On – starzejący się pisarz, który oddał serce i pióro Hiszpanii Franco, której już nie ma. Ona – ekscentryczna i wyzwolona dziewczyna, bezkompromisowa i szczera, a jednocześnie tajemnicza i kryjąca się podczas bezsennych nocy ze swoimi problemami. Między nimi – przeszłość, jakiej wspólnie nadają nowe oblicze, bo okazuje się, że Mariana przybywa do domu swego wuja Luysa, by rozliczać go z tego, kim kiedyś był i by pokazać, iż jego życie nie jest zamkniętym rozdziałem, a za taki uważa je Luys, izolujący się od świata w swym nadmorskim domku. Juan Marsé publikuje „Dziewczynę w złotych majtkach” w 1978 roku jako rozprawę z pewną tradycją literacką i jako erotyczną powieść rozliczeniową. Blisko trzydzieści lat później możemy odebrać tę książkę jak pozornie lekką opowieść o tym, w jaki sposób kreuje się swój mit i jakie mechanizmy wywołują tego mitu obalenie. Marsé nie pisze jednak tylko o skomplikowanej drodze twórczej pisarza, który oddał się ideologii, deprecjonowanej w momencie, w którym musi się skonfrontować z poglądami młodej Mariany. Pisze o dramatycznym zderzeniu młodości i starości, o istocie prywatnych fikcji (warto zwrócić uwagę na to, iż tytuł jednej z powieści Luysa to właśnie „Prywatne fikcje”), mających tworzyć prawdę i o erotycznym napięciu zbudowanym między słowami demaskującymi te fikcje. To opowieść o kuszeniu, niebezpieczeństwie demitologizowania tego, co było; o ryzyku podejmowanym z chwilą powrotu do miejsc, zdarzeń i ludzi, którzy mieli dotychczas jasne i klarowne znaczenie. Dziewczyna w złotych majtkach zmusi Luysa nie tylko do zwierzeń, ale przede wszystkim do konfrontacji z samym sobą i dramatyczną tajemnicą, ukrytą dopiero w zakończeniu.
Mariana wyzwala w bohaterze szereg skrajnie różnych emocji. Wydaje się doskonale przygotowana do tego, by przeprowadzać z nim trudne rozmowy o przeszłości, bo świetnie zna jego twórczość, drogę życiową i ma zdecydowane poglądy na temat tego, w jaki sposób Luys kroczył przez życie. Mariana niesie w sobie niepokój, ale także intryguje. Oto bowiem dochodzi przy niej do zderzenia dwóch punktów widzenia na minione zdarzenia – Luys je przeżył, dziewczyna interpretuje. Bohaterka prowokuje swoim stylem bycia i tym, co ma do powiedzenia na temat wuja. A ma do powiedzenia wiele, z czego najistotniejszym zarzutem, jaki wobec Luysa formułuje wydaje się być ten: „Nie tylko strzelałeś wobec wolności, ale też pogrzebałeś ją w wierszach i powieściach, strasznie zresztą niestrawnych”. Wolność Mariana wielbi ponad wszystko, bo chce czuć się wolna i żyje jak osoba wyzwolona. Słowa przez nią wypowiadane to nie tylko oskarżenie, ale przede wszystkim punkt wyjścia do rozważań o tym, ile odpowiedzialności bierzemy za własne wybory i jak ważna jest wtedy wolność i niezależność. Luys nie jest tylko krytykowany. Mężczyzna stanowi obiekt do obserwacji, jest dla Mariany źródłem inspiracji do działania, ale przede wszystkim okazuje się kimś, z kim jej życie jest bardziej związane niż mu by się wydawało.
Zagadka powieści Marsé ukryta jest także w mowie ciała, dzięki której fakty z życia Luysa, jego motywacje i życiowe wybory, nabierają w 1976 roku (kiedy toczy się akcja książki) zupełnie nowego znaczenia. Erotyczne pokusy, jakim zostaje poddany Luys, to jednocześnie próby wyzwolenia w nim życia. Tak, wyzwolenia właśnie. A skoro ma stać się wolny wyłącznie ożywiając swą przeszłość, Mariana nie pozwoli na to, by ta wolność nie została przez bohatera w pełni zrozumiana. Powieść Marsé jest przesycona erotyką, chociaż jest to erotyka ukryta gdzieś między słowami i gestami, których właściwa interpretacja uczyni z „Dziewczyny w złotych majtkach” lekturę pasjonującą i niepokojącą jednocześnie.
Relacje między Luysem a Marianą zaczynają się komplikować z czasem, kiedy dowiadujemy się coraz więcej o przeszłości pisarza i kiedy powoli odkrywamy, dlaczego tak bardzo teraz izoluje się od świata. Trudno potem także ustalić, które z nich odgrywa w tej historii ważniejszą rolę. Kto stoi za tym, że przeszłość Luysa ponownie ożywa i jaki naprawdę jest cel Mariany, która spędza z wujem tak wiele czasu. Czy Marsé opowiada tylko intrygującą historię o zderzeniu dwóch pokoleń i światopoglądów, czy też umieszcza gdzieś pomiędzy nimi Hiszpanię, o której pisze z czułością i sentymentalizmem? „Dziewczyna w złotych majtkach” to powieść prowokacyjna i tak napisana, że trzydzieści dwa lata od pierwszego wydania służą jej i konserwują jak dobre wino, po wypiciu którego rozwiązuje się język i poznajemy… samych siebie takimi, jakimi jeszcze się nie znaliśmy, przeżywając to, co Luys.
Wydawnictwo Znak, 2010
KUP KSIĄŻKĘ
U progu lata otrzymujemy książkę osadzoną w letnim klimacie francuskiego zachodniego wybrzeża, ale jednocześnie książkę bardzo mroczną, smutną i chłodną. Debiut Marty Magaczewskiej nie oddziałuje tak silnie, by – jak to jest zapowiedziane we wstępie książki – zmienić czytelnika, ale historia może zaintrygować z kilku powodów, o których zaraz napiszę. „Zaćmienie” to jednak opowieść nazbyt patetyczna, chwilami pretensjonalna i - niestety – przewidywalna. To na pewno nie jest debiut roku, ale zapowiedź talentu, który być może rozwinie się w przyszłości. Magaczewska próbuje sugestywnie oddać nieuchwytną granicę, gdzie relacje męsko-damskie nabierają metafizycznego znaczenia. I myślę, że tej całej metafizyki obudowanej słownymi ornamentami i nazbyt dydaktycznie skoncentrowanej wokół współczesnego ujęcia danse macabre jest w „Zaćmieniu” za dużo, a sama historia poruszyć ma przede wszystkim problematyką egzystencjalną, ale wykład dany nam przez autorkę niekoniecznie jest przekonujący.
