2019-10-07

„Znikająca ziemia” Julia Phillips


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 4 września 2019

Liczba stron: 336

Przekład: Jolanta Kozak

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wokół nieobecności

Bardzo nietuzinkowa powieść o niepokoju, trudnej pamięci i bolesnych konfrontacjach z rzeczywistością, w której marzenia nie mają nic wspólnego z planami i gdzie dominuje przekonanie, że prawdziwe życie toczy się gdzieś indziej. Tak jak życie dwóch porwanych sióstr, które nigdy się nie odnalazły i którym bohaterki tej panoramicznej powieści udzielają prawa istnienia na własnych warunkach. Bo przecież to niemożliwe, aby Alona i Sofia po prostu zniknęły. Kiedy wsiadają do samochodu nieznajomego mężczyzny w Pietropawłowsku Kamczackim, ich świat staje się światem decyzji porywacza. Tymczasem miasto pamięta tę niebywałą tragedię, spuszczenie z oczu dwóch dziewczynek. Miasto pamięta, co się wydarzyło, i doskonale wie, że będzie miało miejsce jeszcze więcej niepokojących zdarzeń. Miasto jest tu głównym oraz najbardziej fascynującym bohaterem. A w nim oraz wokół niego wątpliwości, przypuszczenia, mroczne fantazje i przede wszystkim bezsilność.

Pomysłowa i doskonale dopracowana do samego końca jest konstrukcja „Znikającej ziemi”. Funkcjonuje trochę jak zbiór opowiadań, jednak Julia Phillips bardzo dba o to, by wielość historii nie wywołała w czytelniku poczucia, że znajduje się w rzeczywistości nadmiaru wątków. Pisarka obrazuje sceny z życia kobiet, które doświadczają czegoś bolesnego, za czymś tęsknią, w coś przestają wierzyć albo czują się przez kogoś zdradzone. Kobiety znajdujące się w trudnym położeniu, tkwiące w niesatysfakcjonujących je relacjach – każda z nich w jakiś sposób powiązana jest z zaginięciem dziewczynek, każda z nich snuje własne fantazje na ich temat. To morze opowieści zamknięte jest hipnotyzującą klamrą kompozycyjną. Dzięki temu proza Phillips nie pozwala złapać oddechu. Tkwimy w pewnym emocjonalnym klinczu i nie dostaniemy tego, czego być może byśmy oczekiwali – jasnych odpowiedzi na kilka ważnych pytań pojawiających się już od samego początku. Klimat wspomnianego niepokoju absolutnie dominuje. Dochodzi do tego nieco klaustrofobiczny obraz współczesnej Kamczatki – ziemi oddalonej od cywilizacji i samej Rosji. Zmagającej się stale z problemami transformacji ustrojowej. Postsowietyzm funkcjonuje tutaj jak stygmat, ale także punkt odniesień pełnych sentymentu i przekonania, że Kamczatka była inna, gdy Rosja była wielką jednością. Półwysep w prozie Phillips jest jednak samotny i wyobcowany jak prawie wszystkie bohaterki tej książki. Opowiedzieć o poczuciu bycia osobnym przez pryzmat biografii oraz opisów dzikiej i surowej przyrody Północy – to wielka sztuka i autorka „Znikającej ziemi”, debiutantka przecież, poradziła sobie z nią doskonale.

Wspomniane dziewczynki znikają. Ale wcześniej zniknął ktoś jeszcze. Nie w największym mieście półwyspu, lecz na dalekiej prowincji. Tej, której mieszkańcy w dużym mieście wstydzą się swojej eweńskiej spuścizny. Bycie autochtonem na Kamczatce jest opresyjne. Z oddalonych od Pietropawłowska miejscowości dochodzą oczywiście rytmy życia, ale ta pulsacja jest dużo słabsza. Kamczacka prowincja jest miejscem, z którego uciekają miejscowi, i jednocześnie punktem wypraw zafascynowanych naturą turystów z metropolii. To określenie brzmi groteskowo, jeśli spojrzy się na liczbę mieszkańców Pietropawłowska Kamczackiego, jednak w tej powieści to naprawdę ogromne miasto. Niespokojne, pełne absurdów, ale również mrocznych tajemnic. Miasto, w którym znikają dwie dziewczynki, i po tym zniknięciu nic nie jest już takie samo. Kobieta musi baczniej rozglądać się wokół siebie. Kobieta jest narażona na większe niebezpieczeństwo. Kobieta musi zadbać o to, by jej bliscy czuli się bezpiecznie. Nawet wtedy, gdy sama drży z lęku albo myśli o tym, że jej życie powinno mieć inny kształt, że może powinno się w nim wydarzyć coś tak radykalnego jak porwanie…

Rewmira pożegnała pierwszą miłość życia i musi się pogodzić z utratą kolejnej. Łada fantazjuje o bliskości z byłą przyjaciółką, która opuściła Kamczatkę, ale nie pożegnała swoich niebezpiecznych przecież w Rosji pragnień i potrzeb. Oksana czuje się oszukana. Może polegać tylko na swoim psie, który się zagubił. Ksiusza robi wszystko, by nikt nie poznał jej prowincjonalnego pochodzenia. Będąc kobietą zaborczego mężczyzny, ulega fascynacji innym. Walentyna ma uporządkowane życie, w którym najważniejsza jest rodzina. Do momentu, kiedy na jej ciele pojawi się niepokojący wykwit. Nataszy wciąż doskwierają nieobecność zaginionej siostry i trudne relacje z matką. Zoja tkwi w marazmie świeżego macierzyństwa i chciałaby odmiany, także seksualnej. Marina dowiaduje się o kimś, kto mógłby być odpowiedzialny za zaginięcie jej córek. Wszystkie kobiety czegoś chcą, czegoś się boją, nie są gotowe na prawdziwe konfrontacje z życiem. Każdą z nich wyraźnie ukształtowała przeszłość. Bo to w dużej mierze książka o tym, co się już wydarzyło, i o tym, co w sensie symbolicznym powoduje, że Kamczatka jest ziemią, która znika.

