowemu rozsądkowi oraz logicznemu myśleniu fabuła zamyka się zmyślnie i sprytnie, ale Dolores Redondo stara się nam nazbyt natrętnie przemycić przekonanie o tym, że odejście od wiary to słabość, a nie siła i że w dzisiejszym świecie, w dobie technologii właśnie wiary brakuje najbardziej. Takie przekonanie wyraża wiekowa ciotka Amai, która opiekowała się nią, a teraz jest najbardziej chyba bliską jej osobą, bo nie można tego powiedzieć ani o papierowej postaci męża bohaterki, ani o jej siostrze Ros rozpływającej się na kartach powieści tak, jak topi się we własnych łzach. Wiara ma stanowić siłę i paradoksalnie dawać pewność. Uwierzyć znaczy u Redondo zyskać coś, czego nie zaoferuje współczesny świat pod żadną możliwą postacią. Nieprzypadkowo zatem wciąż rozważany jest dylemat tego, czy basajaun istnieje czy jest wymysłem; licytują się ci, co go rzekomo widzieli i ci, dla których jest jedynie folklorystyczną ciekawostką.

Myślę, że to zanurzona w lokalnym kolorycie historia, którą być może rodacy Dolores Redondo docenią bardziej i bardziej się w niej odnajdą niż ktoś, kto przez dłuższy czas zastanawia się nie nad tym, czy basajaun istnieje, ale nad tym, gdzie autorka umieściła środek ciężkości, co ma naszą uwagę przykuć najbardziej i jakimi środkami ma to być osiągnięte. Po przeczytaniu "Niewidzialnego strażnika" z wieloma formalnymi pytaniami o to, czym jest ta powieść, błąkam się niczym wielka włochata zjawa w lesie otulonym mgłą... Książka jest zapowiedzią cyklu powieści. Oby w kolejnych autorka zdecydowała - realizm czy mityczne bajki...

2014-01-02

"Błąd" Matěj Lipavský, Vojtěch Mašek, Marek Šindelka, Pure Beauty

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 12 grudnia 2013

Liczba stron: 300

Tłumacz: Arkadiusz Wierzba

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 49 zł

Tytuł recenzji: Street artowy fatalizm...

Należy wyjść od formy, bo w przypadku tej publikacji nie tyle współgra z treścią, co stanowi jej uzupełnienie i tylko obraz wraz ze słowem są w stanie oddać pełnię tej niewiarygodnej historii. Opowieści będącej po części przewrotną apoteozą pustki, po części egzystencjalnym dramatem wychodzenia jej naprzeciw i walki o sens życia opowiadanego jak mroczna starojapońska przypowieść, na której zasadza się wielowątkowa fabuła. Treścią jest historia fabularna autorstwa Marka Šindelki i Vojtěcha Mašeka, okrojona na potrzeby publikacji komiksowej powstałej w czarno-białej konwencji, za którą dbały jest Matěj Lipavský i młoda graficzka ukryta pod pseudonimem Pure Beauty. Ta czwórka odpowiedzialna jest nie tyle za oryginalne dzieło sztuki, co za przekaz naznaczony fatalizmem nowych czasów, gdzie technika rysowników łączy się w groźnym tyglu z treścią swobodnie igrającą z konwencjami opowieści różnych od siebie, a jednocześnie tworzących razem coś niebywale niepowtarzalnego.

Fabularnie komiks toczy się w kilku miejscach i przestrzeniach czasowych. Petersburg, Tokio, borykająca się z powodzią Praga, Wiedeń oraz pociąg przemierzający polsko-czeską granicę. Gdzie jest początek opowieści? W przeszłości, w tajemniczej posiadłości japońskiej - tam skryła się tajemnica bolesnego przywiązania do życia i tam też kolejne życia ludzkie odbiera enigmatyczna roślina, jedyna w swoim rodzaju, autodestrukcyjna, porażająca. Krzysztof Warjak podejmuje się zadania przewiezienia dziwnej sadzonki z Tokio do Pragi na zlecenie pewnego petersburżanina, co ma mu zapewnić przede wszystkim zysk, a za nim idzie spełnienie marzenia o kupnie domu nad morzem dla siebie i swojej ukochanej Niny.

Tokio jest mroczne, to obca Warjakowi przestrzeń i miejsce, do którego nie powinien był przyjeżdżać. To zlecenie było fatalne. Po jego wypełnieniu bohater przegrał życie. To życie, którego kurczowo uczepiony, chciał przemodelować tak, by nie zapaść się w brudzie, obojętności i w marazmie doświadczanym na kilka sposobów i bolesnym, jak wyrzuty sumienia po wykonaniu swojego zadania. Po nim bowiem pojawiają się trupy, zagadka tajemniczej rośliny nabiera dodatkowych znaczeń, w zalanej wodą Pradze próbują ją rozwikłać dwaj policjanci (zgorzkniały samotnik i rachityczny heroinista), a sam Warjak staje się kimś, kogo duszą zawładnęła jakaś mroczna siła.

Rzecz przedstawiona w "Błędzie" osadza się na japońskich wierzeniach i filozofii kryjącej w sobie mroczne zagadki dotyczące bytu ludzkiego. Ten komiks w specyficznej formie opowiada o kondycji współczesnego świata i o ludzkim w nim zagubieniu; to błąkanie się, "konwulsje jednodniówek miażdżonych w trybach czasu", doskonale obrazują sekwencje rysunków, w jakich gra bieli i czerni jest grą umowną, dwuznaczną i niepokojącą tak bardzo, że odczytanie tej książki może być różnorodne, choć widać przecież, iż od początku do końca jest ona o wstydliwych ludzkich słabościach i o sile złego świata, który te słabości wykorzystuje.