Marius Geert, urlopowany naukowiec, próbuje podczas wakacji w Bretanii ukończyć artykuł o mrocznym wpływie na ludzkie życie Plutona i o istocie tego tak bardzo oddalonego od źródła słonecznego światła obiektu. Któregoś dnia na opuszczonej plaży spotyka tajemniczą dziewczynę. Jej iluzoryczność podkreślana jest już od samego początku, bo bohaterka to symbol, to efemeryczna istota niosąca w sobie wolę nieistnienia, to kobieta-fantazja i kobieta-urojenie, a przecież tak wyraźnie osadzona w malowniczym bretońskim krajobrazie. Lydia Mortaire – bo tak przedstawia się Mariusowi dziewczyna – to uosobienie romantycznych bohaterek, które pojawiały się i znikały, by wywołać niepokój i zmuszać do myślenia nad życiem, tak zmienionym pod ich wpływem. Tożsamość Lydii to tajemnica. Jedna z wielu, przed jakimi stanie Geert, który coraz bardziej będzie się przywiązywać do kogoś, kto traktuje go z dystansem i nieczule. Naukowiec tak silnie przywiązany do życia i przekonany o tym, iż istota ludzka ponad wszystko stawia instynkt przetrwania, wędrując wraz z Lydią i odwiedzając z nią kolejne bretońskie miasteczka szybko przekona się, iż dziewczyna nie tylko jest zafascynowana śmiercią, ale także stanowi jej specyficzne uosobienie.
Relacje między mężczyzną a kobietą u Magaczewskiej to relacje pełne napięcia. Wynika ono z faktu, iż zderzają się ze sobą skrajnie różne osobowości. Jak tytułowe zaćmienie osłabia moc słońca, tak Lydia (Vivienne? Mara?) z czasem odbiera siły witalne, z których zapasem Marius Geert kroczy przez życie. W fabułę „Zaćmienia”, która przypomina chwilami wartką historię sensacyjną, wplatane są coraz to nowe rozmyślania na temat tego, czym jest śmierć i dlaczego można jej pragnąć. Bretoński klimat podkreślony jest przez postać Ankou, uosobienie śmierci w kulturze, którą Magaczewska próbuje przybliżyć, nauczona kilkoma życiowymi doświadczeniami z dwóch dłuższych pobytów na zachodzie Francji. Podróże Mariusa i Lydii to próby podążania drogą Ankou; próby wyjaśniania tego, w jaki sposób odbywa się mroczna podróż z krainy życia do krainy śmierci. Podróże te odbywamy wraz z bohaterami, a narzędziem, jakim autorka posługuje się dla ukazania wspomnianych napięć podczas nich, jest język. Język próbuje wyrazić to, co niewyrażalne i nazwać to, czego nazwać nie można. W języku, komunikacji między Lydią a Mariusem widzimy dramatyczne napięcie, które kumuluje się praktycznie do ostatniej strony książki. Między słowami i między żywiołowością Mariusa a pustką i chłodem Lydii ukryta jest zagadka stawania się człowiekiem i doświadczania bólu własnej egzystencji.
Bólu tego jest bardzo dużo. Psują wrażenie fragmenty pamiętnika bohaterki, przesycone nieznośną egzaltacją - dopełnienie tego, czego dowiadujemy się o dziewczynie wraz z poznającym ją Mariusem. O bólu istnienia traktuje pełna niewiadomych biografia bohaterki i jej sposób odbierania świata, ale najbardziej bolesne wydaje się to, iż przeżywając swe udręki Lydia tak silnie skupia się na sobie, że nie potrafi już ogarnąć tego, co inne, nie jej. A przecież mogłaby to być książka o autentycznym doświadczaniu inności i dramaturgia mogłaby być bardziej wyrazista i przekonująca.
Magaczewska starała się napisać książkę niebanalną i taką też może się wydawać „Zaćmienie”. W gruncie rzeczy, choć wyróżnia tę opowieść sposób budowania napięcia i naprawdę przekonujący obraz sennej i malowniczej Bretanii, historia o życiu i śmierci, o związkach między nimi, o odkrywaniu egzystencjalnych tajemnic w pozornie zwyczajnych relacjach chłodnej kobiety i zafascynowanego nią mężczyzny to opowieść, która na polskim rynku wydawniczym raczej się nie wybije.
Wydawnictwo JanKa, 2010
KUP KSIĄŻKĘ
Doprawdy szkoda słów, by pisać o tej publikacji. Najpierw podejrzałem, jak wiele już o niej napisano, następnie chwilę przyglądałem się okładce i rozważałem, czy dowiem się czegokolwiek więcej niż to, co przeczuwałem bez lektury. Potem przyszło mi na myśl, że jednak przeczytam z przekory i sprawdzę, czy promowany przez Ha!art gatunek political fiction zainicjowany przed trzema laty niesmacznym agresywnym tryptykiem „New Romantic” Michała Zygmunta (rzecz była o atakach na polskich kandydatów na prezydenta, o polskiej polityce, mentalności i obłudzie) to jednak tylko chwytliwe hasło marketingowe, które nie zawiera w sobie żadnej treści. O ile Zbigniew Masternak, autor skądinąd ciekawych publikacji odradzających w polskiej literaturze tak zwany nurt chłopski, stworzył opowieść nie tak krzykliwą i buntowniczą jak Michał Zygmunt, „Jezus na prezydenta” to także książka śmieszna, prosta i szydząca z czytelnika brakiem jakiegokolwiek pomysłu.
Bo co to za pomysł? Pewnego dnia na dworcu Warszawa Centralna dwaj policjanci zatrzymują żebrającego oszołoma, który nazywa się Jezusem Chrystusem. Okazuje się, że nie taki z niego oszołom, a prawdziwy Mesjasz. Jest dobry, cierpliwy, potrafi wybaczyć, przepowiada przyszłość i dekonspiruje przeszłość innych, a przede wszystkim odwołuje się do archaicznych argumentów, jakich używał biblijny Chrystus, by pokazać kondycję człowieka oraz mówić o czekającym go zbawieniu. Jezus Masternaka także dąży do tego, by zbawić nadwiślański naród. Okazuje się jednak, iż motywy jego postępowania są dość prozaiczne. Wygrana wyborów prezydenckich w Polsce ma być odpowiedzią na diabelskie podszepty i jest wynikiem zakładu z Szatanem, a Chrystus chce udowodnić, że Polacy naprawdę go kochają i dadzą temu dowód.
Oryginalne? Nie bardzo. Intrygujące? Bynajmniej? Śmieszne? Mało. Ironiczne? Za tępe ostrze tej ironii. Zbigniew Masternak buduje swą opowiastkę z krótkich scen, w których najważniejsza jest akcja i to chyba dzięki jej szybkim zwrotom czyta się tę bzdurę tak szybko. Jezus Chrystus w swej kolejnej po dwóch tysiącleciach misji musi się zmierzyć z tym samym, co w Ewangelii i pozostaje naturalnie tak samo czysty i nieskalany. Odrzuca zaloty kobiet, nie kuszą go jędrne piersi, na agresję odpowiada spokojem, jest jednocześnie postacią bardzo ponurą i naiwną, albowiem pozwala na to, by za jego kampanię prezydencką odpowiadał pewien warszawski gangster. Co z tego wszystkiego wyniknie, dość łatwo przewidzieć. U Masternaka odpowiedniki ważnych w ewangelicznym żywocie Chrystusa osób oraz istotnych zdarzeń, jakich doświadczał są bardzo czytelne i nakreślone zbyt grubą kreską. Będzie oczywiście dużo dynamiki i brutalnych zdarzeń. Nie tylko Jezus na kartach tej książki może zostać ukrzyżowany… A Polska nie okaże się jednak narodem wybranym, bo dobro zniszczy małość i złośliwość.