Julia Phillips jest bardzo subtelna w portretowaniu ludzkiego niepokoju, ale zwraca też uwagę jej niezwykle duża empatia względem wszystkich bohaterek. Właściwie nic o nich nie wiemy, przyglądając się im w określonym czasie. To takie wyimki z życia, które albo toczyło się dynamicznie i ten dynamizm osłabł, albo od zawsze trwało na jakimś jałowym biegu. Bo „Znikająca ziemia” to także powieść o bezradności. Może nawet przede wszystkim o niej. Oblicza kobiet, które nie mają siły albo nie są w stanie swych sił dobrze wykorzystać, stapiają się w jedno z konsekwentnie kreślonym portretem dzikiej Kamczatki. Miejsca, w którym kiedyś coś warunkowało ład i gdzie pewnego dnia wkradł się chaos. Razem z nieobecnością, bo to również książka mówiąca o tym, jak bolesna może być nieobecność, jak mocno odbijać się na naszym światopoglądzie, jak bardzo stygmatyzować.

To też rzecz o sentymentach, niewyrażonym żalu oraz poczuciu nieadekwatności do tego, kim się jest i co się w życiu osiągnęło. Bohaterki powieści poszukują wciąż na nowo czegoś ważnego w życiu. Tak jak cały półwysep poszukuje zaginionych dziewczynek. Ich utrata stała się pewną społeczną traumą. Phillips opowiada o życiorysach, w których pojawiła się bezpowrotnie utracona czułość, a może i miłość. Jest to powieść także mocno liryczna, osadzona w niezwykłych i pięknych dekoracjach świata Północy, którego nie znamy, bo każdemu jest do Kamczatki daleko. Dużo bliżej do poczucia niespełnienia i utrat. O tym Julia Phillips opowiada uniwersalnie i naprawdę frapująco. Ta książka nie potrafi wyjść z głowy na długo po lekturze. Ujmuje i przejmuje. Ludzkie dramaty kontrastuje z bezkompromisowym, milczącym światem pełnym chłodu. Naprawdę świetny debiut literacki.

2019-10-04

„Zostanie tylko wiatr. Fiordy zachodniej Islandii” Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak


Wydawca: Czarne

Data wydania: 18 września 2019

Liczba stron: 264

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Islandzkie peryferia

„Szepty kamieni” wysoko postawiły poprzeczkę, w związku z tym moje oczekiwania wobec nowej książki Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczaka były bardzo duże. Okazuje się jednak, że „Zostanie tylko wiatr” to rzecz zupełnie inna. Bardziej może uporządkowana, analityczna, uciekająca od poetyzowania – a jednak niezwykle pięknie obrazująca samotność, bo o niej na Islandii można dowiedzieć się najwięcej. Myślę, że ta druga książka to także zrealizowanie celu, który nie do końca wyszedł autorom w „Szeptach kamieni”. Chodzi mi o opowieść o tym, co na Islandii porzucone. I tutaj to porzucenie funkcjonuje w wymiarze dosłownym oraz symbolicznym. Bo Fiordy Zachodnie, czterysta lat temu będące centrum wyspy, dzisiaj są przestrzenią zapomnienia i bardzo specyficznej izolacji.

To najpiękniejsza część Islandii, ale jednocześnie najtrudniejsza do zrozumienia. „Zostanie tylko wiatr” to wielowątkowa opowieść o tej specyfice. O tym, że w tym odległym rejonie wyspy, skąd sami Islandczycy masowo migrują ku większym miastom, skryta jest niebywała tajemniczość. Także pewna bezkompromisowość, o której opowiadają rozmówcy. Lenard i Mikołajczak zabierają nas w podróże po przestrzeni, w której osamotnienie jest filozofią, celem i czasem stanem, dzięki któremu można przetrwać. Wkraczamy do miejsca niemożliwości – trudno wyobrazić sobie, jak funkcjonuje się tam, gdzie aura każe walczyć o kolejny dzień, a oddalenie od cywilizacji wymusza specyficzny hart ducha i stwarza życiu proste, acz pełne wyrzeczeń priorytety. Ta książka to piękny dowód na to, że o islandzkim odrzuceniu można opowiadać z empatią. Opowieść o peryferiach piękna i okrucieństwa. O tym, że na Fiordach Zachodnich oddycha, myśli i czuje się inaczej. O specyficznym życiu podporządkowanym izolacji. O samotności, w którą trzeba wrosnąć, nauczyć się jej i wiedzieć, że jest stanem najważniejszym.

Autorów interesuje niemożliwe jeszcze w innym sensie. Chcą pokazać, że islandzkie niedostępność oraz surowość można jeszcze zintensyfikować. Doświadczyć ich w najbardziej ekstremalny sposób. Stąd też wiele tekstów koncentrujących się na półwyspie Hornstrandir. Miejscu, o którym jeden z rozmówców opowiada w następujących słowach: „Większość ludzi przybywa na Islandię po to, by objechać ją dookoła. Jedna dziesiąta decyduje się wjechać na Fiordy Zachodnie, a jedynie ułamek procenta zawitać tutaj”. Hornstrandir to wyzwanie także dla samych Islandczyków. Niebywałe piękno połączone z tym, o czym zapomniała już nowoczesna Islandia – z możliwością obcowania samemu ze sobą. Bez komunikacji, bez pospiesznego rytmu współczesnych technologii. Bez poczucia, że coś się traci. Dlatego historie z Hornstrandir najbardziej oddziałują na wyobraźnię. To narracje o tym, jak bardzo odizolowana jest od świata cała wyspa, ale też historie mówiące o tym, jak wielu Islandczyków chce uciec od tej pierwotnej formy wyobcowania egzemplifikowanej przez niezamieszkaną dziś przestrzeń noszącą ślady ludzi, którzy musieli się tam mierzyć z losem.