Rzeczywistość "Błędu" jest światem kryzysu. Kryzysu wartości, tożsamości; świadkiem upadku ideałów, wiary, sensu i porządku warunkującego dobre życie. Nikt nie żyje dobrze, każdy stara się żyć tak, by trwać pomimo. Gorzki fatalizm widoczny jest wszędzie, a jego obraz potęgują miejsca, w jakich rozgrywają się zdarzenia - tak samo nieprzyjazne, skryte w mroku i tajemnicze jak wszyscy ludzie nastawieni względem siebie złowrogo i nurzający się w nurcie rozpadu wzajemnych relacji, gdzie uciec można w głąb siebie pod warunkiem, iż cokolwiek się tam znajdzie.

Ta narysowana i opisana czeska historia rozgoryczenia, słabości, beznadziei i żalu może być świadectwem naszych czasów, w których na przekór wszystkiemu, co nowoczesne, wciąż wierzy się w tradycję, sięga do przeszłości, daje się przekonać prostym niegdyś rozróżnieniom, dzięki którym wiadomo było, co jest dobre, a co złe.

U młodych czeskich twórców wszystko jest niejednoznaczne. Dramaty egzystencjalne idą w parze z brutalizacją świata. Dążenia nie są jasne, motywacje mało czytelne. Nie wiemy, kto za co jest do końca odpowiedzialny i kto ponosi konsekwencje działań podjętych w imię zasad bezzasadnych, bo świat Šindelki, Mašeka, Lipavskiego i Pure Beauty to rzeczywistość umowna w swej nieokreśloności. Zły świat, źli ludzie, niewłaściwe wybory, przemoc i karanie za przewinienia. W tym wszystkim historia miłosna, opowieść o rozczarowaniach i zgorzknieniu, wątek kryminalny i całość zasklepiona w prostych, lecz wymownych konturach czarno-białej konwencji opowiadania o rzeczywistości, w której zatarły się już wszelkie barwy, zaginęło poczucie sensu, a w pustce podejmowane są kompulsywne działania, by choć na chwilę się jej przeciwstawić.

Autorzy opowiedzieli o współczesnym świecie dosadnie i wyraziście, używając prostych środków formalnych i każąc patrzeć na "Błąd" na tak wiele różnych sposobów, jak wiele znaczeń tytułowego błądzenia ukryło się w tej fatalnej opowieści o niespełnieniach i porażkach. To nie tylko przewrotny manifest nihilizmu. To opowieść o próbach szukania czegoś trwałego w świecie, w jakim zagubiono się na tyle, że pozostaje wiara w to, iż szczęście ukryło się tam, skąd można je zdobyć, poświęcając wiele; zbyt wiele i nazbyt lekkomyślnie. Wrogi człowiekowi jest w jego poszukiwaniu nie tylko świat. Wrogami są sami dla siebie wszyscy bohaterowie komiksu. Żadnemu nie udaje się walka o sens i szczęście. Przegrane są nie tyle liczne, co spektakularne i wieloznaczne. A wszystko skryte między przejmującym kontrastem bieli i czerni, gdzie ukrył się smutek, ból, rozpacz i poczucie rozpadu - wewnętrznego wraz z rozpadem świata wokół.


PATRONAT MEDIALNY

2013-12-31

"Czarna małpa" Zachar Prilepin

Wydawca: Czarne

Data wydania: 7 listopada 2013

Liczba stron: 260

Tłumacz: Ewa Rojewska-Olejarczuk

Oprawa: miękka lakierowana ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł


Tytuł recenzji: W którą stronę z tym zagubieniem?

Zachar Prilepin to - jak wspomniałem w omówieniu "Patologii" - pisarz całkowicie nieprzewidywalny, choć z drugiej strony zawsze piszący tak, że odnosi się do czysto zwierzęcych instynktów, które w taki czy inny sposób determinują ludzkie życie. Prilepin pisze o złości, nienawiści, goryczy i strachu, wykorzystując język dwuznaczny, domagający się czytelniczej uwagi, szarpiący nią i wewnętrznie pulsujący, bo wyraźny i ze złości często zrodzony. To autor, który o kondycji współczesnego człowieka rosyjskiego opowiadać może, wtłaczając go w rozmaite sytuacje krańcowe. Tym sposobem jego debiut, czyli świetne "Patologie", to książka polityczna. "Sańkja" - dzieło iskrzące, kontrowersyjne i bardzo wyraźne - jest powieścią ideologiczną. Wydana przed dwoma laty "Czarna małpa" nie może się zdecydować, czym ma być. I za ten brak zdecydowania Prilepina trzeba zganić, bo w nadmiarze groteski, dziwnym pomieszaniu mitów, faktów i medialnej demagogii, pośród wyrazistych sytuacji i wyrazistych bohaterów, otwiera nam się wiele ścieżek interpretacyjnych, jednak żadna w zadowalający nas sposób nie prowadzi do celu. "Czarna małpa" jest jak dusza głównego bohatera - pełna chaosu, wewnętrznego zagubienia, pełna skumulowanego zła i braku możliwości pozbycia się owego bolesnego balastu. Książka, która świetnie się zaczyna, ale słabo kończy. Faktycznie nie można przewidzieć, co Zachar Prilepin za chwilę napisze...

Punktem wyjścia jest doskonale zarysowana i pogłębiona psychologicznie sytuacja wspomnianego już zagubienia. To jego świadectwo; autor sięga daleko wstecz, by je uwiarygodnić i zmusić nas do uważnego śledzenia poczynań mężczyzny, który wydał trzy agresywne powieści polityczne, a tymczasem sam w świecie niekoniecznie politycznym czuje się bezbronny, zaś dowodem pomieszania w infantylności zabranej już w dzieciństwie, są kolorowe skarpetki - jeden z kilku fetyszy uwypuklonych w tej zmierzającej ku samozagładzie narracji.