Zlepek absurdalnych sytuacji i dialogów ma stanowić swego rodzaju scenariusz filmowy. Poza podciągnięciem tej fabułki pod pojęcie political fiction, otrzymujemy jednocześnie czytelne podkreślenie, że to nowela filmowa i że naturalnie nie ma niczego wspólnego z aktualną sytuacją na polskiej scenie politycznej. Po co tępić umysły czytelników i kpić z ich inteligencji, sprzedając konkursowy utworek napisany przed laty w chwili zamroczenia pod etykietą jakiegokolwiek gatunku? Dlaczego tekst o wątpliwych walorach literackich publikowany jest akurat przed wyborami prezydenckimi? Czyżby rzekomo chwytliwe hasło z tytułu to za mało i wydawca ma świadomość, że rzecz wypuszczona na rynek w innym czasie, zwyczajnie zaczęłaby wracać z księgarń jako zwrot?
Nie będę jak Chrystus. Nie nadstawię drugiego policzka, kiedy ktoś uderzy mnie w twarz. Nie będę milczał, gdy szydzą ze mnie, podsyłając mi taki tekst do zrecenzowania. „Jezus na prezydenta” to nic innego jak chwyt marketingowy, a w dobie wszechobecnej manipulacji wszyscy mamy czegoś takiego serdecznie dosyć.
Korporacja Ha!art, 2010
KUP KSIĄŻKĘ
Przykładów na to, że współczesna literatura fińska jest wartościowa i pasjonująca mamy już wiele, bo i dokonano wielu interesujących przekładów prozy autorów z Finlandii. „Oczyszczenie” Sofi Oksanen można zaliczyć do ambitnego nurtu psychologicznego, reprezentowanego już między innymi przez takie książki jak „Listy do Trynidadu” Anniki Idström czy „Przypomnij sobie” Eliny Hirvonen. Oksanen w swej powieści ukazuje także, jak biografie bohaterów łączą się z Historią, jak wychodzą jej naprzeciw, jak wchodzą w zależności z tym, co porządkuje rzeczywistość dnia codziennego. W takim rozumieniu „Oczyszczenie” zbliża się do „Kobiety pułkownika” Daniela Katza (nawiasem mówiąc, obie książki przetłumaczył Sebastian Musielak). Sofi Oksanen to mimo wszystko nowa, specyficzna jakość i choć odnaleźć można cechy wspólne z pisarstwem jej rodaków, „Oczyszczenie” jest powieścią wyjątkową oraz niepowtarzalną i książką, która na długo pozostawia swój ślad w świadomości czytającego.
Pewnego jesiennego dnia 1992 roku w zachodniej Estonii Aliide Truu (proszę zwrócić uwagę na nazwisko mówiące „uczciwa, wierna”, które nie pozostanie bez znaczenia wobec rozwoju zdarzeń) znajduje przed swym domem młodą dziewczynę, Zarę, uciekinierkę. Wydaje się, że Zara dotarła do zapadłej estońskiej wioski zupełnie przypadkiem, działając impulsywnie i uciekając od tyranizującego ją partnera. Aliide podchodzi do dziewczyny z dużą nieufnością, bo i jej całe dotychczasowe życie oparte było na tym, by tak naprawdę nie ufać nikomu poza samą sobą. Zara z czasem odnajduje u staruszki względy, ale nadchodzące zdarzenia każą Aliide zrewidować swe poglądy na dziewczynę i zmuszą kobietę do przywołania wspomnień z dramatycznej przeszłości, które starała się ukryć w zakamarkach swej świadomości. Co młodziutka Zara ma wspólnego z odległą przeszłością, z konspiracyjnym życiem Aliide, z całym złem i okrucieństwem jakich się dopuściła? Co ukrywa Aliide pod swoimi zmarszczkami? Dlaczego w jej domu jest ukryte pomieszczenie? Czy Zara wie, jaką fotografię przywozi ze sobą i czy jej dramatyczna opowieść ujawnia Aliide całą prawdę o dziewczynie?
Zdradzenie choćby kilku rozwiązań fabularnych Oksanen byłoby zabójcze dla lektury i odebrałoby czytelnikowi jej przyjemność. Analizując tę powieść, należy zatem opisać jej strukturę i zapewnić, że każde słowo „Oczyszczenia” przykuje uwagę czytającego. Rwana i powolna narracja toczy się na przestrzeni wielu lat. Niemym bohaterem jest tutaj Estonia i losy republiki radzieckiej, a potem niezależnego państwa. Przyglądamy się przemianom ustrojowym i społecznym w Estonii od lat sprzed drugiej wojny światowej po wspomniany 1992 rok, kiedy Zara odnajduje schronienie w domu Aliide. Z rozmachem zarysowana panorama estońskiej codzienności możliwa jest dzięki temu, iż główna bohaterka jest wiekowa, a wszystkie dramatyczne zdarzenia, o których dowiadujemy się stopniowo, rozgrywały się wiele lat temu. Biografia Aliide to biografia kobiety nieszczęśliwej, osamotnionej matki, siostry i żony; kobiety fatalnej jednocześnie. Budują ją lata niespełnienia, frustracji, lęku, bólu, a potem złości i nienawiści. To także czas, w którym rodzi się toksyczna miłość, niszcząca wszystko wokół. Aliide działa, kierując się sercem, ale jej serce podpowiada niejednokrotnie, iż musi robić, coś co spowoduje zniszczenie. Losy Aliide i jej siostry to także błyskotliwa opowieść o tym, jak bardzo zmieniający się system polityczny może wpłynąć na ludzkie wybory i działania. „Oczyszczenie” to pasjonujące studium narodzin i upadku demokracji socjalistycznej w Estonii, ale także opowieść o narodzinach i upadku wielkiej namiętności prowadzącej do zbrodni. Przestrzeń czasowa jest tu niezbędna, by ukazać problematykę tak skomplikowaną, jak skomplikowane były czasy, w których mała nadbałtycka republika radziecka kształtowała się w niepodległe państwo. Opowieść Oksanen wolna jest jednak od polityki, stronniczości czy nadmiernie rozbudowanych refleksji o charakterze socjologicznym. To przede wszystkim opowieść o kobietach, o kobiecej sile i kobiecym dramacie. Rozpisanym na dwa głosy.