„Zostanie tylko wiatr” to – wbrew pozorom – od początku do końca książka o ludziach. Ludzkich słabościach, niebywałej sile charakteru, ale także ciekawości tego, czym w zasadzie jest stan osamotnienia, jak można go przeżyć, do jakiej formuły życia może skierować, co odsłonić i co pomóc zrozumieć. Tu ważne będą dwie opowieści: o nieżyjącym już islandzkim pustelniku, z którego zupełnie przypadkiem zrobiono medialną gwiazdę i o zdeterminowanej do samotnego życia kobiecie, która sama mierzy się z przeciwnościami losu, ustalając najbardziej oczywiste dla niej priorytety – „karmić owce i trwać”. O ile Gisli funkcjonuje tutaj jako fantazja o tym, jak wiele dzieli dzisiejszą Islandię od różnych form wyobcowania obecnych na jej peryferiach, o tyle historia Betty to przede wszystkim przejmująca opowieść o mierzeniu się z przeciwnościami losu w dwójnasób. Rozmówczyni podporządkowuje się surowej naturze, ale jednocześnie musi walczyć z prawnymi absurdami, które samotnej islandzkiej kobiecie odbierają pewne prawa i możliwości działania. Te dwie historie, sąsiadujące ze sobą w książce, obrazują specyficzny rodzaj konfrontacji człowieka z islandzką naturą. Tu nie można być tylko podległym i biernym. Surowość wokół trzeba pokochać, by ją na swój sposób ujarzmić. Islandia nie daje możliwości wyboru. Jest całkowicie obojętna wobec ludzkiego losu. Staje się on wyraźniejszy, bo w pewien sposób wywalczony. I efekty tej walki widać chyba najlepiej, kiedy czyta się o mieszkańcach Fiordów Zachodnich.

Ale wspomniany już Gisli to także ktoś, kto dał Islandczykom lekcję pokory, empatii i bezpretensjonalności. Człowiek, dla którego istniała tylko codzienność zatwierdzona prawami natury. Ktoś, kto nigdy nie skorzystał z ułatwień, nie poddał się przemianom, które w ciągu jednego pokolenia zrewolucjonizowały Islandię stającą na czele najnowocześniejszych państw świata. W biografii Gislego, która pięknie obrazuje trudność trwania w otoczeniu Fiordów Zachodnich, autorzy widzą prawdopodobnie tę perspektywę opisu islandzkiej prowincji, której już po prostu nie ma, bo ludzie mentalnie porzucili ten region. Pozostawili jego tajemnice samym sobie. Lenard i Mikołajczak stają się tropicielami tych tajemnic. W przeciwieństwie do Gislego lubią drogi. W znaczeniu dosłownym i metaforycznym. Z zaskakującą lekkością oraz wrażliwością podążają drogami nieoczywistymi. Są poszukiwaczami nietuzinkowych historii. Wydobywają je ze swobodą i gracją. Rozmawiają przede wszystkim z Islandczykami. Starają się być trochę jak Gisli – nie z tego świata, zainteresowani narracjami, na które większość osób nie zwracałaby uwagi.

Ta autorska ciekawość jest czymś najpiękniejszym, bo z niej zrodziła się pasjonująca książka o tym, co to znaczy być peryferyjnym, odczuwać własną egzystencję intensywniej, ale przede wszystkim o tym, czym Fiordy Zachodnie są w mentalności Islandczyków. Niesamowite jest to, jak Lenard i Mikołajczak podążają kolejnymi tropami. Są w swym działaniu nietuzinkowi, wysłuchują nieoczywistych zwierzeń. Starają się za wszelką cenę pokazać, że do tego, co na Islandii intymne, można się taktownie zbliżyć, dowiedzieć się o tym, ale nie naruszyć żadnych granic prywatności. W tym znaczeniu jest to opowieść o Islandii, o jakiej nikt jeszcze nie usłyszał, bo nie ma w sobie wrażliwości i charakterystycznej dla autorów tej książki konsekwencji w działaniu, dzięki której strzępy zasłyszanej historii stają się soczystą opowieścią.

Wspomniałem, że to ważna książka o samotności – jej kształtowaniu się, doświadczeniu. O tym, że trzeba mieć pewność spokoju bycia z samym sobą. Nikt tu z niczym się nie spieszy, nikt nie wykorzystuje opowieści drugiego człowieka. Autorzy nie wchodzą w jakieś inwazyjne relacje, zdobywają serca rozmówców tą delikatnością i subtelnością. Wiedzą, jak ważna w Islandii jest umiejętność bycia z samym sobą, i doskonale to rozumieją. Zdobywają opowieści o ludziach, którzy z wielu powodów nie rozmawialiby z dziennikarzami chwytającymi tylko fragmenty prawdziwych historii. A ta książka to ich bardzo specyficzny zbiór. Melancholijny i w porównaniu z poprzednią książką tylko delikatnie poetycki, lecz także dowcipny, bo autorzy mają poczucie humoru. W „Zostanie tylko wiatr” ukryły się zaskakujące postacie. Były islandzki premier czy najbardziej znany islandzki komunista. Ale również kapitan, który wciąż na nowo odkrywa lądy i samego siebie, a także pewien Amerykanin, którego zesłano w pustkę, a odnalazł treść i sens dalszego życia.