Mamy piekielny sierpień. Anonimowy bohater książki pracuje w zespole redakcyjnym, w którym nie czuje się doceniony, dlatego woli pracować samodzielnie. Pewnego dnia zostaje sprowadzony do podziemi, gdzie prowadzi się tajemnicze obserwacje na kilku obiektach; jest oficjalnie uznany za zmarłego terrorysta, dzieciobójczyni, gwałciciel, mordercy i ... dzieci, rzekomo najbardziej przerażające z całego grona. Obserwowani małoletni mają być wyspecjalizowanymi w bliżej nieokreślonym czasie i przestrzeni maszynami do zabijania. Dzieciom łatwiej być okrutnikami, bo okrucieństwa nie rozumieją. Ktoś wyszkolił je do tego, by bezwarunkowo zabijały. By były potworami, ale czy można je tak nazwać, skoro inni bohaterowie książki też kiedyś i kogoś chcieliby brutalnie zabić?

Czas zabił miłość, jaka łączyła smutnego pisarza i dziennikarza z towarzyszką życia, dzisiaj po prostu mijaną w domu żoną, matką dwójki dzieci. Tak, dzieci to chyba jedyne, co mu pozostało i z czego może czerpać jakąś radość. Nie daje mu jej kochanka, ekscentryczna jak on sam, a może tak jak on zagubiona w tym, czego naprawdę pragnie. Trudno mówić o spełnieniu pragnień, kiedy czytamy o nienawiści do ludzi i o odcięciu się od świata, którego nie tyle nie chce się widzieć, co przede wszystkim poznać. Redakcja jest całkowicie podporządkowana władzy. Życie na prowincji - bo autor rusza wraz z kochanką tropem sensacyjnej afery wielokrotnego morderstwa, którego rzekomo dopuściła się banda dzieci - jest szpetnym i szarym światem; bohater nie chce go zrozumieć tak, jak nie rozumie codzienności wielkomiejskiego zgiełku, przed którym można skryć się w czeluściach metra czy ramionach przypadkowo poznanej prostytutki. Świat "Czarnej małpy" jest zły na wskroś, mroczny mrokiem bez odrobiny jasności i kumulujący w sobie wściekłość i frustracje, jakie determinują wszelkie zarysowane relacje międzyludzkie.

Na to wszystko nakładają się wspomnienia głównego bohatera z dzieciństwa (doznawane lub obserwowane krzywdy), dwie fatalne opowieści odzieciach inspirowane obrazkami widzianymi w podziemiach i załamująca się narracja, która unosi nas w świat onirycznych wizji, by za chwilę osadzić w gorzkiej rzeczywistości bezwzględnego fałszu, gdzie nie ma miejsca na to, by być człowiekiem takim, którego można przestać nienawidzić.

Być może jedne z ważniejszych słów padają u Prilepina nie między podkręcanymi na siłę sensacyjnymi zdarzeniami, a w zamkniętej przestrzeni szpitala psychiatrycznego, gdzie słyszymy fundamentalne pytania, dające nam trop, na którym warto się oprzeć, czytając "Czarną małpę". "Gdzie się kończy rozsądek i zaczyna szaleństwo? Co jest bliższe ludzkiej naturze - pokora czy bojowość?". Co można nazwać rozsądnym, a co szalonym w świecie, który zaciera granice między normą a zaburzeniem? Czy pokornie znoszący ciosy od losu bohater nie chciałby, jak te dzieci, co tak intrygują, zabijać i niszczyć bez poczucia, iż dokonuje gwałtu wobec norm, jakie ulegają zacieraniu?

Nie wiem, w jakim kierunku miała podążać cała ta historia, ale na jednej konkretnej stronie traci ona wszelką wiarygodność. Rosyjska codzienność i rosyjski człowiek w sytuacji krańcowej tym razem nie przemawiają u Prilepina przekonująco. Odnosi się wrażenie, iż został zmarnowany potencjał na rzecz fabularnej narracji, która miała oddawać napięcia emocjonalne towarzyszące pogrążającym się w coraz większym marazmie ludziom z tej powieści. Rozedrgane jest to wszystko, przesycone szaleństwem i bylejakością; formalnie nie do opisania i czytelniczo nie do udźwignięcia. Wypadki przy pracy zdarzają się najlepszym twórcom. Przejdę nad wyżej opisanym do porządku dziennego; z wiarą, iż niebawem polski czytelnik pozna "Grzech" i że będzie to ten świetny Prilepin z "Patologii" czy powieści "Sańkja".

2013-12-29

"Dzienniki 1945-1950" Agnieszka Osiecka

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 8 października 2013

Liczba stron: 496

Oprawa: twarda

Cena det: 49 zł


Tytuł recenzji: Poznając życie...

Była nieobliczalna. Tajemnicza, a jednocześnie tak ekstrawertyczna. Budziła podziw, zachwyt, zazdrość i kontrowersje. Żyła po swojemu. Agnieszka Osiecka, obecna wciąż w swych tekstach, to jedna z barwniejszych postaci, która całe swoje życie przeżywała najintensywniej jak mogła i o życiu tym z nie mniejszą pasją pisała. Będziemy mogli pisanie to poznać, albowiem omawiana właśnie publikacja jest pierwszym tomem zapisków Osieckiej, jakie będą za nią mówić lata po jej śmierci.