Biografia młodej Zary, równie dramatyczna co losy Aliide, z czasem staje się uzupełnieniem gorzkiej opowieści o tym, co skrywa staruszka i dlaczego jest w wiejskiej społeczności napiętnowana. Okazuje się, że obie kobiety łączy coraz więcej i dość szybko można się zorientować, iż spotkanie rozpoczynające powieść nie jest przypadkiem. Sofi Oksanen dodatkowo bardzo manipuluje czytelnikiem, bo jego sympatia przenosi się od jednej do drugiej postaci, by na końcu zamienić się w inne uczucie. Odkrywamy coraz to nowe, brutalniejsze i przerażające zagadki z życia obu kobiet, spędzających ze sobą czas w wiejskim estońskim domu. Z każdą kolejną stroną wkraczamy do labiryntu, z którego nie ma już drogi wyjścia. I kiedy zacznie się lekturę, nie jest łatwo ją przerwać. A tytułowe oczyszczenie niekoniecznie nadejdzie. Warto się o tym przekonać.
Oksanen napisała książkę ambitną, smutną i zaskakującą. Zastosowała wszystkie możliwe zabiegi, by zdobyć ogromną popularność czytelników. Ale czy „Oczyszczenie” to książka dla masowego czytelnika? Zbyt intymna, zbyt ironiczna, zbyt bolesna na to.
Wydawnictwo Świat Książki, 2010
KUP KSIĄŻKĘ
"Niemym bohaterem historii rozgrywającej się na przestrzeni wieku jest pewien dom wraz z przylegającym do niego ogrodem. Trudno tutaj jednak mówić o jednej historii, albowiem Erpenbeck w niezwykły sposób łączy kilkanaście opowieści, kilkanaście ludzkich dramatów rozgrywających się w przestrzeni domu, który będzie świadkiem wzruszeń, tęsknot, bólu, rozczarowań, smutku i żalu. Opowieść z wyraźnie nakreślonym początkiem i końcem (symboliczny prolog i epilog zamykający w sobie rozważania o życiu całkiem od siebie różnych, a tak przecież podobnych ludzi) jest metaforyczną podróżą przez czas, bo jego upływ ma w tej książce ogromne znaczenie."Wydawnictwo W.A.B., 2010Całość tekstu na stronie G-Punkt KUP KSIĄŻKĘ
Aravind Adiga napisał książkę, która jest niejako odpowiedzią na docenienie jego talentu i przyznanie mu literackiego Bookera w 2008 roku. Stąd też pewien niedosyt, bo to opowieść wtórna wobec świetnego "Białego Tygrysa” i książka co najwyżej dobra. Nie będę bynajmniej odradzał lektury, bo Adiga naprawdę umie pisać, a „Między zabójstwami” szkodzi chyba przede wszystkim epizodyczność fabuły, gdyż ta historia złożona jest z kilkunastu drobnych historii, dość nierównych i chwilami chaotycznych. Myślę jednak, że to jeden z niewielu Hindusów, którzy o swej ojczyźnie potrafią napisać krytycznie i „z pazurem”. Zapewne łatwiej robić to z oddalenia i autorowi niewątpliwie pomaga, iż jest zawodowym dziennikarzem. Stąd też moje przekonanie, że warto poznać tę powieść, zwłaszcza jeśli nie czytało się głośnego debiutu.
Konstrukcja „Między zabójstwami” jest dość ciekawa. Oto bowiem znajdujemy się w Kittur, tętniącym życiem mieście w Indiach, gdzie odnaleźć można wszystko to, co dla Indii charakterystyczne. Mamy tu barwne społeczeństwo kastowe, ogromne rozwarstwienie i przepaść między bogatymi i biednymi, mamy tandetę i kicz sąsiadujące z architektonicznymi dziełami sztuki, mamy odznaki rozwijającej się w niesamowitym tempie techniki i cywilizacji, a obok frustrację, biedę i wszelkiego rodzaju kompleksy. Kittur jest fikcyjne, ale przecież tak naprawdę bardzo sugestywne i przypominające o tym, co dla indyjskich miast najbardziej charakterystyczne. To miejsce, w którym wiele widać, słychać, czuć. Miasto, po którym jesteśmy oprowadzani i gdzie rozegrają się dramaty bohaterów książki. Wędrówka po Kittur ma trwać siedem dni, lecz Adiga opisuje zmiany, jakich zaznało miasto i jego mieszkańcy w okresie od zabójstwa Indiry Gandhi w 1984 do tragicznej śmierci Raijvy Gandhiego w 1991 roku. To tytułowy okres między zabójstwami i czas, w którym Indie przeżyły wiele dramatycznych zdarzeń i coraz silniejszą ingerencję świata zachodniego. Autor opisuje nie tylko bezradność swoich bohaterów, ale i całych Indii, które ingerencji tej wiele zawdzięczają, lecz i wiele przez nią tracą.
„Między zabójstwami” przedstawia perypetie przede wszystkim ludzi ubogich, niewykształconych, zależnych od innych, rozgoryczonych i pełnych złości. To tragarze, chłopcy na posyłki, wyrobnicy. Każdy z nich ma nad wyraz rozbudowaną świadomość tego, dlaczego żyje tak, a nie inaczej i każdy na swój sposób marzy o tym, by zły los odmienić. Biedni mieszkańcy Kittur są dodatkowo naznaczeni stygmatami z powodu swego niższego pochodzenia kastowego i faktu, że stanowią napływową ludność miasta. Najbardziej przekonujące opowieści i ich bohaterowie – Ziauddin i Chenayya – to głosy pokrzywdzonych i tych, których roszczenia są nie do spełnienia. Bunt młodych najemników jest buntem pełnym złości, ale jest w nim przede wszystkim bezradność. Fatalizm losu bohaterów opowieści składających się na tę książkę to fatalizm Indii, kraju korupcji, przemocy, wszelkiego rodzaju podróbek i społecznego rozwarstwienia.
Adiga ukazuje problemy Indii wieloaspektowo. Z moralnymi dylematami zmagać się będzie dziennikarz, który postanawia pewnego dnia zacząć pisać prawdę w swych artykułach. Poznamy bukinistę, który na przekór wszystkiemu sprzedaje zakazane „Szatańskie wersety” Rushdiego. Przyjrzymy się, w jaki sposób najemnik toruje sobie drogę do tego, by zdobyć względy swej bogatej pani i jaki jest finał specyficznej psychologicznej gry między nimi. Poznamy kobiety, które pragną być traktowane jak podmiot, nie przedmiot i dramat prób wychodzenia poza karykaturalne role społeczne narzucone im przez społeczeństwo.
Jak wspomniałem na wstępie, zestaw hinduskich gorzkich opowieści jest bardzo nierówny i znaleźć można w książce takie, w których ostrze ironii autora przestaje wściekle błyszczeć. Jest w „Między zabójstwami” kilka historii po prostu nużących, kilka niesprawiedliwie potraktowanych postaci i momenty, w których czytelnik dostrzega, iż autor napisał drugą książkę na fali euforii po dobrze przyjętym debiucie. Adiga jest ironiczny, chwilami pełen sarkazmu, ale zbyt często stronniczy. Poza tym za często widzimy, iż jest to książka dziennikarza. Pasja i żar „Białego Tygrysa” nieco wygasają, kiedy czyta się opowieść napisaną w podobnym, zbyt podobnym tonie.
Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2010
KUP KSIĄŻKĘ
Autor to dla mnie zagadka. Niepozorny chłopczyk czytający swe wierszyki na slamach poetyckich. Gwiazda wieczorków, na których młodzi poeci nawzajem ocierają sobie łzy, czytając dramatyczne monologi ukazujące bezsens egzystencji i sprzeciw wobec takiego bezsensu. Właśnie o tym poczuciu bezsensu jest druga prozatorska propozycja Jasia Kapeli (pierwsza jakoś umknęła mej uwagi i mam wrażenie, że niewiele straciłem). Młody bohater „Janusza Hrystusa” nie jest przekonujący w swym afirmowaniu bezsensu istnienia nie tylko dlatego, że wyciska pryszcze, a jego jedyne doświadczenia życiowe to rozmowy z ekspedientkami w sklepie, kilkoma znajomymi i tak samo zaburzonymi emocjonalnie jak on dziewczynami. Tak naprawdę ani autor, ani jego cierpiący na współczesny „Weltschmerz” bohater nie mają niczego do powiedzenia i „Janusz Hrystus” to po prostu stek bzdur napisanych w wolnych chwilach dla zabicia czasu.
„Skoro świat istnieje, to być może ja też mogę”. To deklaratywne „mogę” jest kluczowe dla tej książki, bo narrator tak naprawdę wiele by mógł, ale nie robi niczego. Co robi? Pisze bloga, sprawdza konto na Facebooku, przygotowuje kanapki, zabija muchy… Snuje się całymi dniami po domu, gardzi jakąkolwiek pracą zarobkową (puer aeternus na utrzymaniu rodziców), śni o Julii Hartwig, Adolfie Hitlerze, Władimirze Putinie i Januszu Korczaku, je, śpi, wydala, rozmawia z dziewczyną, rozstaje się z nią, rozmyśla o wszechobecnej pustce i po prostu chrzani od rzeczy od pierwszego do ostatniego słowa. Bohater Kapeli to klasyczny przykład osobowości wycofanej z życia społecznego, bo niemogącej uporządkować swojego emocjonalnego życia osobistego. On dryfuje po oceanie zdarzeń na kruchej tratwie swoich poglądów. Poglądów tych jest wiele i są po prostu nudne. Konstrukcja chłopca zamkniętego w klatce własnych urojeń początkowo wskazuje na to, że będziemy mieć w jego osobie neurotycznego Adasia Miauczyńskiego młodszego o kilkanaście lat, ale dość szybko można się przekonać, że Janusz Hrystus jest jedynie autorską prowokacją, tyleż ironiczną co całkowicie pozbawioną wyrazu. Bo to naprawdę sztuka napisać o pustce i bezsensie, nawet przyjmując formę powieści, w której założeniem autorskim jest „niedzianie się”. Ta książka drwi sobie z samej siebie, kpi z bohatera i z czytelników, ale w gruncie rzeczy jest jedynie nieudaną próbą autoironicznego podejścia do zagadki ludzkiego bytu i czynników, które ów byt warunkują.
Dramat książki Jasia Kapeli to nie tylko dramat pozornie pogodzonego z ładem młodego człowieka, który w gruncie rzeczy pełen jest wewnętrznej agresji i chciałby przez chwilę przelewać krew, swoją i cudzą. To dramat przerabiania elips i metafor dobrych do wykorzystania podczas poetyckich slamów na język prozy, którym to językiem młody poeta nie potrafi się posługiwać. Trzeba przed tą pozycją ostrzec, bo jej lektura to marnowanie czasu, czyli to, w czym mistrzem jest bohater książki. Czasami naprawdę lepiej wyjść na spacer, posiedzieć przy komputerze, pojeździć na rowerze czy zwyczajnie pospać, bo czas zostanie spędzony równie produktywnie jak na czytaniu „Janusza Hrystusa”.
Dwie książki tej wiosny – mam na myśli powieść Jasia Kapeli i debiut prozatorski Dominiki Ożarowskiej – każą pomyśleć po raz kolejny o tym, że marna rysuje się przyszłość polskiej literatury, skoro młodzi twórczy unoszą nicość do rangi symbolu, pisząc jednocześnie książki przepełnione pustosłowiem, za którym kryje się prawdziwe „nic”. Dodatkowo smutne i wyjątkowo odpychające.
Wydawnictwo "Krytyki Politycznej", 2010
KUP KSIĄŻKĘ
To książka bardzo wyrazista. Czytelna. Mądra i pełna humanitarnej troski. Książka, w której rozważania Susan Sontag na temat fotografii, opublikowane po raz pierwszy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, zostają uzupełnione i nabierają nowego znaczenia w kontekście dramatycznych zdarzeń z 11 września 2001 roku. „Widok cudzego cierpienia” to szereg rozważań na temat istoty ukazywania okrucieństwa i o sposobach odbioru ikonograficznych przekazów tegoż okrucieństwa.
Rozmyślania amerykańskiej intelektualistki prowadzą przede wszystkim w kierunku odbiorcy takich przekazów. Kim jesteśmy my, wpatrzeni w obrazy wojennych dramatów? My, którzy przyglądamy się cierpieniom z dystansem, jednocześnie tak silnie przeżywając przekaz, w którym nie słowo, a obraz mają naczelne znaczenie? To książka rozpatrująca rolę obrazu w świadomości społecznej, ale obrazu nakierowanego przede wszystkim na dramat. Ta publikacja to wyraz filozoficznego spojrzenia na zakorzenione od wieków pragnienie podpatrywania czegoś, czego nie jest się świadkiem. Interesująco dobrane przykłady z historii literatury, nauk społecznych, filozofii oraz malarstwa czynią przemyślenia Susan Sontag tak interesującymi, jak interesujące może być zatrzymywanie chwili w fotograficznym kadrze. „Fotografia jest jak cytat, jak maksyma, przysłowie”. „Widok cudzego cierpienia” zawiera wiele sądów i refleksji mogących dla współczesnego czytelnika być czymś na kształt maksym. Sontag cytować warto, ale przede wszystkim warto przyjrzeć się temu, w jaki sposób uczestniczymy na przestrzeni wieków w zdarzeniach przełomowych i brutalnych, które nie dokonują żadnych przełomów w naszej egzystencji i których brutalizmu chcemy pozbyć się jak najszybciej, zapominając.
Wychodząc od różnego rodzaju sposobu obrazowego dokumentowania cierpień na przestrzeni wieków, Sontag próbuje jednocześnie dokonać syntezy swych poglądów na ich rolę w życiu masowego odbiorcy. Autorka zestawia sposób obrazowania rzeczywistości przez literaturę, malarstwo i fotografię, pokazując zasadnicze różnice między nimi. Malarstwo Goi (cykl „Okropności wojny”) staje się świadectwem o zupełnie innym charakterze niż współczesna fotografia z terenów objętych konfliktami zbrojnymi. Inaczej także o wojnie wypowiada się literatura. Obraz fotograficzny ma to do siebie, że teoretycznie skierowany jest właściwie do każdego rodzaju odbiorcy. Rozważania Sontag o specyfice fotografii cierpienia to szereg powiązanych ze sobą skojarzeń, bo też na skojarzeniach bazuje fotografia i to one stanowią o jej sile. Obrazowanie cierpiących z jednej strony jest formą ukazania złożoności ich losu, z drugiej natomiast może w prosty sposób ograniczać percepcję odbiorcy, wszak to specyficzna forma wymowy. Wymowne jest portretowanie wojennego okrucieństwa, „a zdjęcia ofiar wojny też stanowią rodzaj retoryki. Powtarzają. Upraszczają. Agitują. Stwarzają złudzenie jednomyślności". O pułapkach, jakie niesie w sobie fotografowanie wojny i ludzkich nieszczęść Sontag pisze z perspektywy myśliciela otwartego na różnorodność interpretacji. Bo tak jak fotografie każdy interpretuje inaczej, tak też myśli autorki „Zestawu do śmierci” stanowią jedynie wstęp do głębszej refleksji na temat przenikania obrazów cierpienia do ludzkiej świadomości.