Lenard i Mikołajczak kochają Islandię. To niezwykły rodzaj miłości, ale bardziej niezwykłe jest to, że Islandia – wbrew wszystkiemu – chyba tę ich miłość odwzajemnia. Najpiękniej o przywiązaniu i uczuciach opowiada się na wymagającej prowincji. Ta książka to zbiór opowieści o ludziach naprawdę kochających wyspę. I o tym, co wyspa robi z tą miłością. O szacunku do wymagającego miejsca i o tym, że zawsze w konfrontacji z naturą wymagać mamy dużo przede wszystkim od siebie.

2019-10-02

„Wszystkojedność” Grzegorz Sobaszek


Wydawca: Szafa

Data wydania: 15 września 2019

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: Prowincja i polskość

Spotkanie z książką Grzegorza Sobaszka przypomniało mi trochę to z „Ale z naszymi umarłymi”. Autor „Wszystkojedności” nie stawia sobie jednak takich celów jak Jacek Dehnel, choć ta powieść to też specyficzna panorama społeczna. Sobaszek portretuje inne środowiska i proponuje innych bohaterów, ale tak jak Dehnel chce się przyjrzeć polskości. Niekoniecznie jej upiorom, bardziej codziennemu życiu, ale przede wszystkim językowi, bo to jego szaleństwa rozgrywają się tu na pierwszym planie. „Wszystkojedność” to również dowód na uważność i umiejętność wyciągania wniosków z obserwacji życia, ma jednak inny socjologiczny sznyt niż wspomniana powieść Jacka Dehnela. Tu nie ma wspinaczki ku aż tak poważnym kwestiom ubranym w groteskowy kostium. Tu groteska połączona z satyrą i każdy rodzaj przejaskrawienia mają być narzędziami do udowodnienia, że można się czule i z empatią przyjrzeć temu wszystkiemu, co stereotypowo umieszcza polską prowincję gdzieś w rejonie absurdu pomieszanego z pewną formą ksenofobii. U Sobaszka mieni się i jedno, i drugie, ale nic nie jest groźne. Nie znaczy to, że „Wszystkojedność” to książka rozrywkowa. W dużej mierze jest o samym języku jako narzędziu nazywania i kreowania świata. Z doborową galerią szalonych bohaterów, dla których język jest wizytówką, definicją i określeniem trudnej do zrozumienia tożsamości. A wszystko w szalonym tyglu wielowątkowej fabuły, która kipi energią i na każdej stronie wywołuje uśmiech zadowolenia, gdyż świata Sobaszka – jakkolwiek dziwnego, dysfunkcyjnego, mrocznego i zwyczajnie kalekiego – nie można nie polubić.

Pyszczydełko ma dość życia. Jego sensem był uwielbiany Zbój, po którym został list, wspomnienia i może jeszcze te resztki po katastrofie lotniczej, w której zginął. Pyszczydełko pozostaje czujna tylko w sferze swego puryzmu językowego. Reszta jest mrokiem i milczeniem. Nie dają rady antydepresanty w różnych konfiguracjach, nie pomagają coraz to nowe kuracje psychiatrów. Zdesperowana Barbara Wrona decyduje się na wyjazd do eksperymentalnego ośrodka psychoterapeutycznego na Podlasiu, które uznaje za „umysłowe zadupie Polski”. Tam, pośród innych cierpiących na przypadłości duszy, będzie starała się pożegnać ze stanem, który opisuje tytuł książki. Ale Pyszczydełko nie przypuszcza, co czeka ją na miejscu, jakie konfrontacje przed nią i co tak naprawdę zrozumie, przebywając wśród ludzi, którzy z różnych powodów dali się zamknąć w podlaskiej Nowej Woli.

Nowowolanie są dobrymi i prawymi Polakami. Cenią sobie swojskość i obecność tylko tych, dla których znajdują proste definicje. Żadnych imigrantów, obcych, żadnych „lizbijek” czy „fiministek”. Mężczyźni mogą bić swoje żony przy milczącej zgodzie innych, a kobiety utyskiwać na swój ciężki los, choć rzadko brać za niego odpowiedzialność. Do tego zachęcane są mieszkanki ośrodka, do którego przybywa Pyszczydełko. Kobiety, które wsparcia muszą udzielić sobie same. Przy małej pomocy charyzmatycznej właścicielki oraz jej niepełnosprawnej córki pełniącej rolę duchowej wyroczni. W tym udręczonym babińcu zjawiają się jednak ludzie pozornie zupełnie z nim niezwiązani. Dość powiedzieć, że trafi tam sfrustrowany policjant, ekolog alkoholik, oszukana przez niego żona czy milcząca Ukrainka, która niesie w sobie całą serię mrocznych sekretów. Sobaczek indywidualizuje bohaterów poprzez działania, ale przede wszystkim przez język. Odkrywając te zdumiewające i zaskakujące nas postacie, przeglądamy się w tym wszystkim, co w polskości wstydliwe, śmieszne, groteskowe i godne potępienia. Ale także szczególnej uwagi, bo ta książka zwraca ją ku tym, którym rzadko oddawany jest głos w literaturze.