Wydaje się, że najtrudniej jest zacząć i ten pamiętnikarski początek rzeczywiście trudno jednoznacznie określić. Andrzej Zieniewicz w swej przedmowie, wskazując między innymi trzy pasma tematyczne wczesnych zapisków poetki, skupia się bardziej na materiale już gotowym do drukowania, ale jeszcze nieobecnym w pierwszym tomie. Ten bowiem jest specyficzny. Obejmuje lata 1945-1950, a w gruncie rzeczy zawiera kilka dziecięcych zapisków z czasu, gdy Osiecka dostała pierwszy pamiętnik oraz ujawnia zawartość intensywnie zapisywanych brulionów z przełomu lat 1949 i 1950. Zanim zacznie się utyskiwać na pretensjonalność, infantylność i nasyconą nowomową młodzieńczą żarliwość w opisach codziennego życia, warto zastanowić się, co dzisiaj piszą czternastolatki, o ile w ogóle parają się pamiętnikarstwem. Mimo banalnego stylu, często mocno kulejącego, z szeregiem niepotrzebnych wtrąceń i nadużywaniem znaków interpunkcyjnych - jest to zbiór tekstów zaskakująco wyrazistych. Wyrosłych w mrocznej epoce, a niosących powiew witalizmu. Nie tylko dlatego, że wnosi go zachłystująca się życiem nastolatka. Przede wszystkim dlatego, iż jest to nastolatka nad wyraz uważna w obserwacji tego, co się dzieje w niej samej i opowiadająca o dojrzewaniu tak, że wiarygodność przeżyć spycha na dalszy plan udrękę przedzierania się przez składnię, fleksję czy barokową stylistykę westchnień nad oczywistymi dla dorosłego, ale odkrywanymi i poznawanymi przez młodą Osiecką fragmentami życia, jakie próbuje ona ułożyć w całość.

Kiedy Osiecka w 1950 roku odkrywa, że do jej pamiętnika zajrzał ojciec, pisze do niego zawadiacko i chyba te słowa mogą być najbardziej odpowiednimi, by wyrazić temperament młodej autorki diariusza. "Nie mam jeszcze swoich poglądów, ale mogę dać w życiu w mordę każdemu, kto mi w nim przeszkadza". O, tak! Niepokorność to cecha, jaką nabyła Osiecka już we wczesnej młodości. Trudna przecież w czasach, kiedy niepokornym było źle. Gdy w czynie społecznym uczestniczyło się w odbudowie Warszawy, brało udział w masówkach, wielbiło delegatów zjazdów, dokonywało rzeczy niemożliwych ku chwale ojczyzny, jaka wciąż krwawiła po niedawno zakończonej wojnie. Wizji kolejnej wojny Osiecka boi się ustawicznie; jest w stanie zrobić wszystko, by jej uniknąć, ale skoro sama zrobić niczego nie może, odważnie rozważa odebranie sobie życia wtedy, gdy koszmar wojenny znów stałby się rzeczywistością. Koszmarem jest stalinowska codzienność Warszawy, ale tego nie widać w tych zapiskach. Agnieszka dobrze się uczy (choć nie przykłada do nauki tak, jak powinna), prowadzi bujne życie towarzyskie, uprawia sport, żyje aktywnie i cieszy się każdym dniem wypełnionym zajęciami od świtu do zmroku. Cieszy się, że jest sobą, chociaż świat wokół trudny i niespokojny. Polityka jej nie obchodzi. "Poglądy polityczne to moja słaba, nieustalona strona i nie lubię o nich myśleć". Myśli o tym, co przeżywa i o tym, kim stanie się w przyszłości. Relacjonuje zdarzenia błahe, ale między nimi pojawiają się dojrzałe refleksje na temat miłości, śmierci, macierzyństwa czy wiary. Młoda Osiecka dekoruje po swojemu rzeczywistość, w jakiej nie ma kolorów. Jest ambitna i wie, że życie dopiero się zaczyna. Wie, że tak zwana dojrzałość przed nią, ale rozumie wagę doświadczeń nabywanych teraz - o nich pisze często pretensjonalnie, ale przy ogromnym ładunku emocjonalnym wynurzeń i w tak młodym wieku nie można pisać inaczej.

Osiecka nie jest skupioną na sobie egoistką. Dojrzewająca nastolatka zadziwiająco wiele widzi w innych i poprzez innych lepiej rozumie siebie. "To bardzo nieprzyjemne musi być przejść przez życie, patrząc na przemian albo w siebie, albo w ziemię". Autorka młodzieńczego diariusza patrzy innym prosto w oczy, znajduje w nich wiele, wiele też wysłuchuje; wszystko analizuje i nie zostawia samemu sobie. Osiecka chłonie życie wszystkimi zmysłami i wydaje się tym życiem upojona, czyli rozwija się jak typowa czternastolatka; taka, co chwilami miewa "depresje", ale żyje w czasach, kiedy nie ma na nie miejsca i niestosownie jest żyć w głąb siebie; żyje zatem tak, jak pisze - spontanicznie i bez żadnych ograniczeń.

Podczas wakacji 1950 roku Agnieszka Osiecka wyraża pragnienie posiadania wiecznie młodej duszy. I wcześniej,  i potem opisuje stany miłosnego zauroczenia, rozpaczliwie poszukując właściwej definicji miłości. Młodość jest młodością i świeżością uczuć, a miłość wydaje się uczuciem nadrzędnym. Kochliwość młodej Osieckiej to jej zaangażowanie w odczuwanie świata mocniej i wyraźniej niż czynią to inni. W tym jest wolność wewnętrzna, do której dąży. W domu nie ma dobrego wzoru kobiecości. Utyskuje na matkę, która świadoma zdrad ojca, wciąż kurczowo trzyma się tak zwanego życia rodzinnego, nie będąc na tyle odważną, by żyć przede wszystkim dla siebie, a nie za innych. Tak Osiecka żyć nie będzie i choć zdroworozsądkowo przeżywa trudności w porozumieniu rodziców, zdaje sobie sprawę, że relacje z mężczyznami w przyszłości mogą być bardziej skomplikowane niż się jej wydaje i nieść  dylematy, z którymi teraz - nawet teoretycznie - nastoletnia Agnieszka mierzyć się nie może.