Sontag odnosi się do wielu współczesnych fotografów, którzy wywarli wpływ na opinię publiczną, ukazując rozmiar tragedii tych, którzy nie byli w stanie jej zrelacjonować. Badaczka podkreśla także wagę artyzmu fotografii, który często nie jest zależny od tego, czy ujęcie zrobił profesjonalista, czy amator. Dodatkowo snuje rozważania o fascynacji cierpieniem, a nawet o jego seksualnych aspektach, przez co „Widok z cudzego cierpienia” może być książką kontrowersyjną. Myślę jednak, że najistotniejsze jest jednak to, iż amerykańska intelektualistka zmusza do rozmyślań na temat niejednoznaczności obrazu i tego, w jaki sposób obraz kształtuje świadomość. To nie tylko esej o tym, w jaki sposób można kadrować ból. To rozważania na temat tego, jak plastyczny może być ten ból i jak bardzo w gruncie rzeczy podobnie możemy go odbierać.
Wydawnictwo Karakter, 2010
"Miecugow napisał książkę o twardym mężczyźnie, który tak naprawdę roztkliwia się nad sobą niczym mały chłopiec. Książkę, w której nie tylko główny bohater zachowuje się irracjonalnie. Jeśli chodziło autorowi o stworzenie zwartej sensacyjnej fabułki, którą po prostu czyta się w pociągu czy tramwaju, nawet mu się to udało. Pytanie tylko, czy medialna popularność autorów wypromuje tego typu książki. Bo jeśli chodzi o Grzegorza Miecugowa, to jego pisanie jest specyficznym przypadkiem. Ciekawszym nawet niż perypetie jego mocno zaburzonego bohatera. Ale takie pisanie to nie literatura - trzeba to wyraźnie i nieprzypadkowo podkreślić."Wydawnictwo Bellona, 2010Całość tekstu na stronie G-Punkt
„Istnieją tragedie pełni i tragedie braku”. Monika Rakusa w swojej nowej książce ukaże takie dwa dramaty, odkrywając różne strony tej samej kobiecości. Chociaż będzie to opowieść o dwóch kobietach, już sam tytuł sugeruje, że mamy w niej do czynienia z dwoma obliczami tej samej istoty – kobiety, będącej żoną dominującą i żoną uległą. Intrygująca, i wnikliwie przedstawiona historia Rity i Anny, pierwszej i drugiej małżonki tragicznie ginącego już na pierwszej stronie powieści Adama, jest jednocześnie głosem w feministycznym dyskursie o roli płci i jej uwarunkowaniach oraz o tym, kim tak naprawdę staje się kobieta w relacjach z mężczyzną. Bohaterki Rakusy przyjmują postawy buntu i uległości. Jedna to kobieta spełniona, druga - jakby wybrakowana. Jedna silna, mocna i niezależna, druga podległa, cicha, zakompleksiona. A między nimi narratorka niewszechwiedząca, która obserwuje i relacjonuje, przyglądając się im obu z boku (ale i czytając często ich myśli). Tak o kobiecości jeszcze nie pisano, bo „Żona Adama” jest nie tylko ciekawą powieścią psychologiczną. Nie brak jej przede wszystkim autoironii i dystansu wobec opisywanych problemów. Przedstawiając dwa oblicza kobiety zarysowane na kartach tej książki, zasygnalizuję jedynie kilka powodów, dla których tę książkę powinno się znać. Zwłaszcza kiedy jest się mężczyzną i życiową partnerkę traktuje się przede wszystkim jako kogoś, dzięki komu chce się jedynie potwierdzać swą samczą wyższość.
Wyższość Adama, intelektualisty i egocentryka, którego przypadkowa śmierć pod kołami tramwaju o znaczącym numerze „0” zupełnie nie przystaje do życia - misji spełniania i zadowalania przede wszystkim samego siebie, to tylko wyższość pozorna. Ani jego pierwsza żona, Rita, ani jej następczyni, Anna w żaden sposób nie stają się od niego zależne, chociaż zwłaszcza w biografii tej drugiej pragnienie bycia zależną od mężczyzny jest bardzo wyraźne. Mężczyzna u Rakusy to właściwie jedynie punkt wyjścia do rozważań o tym, w jaki sposób można się mierzyć z życiem i jak trudno temu życiu stawiać opór. A to życie kobiety i kobieta są dla autorki najważniejsze. Nad wyraz czytelne odniesienia do biblijnej opowieści o dwóch żonach pierwszego mężczyzny można w zasadzie pominąć, bo poza mitologizacją kobiecości jest w „Żonie Adama” przede wszystkim niepokojąca diagnoza tego, jak trudno po prostu być kobietą.
Ricie trudno jest od samego początku. Zaburzona emocjonalnie matka nadaje jej imię Rity Hayworth, by córka już zawsze stanowiła dla mężczyzn nie lada wyzwanie. I Rita jest wyzywająca. Stara się za wszelką cenę udowodnić, iż męskość można ujarzmiać, męskością można manipulować i męskość można wykorzystać do własnych celów. Kiedy na jej drodze pojawia się Adam, Rita uświadamia sobie, że to pierwszy mężczyzna, którego nie chce ujarzmić i którego ujarzmić się nie da. Postanawia zatem zostać przez niego na zawsze zapamiętana, bo pragnienie zostawienia trwałego śladu w pamięci innych to jedno z podstawowych pragnień Rity. Wykształcona pani psycholog, panująca podczas seansów terapeutycznych nad życiem swych pacjentek, wyzwala dystans, bo nie pozwala w najmniejszym nawet stopniu zapanować nad sobą. To ona decyduje, ona wyznacza drogę, ona jest przewodniczką i ona rządzi. To wyzwolona feministka, ale przecież jej feminizm bardzo łatwo zdewaluować – w opinii jej teścia niewiele do tego potrzeba („Jakby kociaka dobrze posunąć, to tylko by feminizm główeczką parował. Dwa, trzy dobre ruchy i już po całym feminizmie dziewczynki”). Rita przez całe swoje życie uważa, iż nikt ani nic nie ma wpływu na rozwój jej osobowości. Fascynuje ją jednak transcendencja i z dziecięcą wręcz ciekawością poszukuje prawdziwych katolików. A prawdziwą katoliczką jest przecież Anna, zajmująca po Ricie miejsce w życiu Adama.