Zdecydowanie głównym bohaterem jest język. To, co Grzegorz Sobaszek z nim robi, to wyjątkowo skomplikowana i umiejętnie skomponowana sieć lingwistycznych zawłaszczeń. Szaleją obok siebie kolokwializmy, wulgaryzmy, neologizmy i znane związki frazeologiczne. Lecz przede wszystkim w języku widzimy temperament bohaterów. Język u Sobaszka na przemian uwiera, prowokuje, atakuje i na kilka sposobów bawi. Jest materią, z której wydobywa się historia, ale też ułomnym narzędziem do komunikacji tych, którzy nie są w stanie z różnych powodów się ze sobą porozumieć. To będą konflikty na wielu polach i w wielu znaczeniach. Autor dba o to, by każdy z nich został w języku nakreślony bardzo wyraźnie. Dzięki temu z łatwością rozpoznajemy rozmaite środowiska i rewiry, bo znajdziemy się w sferze wpływów speców od leczenia duszy, jak również w samym sercu miejscowego półświatka, dla którego nie ma cierpiącej duszy, lecz na pewno jest cierpiący z powodu braku zasobności portfel oraz miejscowa duma, którą łatwo urazić.

Trzy sezony i trzy pory roku obrazują, co w dzisiejszym Podlasiu może być fascynujące, co zwyczajnie irytuje, a co przyprawia o salwy śmiechu, choć przecież bardzo często śmiejemy się nie z bohaterów, lecz z tego, co wydobywają oni z nas samych. „Wszystkojedność” to książka prowokacyjna i trochę drapieżna, ale całość sprawia wrażenie dość łagodnej gawędy. Prawie każdego można polubić, choć nie ma chyba ani jednego bohatera, który nie potrafiłby zirytować. Czytelnik poczuje się swojsko pośród pogawędek, ale i wewnątrz trudnych dialogów. Pojawią się również płonące postacie, które wprowadzą enigmatyczny dramatyzm. Podobnie jak ekologiczne walki, przepychanki w półświatku, mierzenie się z prozą życia rozpadającego się małżeństwa czy trudne chwile pensjonariuszek ośrodka, który jednak nie umie uleczyć tak nagle i tak szybko, jak niektóre z nich by sobie życzyły.

We „Wszystkojedności” jest naprawdę wszystko, co w polskości uwiera i śmieszy jednocześnie. To miejsce cudotwórców, przestępców, modnych ekologów, depresyjnych kobiet i silnego poczucia, że każdy jest tu z każdym w jakimś związku. Bo Nowa Wola to nie tylko zwykła podlaska wieś. Nie ma tu niczego zwykłego, choć cała fabuła ukierunkowana jest na rozwikłanie naprawdę prozaicznych trudności. Udręczone samymi sobą kobiety zamknięte przed resztą przestrzeni to także pewien symboliczny obraz podziałów, które bliższe są Polakom tym bardziej, im bardziej uważają się oni za jedność. Jerzy, wielbiący whisky i przyrodę deprecjonowany mąż i ojciec, wyraża przekonanie, że otaczający go świat to prowizoryczny kraj, pełen bylejakości i dyletanctwa. Sobaszek pokaże, że w każdej formie utyskiwania na polską rzeczywistość kryje się bardzo silne do niej przywiązanie. Jego bohaterowie – absolutnie wszyscy – mają czytelnie zarysowane życiorysy, a to, co niewyrażone w narracji, wydobywają z nich słowa. Urok dialogów skonstruowanych w tej powieści to także frajda rozpoznawania różnego rodzaju komizmów słownych. Autor chce nas rozbawić językowymi konfrontacjami, ale poprzez różnorodność językową pokazać, co tak bardzo dzieli, a co naprawdę łączy.

To też świetnie skrojona powieść obyczajowa o tym, jak trudno nam odnaleźć wewnętrzną równowagę i jak często zbyt mocno komplikujemy sobie rzeczywistość, poszukując w niej prostych uczuć i spełnienia prostych pragnień. „Wszystkojedność” to przede wszystkim hołd oddany polskiemu językowi pisanemu i mówionemu. Świadectwo tego, że literatura może być wyborną rozrywką i pouczającą historią, jeśli tylko skupi się na narzędziu opowiadania tej historii – słowie, które rezonuje, ale jest tu też niepokorne, wymykające się definicjom, złośliwe i prowokacyjne. Czyta się to z niesłabnącym przekonaniem, że Polacy lubią się dzielić i wartościować czasem przede wszystkim dlatego, że nie potrafią się wzajemnie wysłuchać. Wyborna rozrywka, ale i mądra opowieść o tym, jak barwna jest prowincja, jak wiele krzywdzi ją stereotypów.

2019-09-30

„Akan. Powieść o Bronisławie Piłsudskim” Paweł Goźliński


Wydawca: Agora

Data wydania: 2 października 2019

Liczba stron: 660

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Samotność i wykorzenienie

Blisko dekadę temu z dużą uwagą czytałem „Jula”, którego inteligentna prowokacyjność pozostała ze mną do dzisiaj. Ale pamiętam, że zakodowałem sobie wtedy, iż Paweł Goźliński to pewna specyficzna jakość pisarska – człowiek potrafiący we współczesnej literaturze zakotwiczyć i ożywić pewien narodowy zestaw instrumentów opowiadania o świecie, który nie będzie archaiczny, wciąż na nowo rezonując i wydobywając formalnie to, co nadal ważne, w sposób może nie nowatorski, ale nowoczesny. Autor „Jula” nie chciał być w sposób bezpośredni korespondentem między współczesnością a romantycznymi mitami. Zagrał konwencją kryminału, ale wydobył z mesjanizmu to, co ponadczasowe. Z wielkim zainteresowaniem zatem sięgnąłem po „Akana” – opowieść o bracie Józefa Piłsudskiego, który zmuszony został do dalekiej emigracji, skąd mentalnie nigdy nie powrócił. „Akan” portretuje kolejną po „Julu” epokę, choć sięga aż do czasów drugiej wojny światowej. Nawiązuje do niej zarówno w formie powieści dojrzałego realizmu z uzupełnieniem o narracje bliskie pozytywistycznej (i jeszcze romantycznej) literaturze, jak i w konstruowaniu wizerunku głównego bohatera, tak sugestywnie przedstawionego, że odnosi się wrażenie, jakby autor go poznał. A Bronisław Piłsudski z całą swoją fascynującą historią życia jest tu przede wszystkim kimś, dzięki komu Paweł Goźliński opowiada o antropologicznych fascynacjach, ontologicznej samotności człowieka i o idei wierności sobie, ale przede wszystkim o tym, że potrzebujemy zakorzenienia, funkcjonowania w pewnej strukturze społecznej. Że zbyt pewnie i zbyt nonszalancko potrafimy mówić o tym, skąd się wydobyliśmy i co nas ukształtowało.