Każdy ciekaw osobistych zapisków autorki "Białej bluzki" z pewnością oczekuje kolejnych tomów dzienników. Ten jej czas przyszły, nam jeszcze nieopowiedziany, kusi na pewno bardziej niż to, co przeczytać można  w pierwszym tomie. Chociaż Karolina Felberg wykonała ogromną pracę edytorską, nadając zapiskom nastolatki formę do czytania i przyswojenia współcześnie, nie za bardzo rozumiem, do kogo chce kierować efekt swojej pracy. Przypisy wyjaśniają, kim był Stalin czy Nałkowska; co to jest dulszczyzna, tournée, trolejbus czy cenzurka. Ma się wrażenie, jakby odbiorcami tego dziennika miały być osoby o tak skąpej wiedzy o świecie i kontekstach komunistycznych zapisków, że trzeba im tamto życie tłumaczyć tak, jak tłumaczyła się z życia młoda Osiecka przed sobą. Publikacja to zapowiedź czegoś na pewno wartego uwagi. Pierwszy tom dzienników skusi przede wszystkim kolekcjonerów. O poważnych sprawach poczytamy zapewne później. Tutaj są one delikatnie zarysowywane przed świadomą dojrzewania panienkę z Saskiej Kępy, która w szarej komunistycznej Warszawie widzi blaski i radości, o jakich dostrzeganie niewielu wówczas można by posądzić.

2013-12-23

"Wołanie kukułki" Robert Galbraith

Wydawca: Publicat/Wyd. Dolnośląskie

Data wydania: 4 grudnia 2013

Liczba stron: 452

Tłumacz: Anna Gralak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Sprawiedliwość i prawda

Nie wiem, dlaczego J.K. Rowling skryła się za literackim pseudonimem, ale rozumiem, że miała być z tego zabawa oraz medialny szum i rzeczywiście się udało, co w połączeniu z faktem, iż mamy do czynienia ze świetną powieścią, wszystkiemu wychodzi na dobre. Dobre będą także chwile spędzone przy „Wołaniu kukułki”. Zwolennicy powieści kryminalnych z wyraźnie zarysowaną przez zdarzenia akcją mogą być rozczarowani, bo rzecz się rozgrywa głównie w sferze rozmów i przesłuchań, ale między ich wielością jest tak dużo napięcia, że Robert Galbraith – gdyby istniał – mógłby być nazwany odkryciem brytyjskiego kryminału i godnym następcą Agathy Christie.

Autorka "Trafnego wyboru" rozpoczyna brawurowo. Oto w mroźną i śnieżną noc z okna apartamentu wypada supermodelka Lula Landry. To obrazek spektakularnego upadku sławy – ginie celebrytka, a wraz z nią ożywa świat krwiożerczych mediów, jakie żywią się tragedią, snując domysły o życiu labilnej emocjonalnie, uwikłanej w toksyczny związek, adoptowanej w dodatku przez białych czarnoskórej piękności, której kreacja, w jakiej wypada z balkonu, natychmiast po tragedii sprzedaje się jak świeże bułeczki. Media skrupulatnie rozliczają policjantów z ich działań, a ci dosyć szybko orzekają, iż światem wstrząsnęło po prostu samobójstwo, o czym nie jest przekonany brat denatki, który po trzech miesiącach od tragedii, gdy medialny spektakl wygaśnie, przybędzie do pewnego niedźwiedziowatego detektywa, jakiemu zleci zbadanie całej sprawy, bo Lulę prawdopodobnie ktoś z balkonu wypchnął.

Ów detektyw to Cormoran Strike. Jego biografia to czas traum, pęknięć, rozczarowań i smutku. Doznał w życiu wielu przykrości, ale dwie największe odciskają się na nim najmocniej. Przekonany o tym, iż służba wojskowa to los specjalnie dla niego, musi się z nią pożegnać, kiedy w Afganistanie straci nogę i nadzieję na całkowitą sprawność. Drugi cios to ostateczne rozstanie z Charlotte, z którą w burzliwym związku spędził siedemnaście lat. Tym razem żegnają się na zawsze. Nic nie jest w stanie cofnąć tego, co nastąpiło. Okaleczony fizycznie i zdruzgotany emocjonalnie, Strike dodatkowo walczy z długami i bolesną świadomością, iż do jego kancelarii detektywistycznej od trzech miesięcy nie zajrzał żaden nowy klient. Jakież jest jego zdziwienie, gdy jednego dnia zatrudnia rezolutną sekretarkę Robin Ellacort, a zaraz po tym przyjmuje zlecenie od Johna Bristowa, który chce udowodnić, iż jego siostra Lula feralnej styczniowej nocy nie pożegnała się z życiem na własne życzenie. To nagły zwrot w dotychczasowym, pełnym rozczarowań i nijakości życiu Cormorana. Życiu od zawsze naznaczonym jakimś trudnym do wyrażenia fatalizmem, z powodu którego mający 35 lat mężczyzna niewiele poza niepokojącą metrykalną liczbą posiada niezaprzeczalnie i na zawsze.

Zleceniodawca chce sprawiedliwości, Strike poszukuje prawdy. Czy jedno będzie równe drugiemu? Fabuła wikła się wprost proporcjonalnie do zwiększającego się grona podejrzanych, którzy pośrednio lub bezpośrednio mogli przyczynić się do śmierci Luli Landry. To śmietanka towarzyska z wyższych sfer, ścigana wciąż przez paparazzich, uległa nałogom, trwoniąca pieniądze i piorąca brudy za ich pomocą tak, by wciąż było o nich głośno. Rowling wkracza do tak zwanych majętnych sfer celebrytów brytyjskich, do których przecież chcąc nie chcąc sama weszła jako autorka najpoczytniejszych na świecie powieści cyklicznych. Wkracza i drwi niemiłosiernie, chociaż ostrze jej ironii nie zawsze wydaje się dominujące; jest bowiem w opowieści o sławnych i bogatych równie wiele smutku i melancholii, co w historii niedźwiedziowatego detektywa, który przygląda się otoczeniu Luli z uwagą i niewiarygodnym wprost skupieniem.