Anna to jeden chodzący kompleks, szara myszka pragnąca ukryć się przed światem pod czapką niebytką. Czy aby na pewno? Śmierć męża, paradoksalnie, przybliża ją do niego bardziej, albowiem tylko dzięki tej śmierci może z nim poczuć prawdziwą bliskość. Intymną bliskość, jakiej nie zaznała w żadnej dotychczasowej relacji. Anna wstydzi się swego pochodzenia i jej niechęć do rodzinnych korzeni odzwierciedla się w dorosłym życiu, w którym kobieta nie czuje się w żaden sposób zakorzeniona. To stale przestraszone i niepewne swej wartości dziecko, które przez lata zabiegało o względy ojca (relacje z nim dodatkowo komplikuje fakt, że jest ukrywającym swą tożsamość Żydem, a o problemie żydowskiego pochodzenia Rakusa interesująco pisała w swym bardzo osobistym debiucie „39,9”). Dziecko, któremu każe się być dorosłą kobietą, jakiej nie sposób zrozumieć bez zrozumienia zawikłanej przeszłości. Anna jest bierna, bo nikt nie nauczył jej walki o samą siebie. Przyjmuje postawę pasywną wobec życia, bo jakakolwiek aktywność jest dla niej nie do wyobrażenia. Cierpi w samotności i znosi swe cierpienie nad wyraz dzielnie. Trudno wyobrazić sobie, jak wiele może ją jednak połączyć z przebojową Ritą, a przecież te biografie z czasem zaczynają się wzajemnie uzupełniać.
Warto zwrócić uwagę na relacje bohaterek z innymi kobietami, uwarunkowane traumatycznymi relacjami z własnymi matkami. Istotne jest także nakreślenie poczucia odrzucenia i oszukania obu kobiet przez ich bliskie przyjaciółki. To dowód na to, że rozprawiając o kobiecości, Rakusa sytuuje swoje symboliczne postacie w pewnym społecznym kontekście. Dzięki temu „Żona Adama” nabiera nowego znaczenia i staje się książką o poszukiwaniach, nie jest zaś diagnozą tego, co to znaczy być kobietą.
Jeśli dodamy do tego znaczący motyw dziecka, którego Adam nie doczeka się w żadnym związku (jedna z żon nie chce, druga nie może dać mu potomka), otrzymamy książkę o życiu jakby zatrzymanym. Życiu, w którym wszystko już się wydarzyło i nie wydarzy się nic nowego. Albo wydarzy się dopiero wówczas, gdy dojdzie do finałowego spotkania obu żon…
Monika Rakusa to naprawdę nowa jakość pośród licznych pozycji tak zwanej kobiecej literatury współczesnej. Jej druga powieść udowadnia, że pisarka potrafi opowiadać o losie kobiety nie trywializując tego losu. Dodatkowo o kobiety wciąż pyta, nie odpowiada.
Wydawnictwo W.A.B., 2010
KUP KSIĄŻKĘ
Debiutancka książka Kai Malanowskiej porusza tematy, do których obecnie społeczeństwo miewa ambiwalentny stosunek. Depresja, zaburzenia osobowości, manie, natręctwa, fobie – to cały zestaw, wobec którego z jednej strony chcemy się zdystansować, gdyż to niewygodne, nieprzyjemne i męczące, z drugiej zaś bywamy tym zafascynowani, bo przecież od jakiegoś czasu modne jest mieć depresję, prywatnego psychoanalityka i bolączki, o jakich pisze się w przyjmującej każde słowo sieci, zaśmiecając rozrastającą się wciąż blogosferę cierpiących i pokrzywdzonych przez los. Kaja Malanowska opowiada historię kobiety, która cierpi pozornie bez powodu. Dlaczego? Przecież miała szczęśliwe dzieciństwo, ma kochającego męża i córkę, pracę i pozycję społeczną. Niczego jej nie brakuje, a jednak tak naprawdę brakuje wszystkiego. „Opinia publiczna zezwala na szaleństwo, przychylnie odnosi się do depresji i z życzliwym zainteresowaniem obserwuje skutki załamania nerwowego. Okazuje się jednak, że należy spełnić określone warunki, żeby uzyskać wizę, pozwolenie na odjazd”. Czy po prostu bycie na co dzień niezadowoloną z siebie, poczucie wyobcowania i pustki, niepewność każdego kolejnego dnia i społeczna fobia mogą być sankcjonowane przez społeczeństwo, skoro tak naprawdę z niczego nie wynikają i nie wiadomo, dlaczego są obecne? Malanowska podejmuje temat wewnętrznego cierpienia, doświadczania świata w kategoriach walki o samą siebie każdego męczącego dnia. Nie będzie to zatem książka z pasjonującą fabułą, bo zaburzenia osobowości o charakterze depresyjnym nie mają w sobie nic pasjonującego. „Drobne szaleństwa dnia codziennego” to jednak przekonujący zapis trwania na przekór sobie i o prostych sprawach, które dla bohaterki są bardzo skomplikowane. Polska Sylvia Plath? Przesada. Myślę jednak, że Malanowska ukazuje kobietę skazaną na życie po swoistym szklanym kloszem. Ukazuje generalnie kobiety jako słabe, bezwolne i podporządkowane mężczyznom. Czy aby na pewno słabość jest tym, co charakteryzuje narratorkę i jej przyjaciółki? Przyjrzyjmy się, w jaki sposób rodzi się ból istnienia. Taki, o którym trudno mówić i czasami pozostaje jedynie pisać. Bohaterka książki, porte-parole autorki, pracuje jako biolog. „Od poniedziałku do piątku, pomiędzy ósmą a czwartą, eksperymentuję na cudzym życiu. Wieczorami i w weekendy staję się przedmiotem eksperymentu”. W pracy czuje się demiurgiem, codzienność czyni z niej marionetkę w rękach nieprzewidywalnego Losu. Kobieta jest szczęśliwą matką i nieszczęśliwą żoną. Pierwsze wynika z tego, iż córka nie sprawia większych kłopotów wychowawczych, dzięki czemu można się na co dzień bardziej skupić na sobie i przeżywaniu własnych lęków. Drugie jest efektem wielu czynników. Przede wszystkim różnego rodzaju obsesji. Na Szymonie odbija się cały szereg projekcji umysłu zainfekowanego cierpieniem. Szymon jest źródłem nieustającego lęku i bólu. Ten Szymon, który na co dzień jest ciepłym i pełnym empatii mężem. Najłatwiej jednak znaleźć wroga w najbliższym otoczeniu, a potem skupić się na walce z nim, skazanej z góry na porażkę. Relacje małżeńskie u Malanowskiej kipią, są bardzo intensywne, stają się źródłem perwersyjnej rozkoszy przez cierpienie – przede wszystkim w odczuciu narratorki książki. Ona nie stara się być dobrą żoną, bo nie rozumie, co to znaczy i nie chce w jakikolwiek sposób wpisywać się w społeczne schematy. Bliskość musi być związana z poczuciem zagrożenia, bo inaczej nie będzie bliskością. Podobnie rzecz się ma z relacjami z innymi ludźmi – kobieta Malanowskiej przeżywa je