Dlatego mimo wielowątkowości, a także interesującej polifoniczności tej opowieści (zwraca uwagę zwłaszcza narrator podążający śladami bohatera, ze swym wstydem i winą pragnący sprowadzić go z powrotem do świata, który się go wyrzekł), skupiłem się głównie na kwestii odrzucenia i przynależności. Piłsudski, pieszczotliwie i konsekwentnie nazywany Bronisiem, staje się w tej historii człowiekiem, któremu najpierw odebrano poczucie bycia częścią jakiejś wspólnoty, potem uzmysłowiono, że odnalazł je w nie tej wspólnocie, co trzeba, a ostatecznie pozbawiono człowieczeństwa w wymiarze plemiennym i egzystencjalnym. Dlatego to powieść o niewyobrażalnym cierpieniu oraz doświadczeniu wyobcowania. Myślę, że bardzo silnie działająca na autora, bo dokonał rzeczy niezwykłej – nie tyle ożywił i zbliżył nas do człowieka znajdującego bliskość w innym rejonie świata i z innymi kulturowo ludźmi, ile przede wszystkim dał nam poznać, jak silne dylematy rozrywały serce kogoś, kto w miejscu przez wielu określanym jako piekielne odnalazł prawdopodobnie każdy rodzaj potrzebnej mu bliskości i przywiązania, z których istnienia nie zdawał sobie sprawy w swym codziennym, tak zwanym cywilizowanym życiu w sercu Europy przełomu wieków.

Bronisław Piłsudski z XIX wieku nie jest już tym, który wraca z zesłania i mierzy się z trudnościami adaptacyjnymi w Europie XX wieku. Jego brat wybiera drogę, która po latach specyficznej formy życia na Sachalinie jest dla Bronisława niezrozumiała i daleka mu. A przecież wcześniej dzielili pasje i ideały. Razem chcieli zmieniać świat. Dać odpór carskiemu zniewoleniu. Chcieli wolności, którą definiowali podobnie. Paweł Goźliński opowiada o tym, jak ludzka wolność – ta prawdziwa, egzystencjalna, w pełni zrozumiana i przeżyta – wydobywa się z miejsca udręki, z przestrzeni zesłania przepełnionego niewolą. Dlatego „Akan” tak fascynuje jako psychologiczna wiwisekcja tego, w jaki sposób obcość staje się oswojona i bliska. Dlatego też Goźliński – w moim odczuciu – napisał mądrą i przejmującą rozprawę z figurą Obcego, jego konotacjami i niejednoznacznym odbiorem. To też książka opowiadająca o konfrontacji języków jako narzędzi opisu i definiowania świata. Nomenklatura okresu walki z carskim reżimem staje się opresją w tym znaczeniu, że słowo może skazać, może też zabić, jest niebezpieczne i bezkompromisowe. Na dalekim Sachalinie bohater doświadcza zarówno łagodności, jak i pewnego rodzaju czystości słowa. Dialog z autochtonami nie jest dialogiem pojęć przepełnionych ideologią, demagogią czy propagandą. Tam słowo staje się precyzyjne, ważne i nie krzywdzi. Z lingwistycznej konfrontacji wyłania się nie tylko ciekawość, ale i taka forma międzyludzkiego przywiązania, której bohater nie był w stanie odnaleźć w świecie, z którego został wyrwany. I osadzony w obcej przestrzeni, która szybko przestaje być obca.

„Akan” to fascynująca opowieść o tym, czym może być antropologiczna ciekawość – Goźliński pisze o przełamywaniu granic i fascynacji tym, co te granice tworzy. W relacjach międzyludzkich opartych na bliskości kultury i obyczajów. Bronisław Piłsudski nie jest tu badaczem innych społeczności, dalekich od tak zwanego cywilizowanego świata. Staje się – w niezwykły sposób – integralną częścią tej społeczności. Dla niego Ajnowie to wybawienie i przekleństwo jednocześnie. Goźliński opowiada o świecie ludzi ze specyficzną kulturą oraz trybem życia, do którego wdziera się bezkompromisowość konfliktu wojennego. Ale także pokazuje, czym Ajnowie do siebie przywiązują. Dlatego „Akan” to książka o antropologicznej i egzystencjalnej pokorze wobec drugiego człowieka. I w takim rozumieniu odbierałem ją od początku do końca. Jednak ta pokaźna historia to epicki rozmach mówienia nie tylko o tych kwestiach. „Akan” jest też intrygującą opowieścią o postawach, dylematach, problemach oraz wątpliwościach pozytywistycznych i młodopolskich bohaterów literackich. Ale jest w tej powieści także dużo romantyzmu. Romantyczne jest pojmowanie miłości, która ocala i niszczy, jak również obowiązków wobec państwa i rodziny.