Cormoran Strike ma kogo przesłuchiwać. Poza osobami z rodziny Luli dociera do jej przyjaciół z medialnego świata fantazji Brytyjczyków wierzących, że pieniądze szczęście na pewno dają. Jest kokainista Evan Duffield, który wywierał na Lulę destrukcyjny wpływ. Jest jej biologiczna matka, którą Lula starała się znaleźć. Są dwie przyjaciółki – jedna, równie nieprzyzwoicie bogata i wyzwolona jak Lula modelka oraz druga, koleżanka z terapii, poturbowana przez życie na ulicy i  przez fakt, że jej akurat w przeciwieństwie do Luli z niczym się nie poszczęściło.

J.K. Rowling już w „Trafnym wyborze” udowodniła, że po mistrzowsku jest w stanie penetrować tajemnice wszelkiego rodzaju dysfunkcyjnych rodzin. „Wołanie kukułki” prezentuje nam intrygę kryminalną, którą wikłają relacje w specyficznych, ekscentrycznych i mocno okaleczonych rodzinach. Lula Landry jest adoptowaną czarnoskórą dziewczyną, która z czasem chce poznać swą prawdziwą tożsamość. Jej brat uwikłany jest w toksyczne relacje z umierającą matką i surowym wujem. Sam Cormoran Strike także mierzy się z cieniem swojej przeszłości w rodzinie, jaka nigdy nie stanowiła dla innych wzoru do naśladowania. Rodzinne komplikacje i życie z pasmem smutnych wspomnień to coś, co nadaje tej kryminalnej historii prawdziwego kolorytu i dzięki temu nie mamy pretensji o to, że może nazbyt długo powtarzamy sobie jak mantrę „wypadła czy ktoś jej pomógł?”. Wykreowany przez Rowling Robert Galbraith okazuje się mistrzem literackiego biografizmu; zagłębiając się w tajniki nocy, kiedy Lula wypadła z balkonu, odkrywamy przeszłość większości z tych, którzy mogą pomóc w rozwiązaniu zagadki.

Świetnie to wszystko skonstruowane, dogłębnie przemyślane przed napisaniem i ujmujące dbałością o detale. Mroczna historia o nieszczęśliwym życiu Luli Landry uzupełnia się poprzez odkrywanie tajemnic samego detektywa Strike’a i poznawanie specyficznych relacji między detektywem a zaskakująco inteligentną asystentką Robin. Dodatkowo topograficznie i klimatycznie mocno londyńska książka, prawdziwy przewodnik po miejscach odkrywanych w brytyjskiej stolicy na nowo. J.K. Rowling lubi pisać cyklicznie – „Wołanie kukułki” to zapowiedź cyklu kryminałów o perypetiach Cormorana Strike. Ponieważ wiem, że autorka pisać potrafi po prostu świetnie, cały przyszły cykl kupuję w ciemno i cieszę się, iż pisarka mogąca odcinać kupony po sprzedaży książek o Harrym Potterze, teraz udowadnia, że dla mugolskich czytelników też ma niejedną niespodziankę.

2013-12-21

"Putter" Aman Payor

Wydawca: Warszawska Firma Wydawnicza

Data wydania: 31 października 2013

Liczba stron: 98

Oprawa: miękka

Cena det: 24 zł

Tytuł recenzji: Pięć niejednoznaczności

To krótka  - prawdopodobnie przez mężczyznę napisana - książka o niemożności wejścia w relacje przy jednoczesnym pragnieniu zagłębiania się w tajemnice namiętnych przeżyć. Homoseksualnych. Tak, w tym momencie znaczna część męskich czytelników przestanie czytać niniejsze omówienie. A sama w sobie konstrukcja opowiadań autora kryjącego się pod pseudonimem Aman Payor jest na tyle intrygująca, że opowiedziane historie nabierają znamion uniwersalnych i wykraczających poza płeć. Ambiwalentne odczucia wzbudza „Putter”, ale na pewno skłania do myślenia. To rozpisana na pięć głosów historia gier, cielesnych transakcji, analiza emocji skrytych gdzieś w ciele; książka, która nie epatuje pornografią, a zanurzona jest całkowicie w efemerycznej erotyce. Dodatkowo opowiada o ludziach, dla których ciało jest mapą poszukiwań; siebie w sobie i inności, dzięki której można lepiej zrozumieć to, kim się jest. Co się czuje i jakim się w tym odczuwaniu staje. Interesujący zbiorek pięciu formalnie dość skomplikowanych tekstów, które bronią się przede wszystkim tym, że potrafią ukazać ulotność fascynacji czymś, co stale jest zagadką, choć wywołuje czytelną namiętność i jeszcze bardziej wyraźniejsze żądze. O czym to tak naprawdę jest?

Nieważne, czy zdarzenia dzieją się we śnie, na planie filmowym, na ulicach Paryża czy na wirtualnym polu golfowym. Ważne są reakcje, jakie zachodzą między bohaterami. I punkty wyjścia do tych reakcji. Co się stanie, kiedy życiowa partnerka o jeden raz za dużo użyje słowa „sofa”? Do czego doprowadzi rozmowa przy rzeźbie hermafrodyty w Luwrze oczekującego na sprawę rozwodową brodacza i prywatnego przewodnika po Paryżu, który boryka się z kolejnym finansowo chudym rokiem swojej egzystencji? Dokąd zabierze nas traumatyczne wspomnienie o żonkilach – zmorze gastarbeiterskiej pracy, która odebrała życiu zmysłowość? Co się wydarzy, kiedy naruszona zostanie relacja między egzotycznym tancerzem a widzem, obserwującym dużo bardziej uważnie niż wszyscy inni?