niczym batalie. Takie, które toczy – jak już wspomniałem - przede wszystkim z samą sobą. Maja poza pracą i pełnym emocji życiem osobistym wchodzi także w specyficzne relacje z psychiatrą i psychologiem. O ile pierwszemu podporządkowuje się tak, jak pigułkom mającym ją uleczyć, o tyle z drugim (a raczej drugą, to też istotne) pogrywa sobie ze złudną świadomością panowania nad sytuacją. Kobieta zatem chce się uleczyć i nie chce jednocześnie. Pragnie zmienić istniejący stan rzeczy, ale także potrafi w swej prywatnej rozpaczy tkwić, bo jest to wygodne. Wygodniej jest stać w opozycji wobec świata i stwarzać szklany klosz niż rozbić go i wyjść światu naprzeciw. Bohaterka Malanowskiej nie chce tego jednak i – co wyraźnie uzasadnione – nie potrzebuje tego w gruncie rzeczy. Cierpi, bo taki jest jej sposób przeżywania rzeczywistości. A ta książka ma być dowodem na to, że nie można po prostu wziąć się w garść i nie o to też chodzi. „Drobne szaleństwa dnia codziennego” opowiadają o trudnej drodze, na której wciąż stoi największy wróg. I tym wrogiem dla Malanowskiej nie jest mąż, otoczenie, inni ludzie, lecz ona sama. Interesująca jest diagnoza, jaką stawia bliska przyjaciółka Mai: „To nie jest depresja, to coś innego. To chorobliwe, maniakalne skupienie na sobie i zbyt intensywne przeżywanie rzeczywistości”. Ta opowieść jest na swój sposób maniakalna. Po osobistych wyznaniach takich autorek, jak Anna Janko, Monika Rakusa czy Sonia Raduńska forma „Drobnych szaleństw” nie będzie nowatorska. Nowatorskie jest jednak potraktowanie problemu, z którym nie do końca sobie radzimy. Bo jak poradzić sobie z samym sobą? Nie zawsze można. Nie zawsze się da. Nigdy nie należy się jednak poddawać. Bardzo introwertyczna, ale jednocześnie uniwersalna w swej wymowie książka. Głos tych, którzy czasami nie mają sił, by cokolwiek powiedzieć (i bynajmniej nie chodzi tu tylko o kobiety, choć to kobieca proza). Osadzony w realiach początku nowego stulecia prężnie rozwijającej się warszawki zapis Malanowskiej jest ognistym wykresem gorączki. Gorączki intensywnego życia wewnętrznego. Wydawnictwo "Krytyki Politycznej", 2010 KUP KSIĄŻKĘ
Justo Navarro potwierdza klasę wydanego przed dwoma laty „Domu ojca”. Jego pisarstwo jest wysmakowane, subtelne i dostojne, a jednocześnie lekkie i pełne dwuznaczności. Myślę bowiem, że w „Finalmusik” przede wszystkim o dwuznaczności chodzi i nawet jeżeli wyraźnie wracają charakterystyczne dla hiszpańskiego pisarza motywy rodzinnej Granady, skomplikowanych relacji z ojcem i domu jako miejsca pełnego tajemnic, tym razem Navarro tworzy zupełnie inną narrację, w której od początku do końca będzie chodzić o odkrycie dwuznaczności półprawd i fikcji. Mężczyzna-narrator snuje opowieść rozpiętą gdzieś między tym, czego sam doświadcza a zmyśleniem charakterystycznym dla dzieła literackiego. Jak bowiem sugeruje jeden z bohaterów książki, „Może to lekkomyślne, bezużyteczne, nielojalne i nieodpowiedzialne wymyślać powieści w czasach bomb”, dlatego przewodnikiem po świecie przedstawionym jest tłumacz – ten, który czuje się panem obcych historii i historie te stwarza na nowo, posługując się innym językiem. Czyje historie opowie i co w nich dzieje się rzeczywiście? To pytanie pozostanie otwarte, bo „Finalmusik” to przejmująca opowieść o pożegnaniu z wiecznym miastem, w której tak naprawdę dochodzi do powitań, coraz to nowych początków, misternie splecionych ze sobą historii z 1941 i 2004 roku. Od pierwszych stron Navarro zaraża specyficzną atmosferą oczekiwania i zagrożenia. Rzym, po którym narrator wędruje w tylko sobie znany sposób, oczekuje na spełnienie groźby islamskich terrorystów, którzy zapowiedzieli Włochom koniec, których ultimatum niebezpiecznie łączy się z coraz to nowymi aferami politycznymi, i o których tłumacz dowiaduje się od ekonomisty Mazottiego. Sam Mazotti jest tak samo dwuznaczny jak tajemniczy duchowny Wolff-Wapowski ze swoją konspiratorską działalnością, pisarz Trenti, którego powieści tłumaczy narrator i Francesca, jego kochanka uwikłana w zależności wpływające także na opowiadającego o jej losach. „Finalmusik” to symfonia różnie brzmiących opowieści, wzajemnie się uzupełniających, ale także komplikujących. Jeżeli dołożymy do tego zagadkową opowieść o morderstwie wojskowego w pewnym wagonie za czasów rządów Mussoliniego, powstanie historia wielowątkowa i żywa na wiele różnych sposobów. I tym, co w nowej książce Justa Navarro zwraca uwagę, jest umiejętność takiego połączenia wątków, by uczynić z książki niepowtarzalne świadectwo istnienia w fikcji. Motyw pożegnania funkcjonuje w tej powieści wielopłaszczyznowo. To nie tylko pożegnanie z miastem, ale także z tym, kim było się wcześniej. „Finalmusik” w tym znaczeniu jest książką sentymentalną, ale jednocześnie opowieścią, która nie manipuluje prostymi emocjami czytającego. Navarro dotyka wielu problemów współczesnego świata, osadzając te problemy w odległej historii, a potem tworząc pomost między tym, co było a tym, co jest. Nie bez znaczenia jest także fakt, że mamy do czynienia z opowiadaczem odpowiedzialnym za słowa innych i na co dzień kryjącym własne między cudzymi. Jeżeli jeszcze zwróci się uwagę na to, jak ważne są dla niego wspomnienia z Bolonii i spotkania z professoressą od semiotyki, „Finalmusik” ożyje jako książka językowych znaków i struktur oraz ich wzajemnych zależności. Navarro bowiem tworzy opowieść o tym, jak trudno niezależnie o czymś opowiadać i jak bardzo zawikłane mogą być związki między realnym światem a sposobami jego opisywania. Trudno jednoznacznie określić, czy w tej książce chodzi bardziej o to, co się dzieje czy też o to, co może się wydarzyć. Pewne jest natomiast, iż „Finalmusik” jest swoistym eksperymentem narracyjnym, któremu poddaje się także człowiek opowiadający nam tę historię. Warto ją znać i warto pozostać w szczerym zdumieniu, bo Navarro tym razem ujawnia się jako twórca pytań, nie odpowiedzi. Wydawnictwo MUZA, 2010 KUP KSIĄŻKĘ