Bo przecież w tej historii bardzo ważne są perypetie rodzinne. Zmieniające się relacje, ale i pustka pozostająca przez kilkanaście lat zesłania. W miejscu przywiązania do brata i pierwszej ukochanej pojawia się pustka sachalińskiej ziemi (wspaniała scena przybycia na Sachalin!). Autor interesująco portretuje historię rodzinną Piłsudskich, zwraca uwagę na naznaczenie przez relacje z najbliższymi, na ukształtowanie się światopoglądu głównego bohatera, lecz także jego priorytetów, które musi potem zabrać w okrutną wędrówkę na drugi koniec globu, gdzie czekać go ma oczyszczenie i przemiana. „Akan” opowiada o tym, czym tak naprawdę jest rodzina, co ją tworzy i konstytuuje. Przecież Broniś po zakończonym zesłaniu będzie bardzo nieszczęśliwy, choć przecież w bliskości tych, którzy powinni być najważniejsi. W tej pełnej surowości i bezkompromisowości historii o wyrwaniu z przestrzeni bliskich relacji pojawia się przecież sugestia, że ta bliskość może być czymś innym, inaczej zdefiniowanym, inaczej odczuwanym. W tym znaczeniu „Akan” jest historią pewnej bezradności, kiedy nie wie się, do kogo się należy, komu trzeba być bliskim, jak rozumieć te najważniejsze relacje z drugim człowiekiem. I to bardzo smutna opowieść, smutna wyjątkowo w ostatnich rozdziałach. Ale także interesująca fantazja o życiu człowieka, który odzyskuje jego sens i siłę tam, gdzie wszyscy je tracili. Mądra historia o wspólnocie, przywiązaniu, prawości, ale przede wszystkim o ludzkiej potrzebie posiadania miejsca oraz ludzi, z którymi można się identyfikować.

2019-09-26

„Ciemność. W obronie mroku” Sigri Sandberg


Wydawca: MOVA

Data wydania: 2 października 2019

Liczba stron: 192

Przekład: Joanna Barbara Bernat

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Zrozumieć mrok

Ciemność to słowo kojarzone często z negatywną treścią – cała masa skojarzeń i stereotypów związanych z ciemnością kieruje nas ku temu, co nieakceptowalne, nieprzyswajalne; ku przykrym konotacjom, z którymi nie chcemy mieć do czynienia. Wobec ciemności stajemy się bezradni i bezbronni. Włącza się mechanizm obronny traktujący ją jako zagrożenie. Prawie zawsze. Sigri Sandberg udowadnia, że świat jest za bardzo rozświetlony. Co więcej, portretowana i analizowana ciemność jawi się w rozważaniach norweskiej dziennikarki jako nasz przyjaciel, który potrafi chronić. Ta książka pokazuje, że jeśli ciemność jest dla nas opresyjna, to zwyczajnie niewiele o niej wiemy. Dowiemy się dużo, ale nie jest to ani traktat naukowy, ani reportaż. Podoba mi się swoboda dygresyjności tej książki oraz to, że żadnej z interesujących tez nie narzuca. „Ciemność” to rzecz z bardzo ciekawymi sugestiami, pozwalająca spojrzeć na sens ludzkiego życia także w kategoriach filozoficznych. Autorka analizuje wszystkie typowe asocjacje z tym słowem, wchodząc głębiej w odniesienia kulturowe, kończąc na rozważaniach z zakresu ekologii i pragmatyki życia społecznego. Sandberg tworzy pasjonującą opowieść, w której odczarowuje negatywne skojarzenia z ciemnością, uzasadniając jej odwieczną konieczność – na ziemi oraz w kosmosie. Czyni to w lekkim stylu, snując rozważania niby mimochodem. Ale to bardzo ważna książka. Zwraca uwagę na to, od czego uciekamy, nie doceniając jego istoty.

„Czerń to nie jest barwa, tylko lęk” – tak pisze w cytowanym w książce wierszu Inger Hagerup. Sandberg będzie stale wplatać we własną opowieść wyimki z norweskiej poezji. Bezpośrednio lub pośrednio związane z tematem. Ukazujące omawiane problemy w innej, mało konkretnej, ale bardzo wyraźnej perspektywie. I wszystko rzeczywiście zaczyna się od lęku. Narastającego nawet wówczas, kiedy autorka w norweskim Finse stawia sobie jasno cele swego pobytu tam i ucieka od niepotrzebnych uprzedzeń. Sigri Sandberg wspomina, że zawsze bała się ciemności. Teraz stawia jej wyzwanie, ale przede wszystkim jest zdecydowana rozważyć to, nad czym w zasadzie nigdy nie myślała, żyjąc w zimnej lodowatej (…mroźnej, chłodnej i nieciepłej? :D Poprzestań albo na zimnej, albo na lodowatej) ciemności i walcząc z nią w taki sposób, w jaki walczy każdy z nas. Bez poczucia bliskości z mrokiem, który wcale nie musi być czymś złym. Autorka decyduje się na spędzenie pięciu dni w samotności, bo o ile oswajanie ciemności jest dla niej łatwiejsze i sprawdzone, o tyle przebywanie tylko ze sobą zdaje się większym wyzwaniem. Ale wówczas może bardziej skupić się na rozważaniach związanych z tematem książki. I choć robi to w sposób pozornie nieuporządkowany, jest zaskakująco spójna i przede wszystkim wiarygodna w tym, o czym opowiada.