Aman Payor zaczyna od niejednoznaczności. Od pewnych pęknięć na twardej fakturze życia, jakie nazywamy codziennym. Jego mężczyźni ulegają złudzeniom i poddają się namiętności wynikłej ze zwykłych zbiegów okoliczności, jakich można było uniknąć, ale się nie dało. Seks heteroseksualny, tradycyjne dzielenie się ciałami między mężczyzną a kobietą, zostaje zbanalizowane przez rytuał, przewidywalność, przez fetysze wokół i przez pustkę. Treść kryje się w relacjach dla niektórych z bohaterów zakazanych. Właściwie iskrzą tylko zmysły, bo rozum zasypia i odchodzi wraz z niechcianym wspomnieniem sofy, żonkili, rodziny usiłującej wyswatać na siłę. Payor ukazuje momenty trudne do uchwycenia, kiedy namiętności rodzą się z potrzeby chwili, a ta - niczym nieuzasadniona – prowadzi zwykle to szybkiego zaspokojenia żądzy i do oderwania się od samego siebie w chwilowym szale zapomnienia, z kim i po co się zbliżamy.

Uważam, że najciekawszym opowiadaniem, najbardziej niejednoznacznym ze wszystkich pozbawionych przecież jednoznaczności przekazu, jest „Kurort” – dramatyczna i kameralna opowieść o bliskości seksu i śmierci, o szaleńczym zapętleniu między pożądaniem a pustką życia. Przybywający do Gdańska turysta z Dubaju przygotowuje się do policyjnego przesłuchania świadom, iż jego tajemnicza znajomość z osobnikiem pragnącym pozbawić się życia, będzie skupiać niezdrową uwagę i będzie czymś, z czego konieczne będzie tłumaczenie się. Aman Payor wydaje się pisać tak, jakby żadne tłumaczenie się z własnej twórczości nie było mu potrzebne. To są surowe w gruncie rzeczy zapisy stanów emocjonalnych, jakie rodzą się ze zmysłowości skrytej na co dzień, w tyglu obowiązków, rzeczy do wykonania, słów do powiedzenia, gestów do pokazania. Pokazana jest także dwuznaczność męskich oddziaływań. Nie jesteśmy pewni, czy mamy do czynienia z ocierającymi się o ekscentryzm podszyty pornografią obrazkami z życia, w którym obserwować możemy te jego przejawy, o jakich często wstydliwie się milczy. Stąd też moc tych krótkich narracji – jest w nich jakaś kaleka groza nazywania rzeczy przyziemnych, a jednocześnie wyrafinowany kunszt opowiadania o namiętnościach fatalnych, które – mimo wszystko – przynoszą coś na kształt spełnienia, dają zadowolenie.

Putter to rodzaj kija golfowego, za pomocą którego, blisko dołka, wymierza się tak zwaną „krótką piłkę”, by „zaliczyć” ów dołek. Takie jest metaforyczne wytłumaczenie opisywanych w opowiadaniach relacji międzyludzkich; dość mglisty tekst z okładki książki wikła jej zrozumienie chyba bardziej niż chciałby zawikłać to sam autor. Nie wiemy w gruncie rzeczy, jaką taktykę opowiadania o szybko nawiązywanych i porzucanych relacjach w namiętności, anonimowy autor przyjmuje i stosuje.

To jest pięć tekstów-zagadek w gruncie rzeczy. Tak jak bohaterowie opowiadania „Rue de Babylone” zawierają dżentelmeńską umowę o prawie do obopólnej rozkoszy, tak czytelnik podejmuje się interpretacji opisanych zdarzeń z umownym przekonaniem, iż wszystko jest prawdopodobne, choć osadzone gdzieś jakby na granicy snu i jawy. To proza nasycona erotyką zawłaszczania, korzystania z bliskości i porzucania bez żadnych wyrzutów sumienia. Można potraktować te opowiadania jak gejowskie wynurzenia o niczym, osnute pretensjonalną nutą wyrażania nicości za pomocą przenośni. Można też zastanowić się nad tym, czy nie dane nam jest przypadkiem czytać prozę tak bliską ulotnym namiętnościom, jakie przecież nie proszą się o wyrażenie…

Iskrzy na kartach tej książki. Jest tam jakiś potencjał, jest coś specyficznego. Byłaby to pozycja naprawdę godna polecenia, gdyby wszystko, o czym opowiada, nie było tak nieznośnie wieloznaczne. Bo po przeczytaniu można się podzielić przemyśleniami, co właśnie zrobiłem, ale do końca nie można być pewnym, do jakiego świata, jakich przeżyć i jakich bohaterów tak naprawdę się dotarło. Co gorsza – czy warto było docierać tam, gdzie prawdopodobnie nic poza formalną grą narracyjną na nas nie czeka. A ryzyko takiej konstatacji – mimo wszystkiego, co napisałem powyżej – jest jednak dosyć duże…

2013-12-19

"Alex" Pierre Lemaitre

Wydawca: MUZA

Data wydania: 13 listopada 2013

Liczba stron: 352

Tłumacz: Joanna Polachowska

Oprawa: miękka lakierowana ze skrzydełkami

Cena det: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Kto katem, kto ofiarą?

W „Ślubnej sukni” Pierre Lemaitre udowodnił, że nieźle pisze. „Alex” to pisarstwo już rewelacyjne – nie tyle jako powieść z nieustannie stopniowanym napięciem i trzymaniem w nim czytelnika praktycznie do ostatniej strony. „Alex” jest opowieścią zacierającą granice między ofiarą a katem. Lemaitre robi to bardzo zręcznie, bo wciąż na nowo zadajemy sobie pytanie o to, kto jest winien, komu należna jest kara i czy winowajca naprawdę na nią zasługuje.

Misterna konstrukcja daje wiele do myślenia. Tematyka już u francuskiego pisarza obecna i widoczna wyraźnie, to na nowo i inaczej eksploatowany motyw kobiety w opresji. Sophie Duget ze "Ślubnej sukni" niewiele wydaje się mieć wspólnego z tajemniczą Alex Prévost. Widzimy jednak, że autorowi ponownie udaje się stworzyć powieść drogi, gdzie uciekające i ścigane, goniące i bojące się złapać, kobiety wykazują się determinacją, potrafią walczyć w sytuacjach zagrożenia. „Alex” jest nie tyle o walce, co o zemście. O odkupieniu win, jakie nie nadchodzi i o nieukojonym bólu, po którym fizyczny ślad to znamię i ciężar motywacji do działań nie tylko przerażających, co przede wszystkim zaplanowanych z chirurgiczną wręcz precyzją umysłu wielkiego w swym szaleństwie.

Alex ma trzydzieści lat, jest samotną kobietą, która lubi peruki, częste przeprowadzki i z nikim nie nawiązuje bliższej relacji. Kiedy zostaje porwana przez brutalnego oprawcę, mijają kolejne dni i nikt nie zgłasza jej zaginięcia. Alex zostaje uprowadzona i choć czuje, iż może się to wszystko skończyć śmiercią, od samego początku zastanawiać będzie i elektryzować fakt, że kobieta nie tyle nie chce umrzeć, co nie chce umrzeć teraz, w taki sposób. Szalony porywacz zaplanował jej torturę ponad siły Alex. Tak mu się tylko jednak wydaje. Ta, która żyje ze świadomością śmierci, nie podda się jej naga, uwieszona w ciasnej klatce pod sufitem. Będzie walczyć. Tak jak walczyła do tej pory – z innymi i w innej sprawie. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co kryje się za nieprzypadkowym porwaniem oraz co wydarzy się w momencie, kiedy Alex znajdzie sposób, by uwolnić się z miejsca swej kaźni…

Sprawą porwania tajemniczej kobiety zajmuje się inspektor Camille Verhoeven. Nadużywająca w ciąży nikotyny matka obarczyła go na całe życie niskim wzrostem. Co może czekać w życiu mężczyznę mierzącego metr i czterdzieści pięć centymetrów? Okazuje się, iż nic gorszego w porównaniu z porwaniem i zabiciem ciężarnej żony. Od czasu tego traumatycznego zdarzenia Camille wie, że nie będzie podejmować się zagadek porwań. Postępuje wbrew sobie. Poszukując Alex, poszukuje jednocześnie wybaczenia u żony, za której śmierć się wini. Angażując się w sprawę przypominającą tak bolesną ranę z przeszłości, Camille podejmuje wyzwania. Stawia czoła przeszłości. Przede wszystkim zaś Alex, która w przeciwieństwie do zamordowanej małżonki, nie jest bezbronna i kto wie, czy nie zasłużyła sobie na to, co ją spotyka…

Verhoeven nigdy nie odpuszcza. Chociaż wszelkie tropy okazują się mylące i wciąż nie wie, jakiego typu zagadkę rozwiązuje, nie poddaje się, determinacja idzie u niego w parze z psychologiczną wewnętrzną walką. Zarzuca się mu po raz kolejny, że przybywa za późno. Nie ochronił przed śmiercią żony. Czy uda mu się to z Alex? Czy Alex potrzebuje jego pomocy? Czy jako policjant dobrze wie, kogo śledzi i z jakiego powodu? Lemaitre manipuluje swoim inspektorem i czytelnikiem. Nie wiemy, ku czemu zdążamy. Jest coraz więcej znaków zapytania od momentu, w którym Camille czuje, iż wpada na właściwy trop. Faktycznie nie odpuszcza, ale zagadka Alex stanie się dla niego drogą do zmierzenia się z przeszłością, z czymś niewyjaśnionym do końca; czymś całkiem jego, prywatnym piekłem.

Camille przeżywa specyficzną więź ze swoją matką, teraz już martwą jak żona. Wystawia na aukcję dzieła malarskie matki, pozbywa się jej pracowni, zaciera ślady łączącej go z nią skomplikowanej więzi. Camille jako syn wypiera się tej, która go urodziła. Takiego, a nie innego. Mroczny jest ten proces wypierania i zadziwia nas spojrzenie Verhoevena na kobiety w ogóle; komplikuje się wszystko jeszcze bardziej w momencie, kiedy uświadamiamy sobie, jak skomplikowane mogą być motywacje tej, którą Camille bezskutecznie poszukuje…

„Alex” to inteligentnie skonstruowana opowieść o tym, że nie zapomina się tego, co traumatyczne mimo faktu, iż nasz umysł, ratując przed upadkiem, stara się zacierać najbardziej przykre zdarzenia i wspomnienia. Dramat zaginionej Alex i dramat poszukującego jej inspektora – oba osadzone są w przeszłości; zrozumieć je, to przede wszystkim poznać czas miniony. Z równym zainteresowaniem śledzi się poczynania zarówno Alex Prévost jak i Camille Verhovoena. Pierre Lemaitre buduje opowieść grozy, plącząc tropy i poszlaki. Udowadniając jednak przede wszystkim, że w każdym z nas tkwi wiele dwuznacznych motywacji. Każdy może być ofiarą i katem. Każdy w wypieraniu przeszłości trafi na jej fragment, z którym pożegnać się nie sposób. Mistrzowski tryptyk psychologiczny o niejednoznacznej wymowie i pozostawiającym w niemym zdumieniu zakończeniu. „Alex” to z pewnością fabuła, jaką chciałby sfilmować Hitchock i jej autor jest o tym słusznie przekonany!