Jedną z ważniejszych tez jest ta mówiąca o świecie jako o miejscu zanieczyszczonym sztucznym światłem. Jest wszędzie, jest go za dużo i jest w niebezpiecznej bliskości, którą lubimy, bo daje nam poczucie bezpieczeństwa. Tak, światło traktowane jest właśnie jako zanieczyszczenie, kiedy pojawia się w nadmiarze, ingerując w rytm natury, ale odbierając coś nie tylko samemu światu natury, również istotom ludzkim. Tym, które atawistycznie uciekają od ciemności, bo w niej czai się zło i strach. Wcale tak nie jest. Oświetlony do przesady świat daje nam komfort widzenia wszystkiego wokół, ale sztuczne światło w zamian za naturalne może przynieść więcej szkody niż pożytku.

Ciekawe jest to, że norweska dziennikarka tak umiejętnie balansuje między faktami oraz tezami popularnonaukowymi a indywidualną, intymną wręcz kwestią przeżywania ciemności, czego egzemplifikacją są wspomniane już cytowane wiersze, jak również nawiązywanie do historii kobiety, która na mrocznym Svalbardzie odnalazła najpierw spokój, a potem prawdziwe szczęście. Sandberg wie, o czym pisze. Sama przez cztery dekady zmagała się z wiatrem, zimnem i mrokiem, by teraz przyjrzeć się im z innej perspektywy. Zobaczyć w ciemności to, czego do tej pory nie postrzegała. A nie jest to łatwe z wielu powodów i o tym także jest ta książka. Ciemność to trudny towarzysz. Wymagający. Stawiający wyzwania jak cały świat natury. Bo opowieść Sigri Sandberg to także książka o tym, że jakkolwiek natura jest piękna, zawsze pozostanie wobec człowieka zimna oraz bezkompromisowa.

Tymczasem „Ciemność” to historia bardzo ciepła, napisana przystępnym językiem, pełna dziennikarskiej empatii i uważności w opowiadaniu o tym, co jest jej tematem. Usiłuje odczarować wszystkie negatywne skojarzenia z tym, co ciemne. Pokazać, że ciemność to wyzwanie. Mówi także o tym, że trudne, lecz możliwe jest przełamywanie lęków oraz uprzedzeń, co skutkuje otwarciem się na piękno tego, co wydaje się pozornie groźne. Są w niej osobiste refleksje, lecz także odniesienia do naukowych autorytetów prezentujących wyniki badań. Ale jest też szukanie odpowiedzi w rejonach poezji, wrażliwości ludzkiego umysłu. Cytowany norweski twórca Jon Fosse nie chce definiować ciemności, jednak często o niej pisze. To trochę tak jak prawidłowość zauważona przez autorkę – zwracamy uwagę na ciemność, jednak nigdy nie próbujemy zrozumieć jej naprawdę. A do tego nie trzeba odludzia czy zgaszenia sztucznego światła. Rozmyślania o ciemności możemy rozpocząć wówczas, gdy uznamy ją za naturalny i konieczny element otaczającego świata, którym jest w istocie, choć tak często w różny sposób potrafimy to kwestionować.

Sandberg opowiada o prawdziwych spotkaniach z ciemnością. Takich, po których pojawia się jakaś ważna i długotrwała refleksja. Wbrew pozorom może do nich dojść naprawdę rzadko. To, co uznajemy za mrok, może nim do końca nie być. Ciemność daje większe możliwości wyobraźni, a ta często działa na naszą niekorzyść. Właściwie zawsze tak się dzieje, bo odnosimy się do społecznych i kulturowych kodów. Być może po lekturze tej książki ktoś spróbuje po prostu pobyć w mroku i potraktować to doświadczenie jako coś nowego. Tak jak dziennikarka, dla której pozornie zwyczajne doświadczenie samotnego pobytu na norweskiej prowincji urasta do rangi czegoś granicznego, po czym światopogląd ulega zmianie, ale Sandberg dochodzi do tych zmian stopniowo, analizując temat i wyciągając kilka zaskakujących wniosków. Nowatorsko podchodzi zaś do tego tematu, bo jednocześnie rozprawia się z wewnętrznymi demonami, a na końcu sugeruje, że warto odbyć taką walkę. Po przeczytaniu „Ciemności” inaczej też spojrzy się na światło – to naturalne i wytwarzane sztucznie. Nie kochamy ciemności, bo tego nie umiemy, jednak jest nam jak najbardziej potrzebna do życia. Ma również swój czar i niepowtarzalny urok, o czym Sandberg również pisze – w różny sposób, w kilku ciekawych konwencjach. Rzecz warta przemyślenia, naprawdę ciekawa książka.

2019-09-24

„Chciałbym, żeby dzisiaj coś się wydarzyło” Tomasz Nalewajk


Wydawca: Cyranka

Data wydania: 16 września 2019

Liczba stron: 704

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: Ślady po rodzicach

Książka Tomasza Nalewajka uwiera, przejmuje, ale w ostatecznym rozrachunku jednak w dużej mierze męczy. Jako dorosłe dziecko alkoholika czytałem ją wyjątkowo uważnie i odbierałem z wyczuleniem na różne niuanse. Ostatecznie jednak rozmach i objętość tej powieści mnie pokonały. „Chciałbym, żeby dzisiaj coś się wydarzyło” to rzecz napęczniała jak sam jej tytuł. Wnikliwie analizująca stany emocjonalne i poczynania człowieka, który wydobył się z alkoholowego domu, ale równie konsekwentnie rozmywająca temat i przesłanie, gdy staje się przydługą relacją z życia. Fabuła w znacznej większości nie oferuje nam niczego poza banałem i odrobiną nudy. Opowieści oraz wspomnienia, prozaiczne historie z życia, drobiazgowa analiza dwóch nieudanych związków i w tym wszystkim tylko kilka przejmujących fragmentów, które naprawdę ciekawie opowiadają o tym, dlaczego bohater stał się taki, jaki jest. Mnóstwo zupełnie nieatrakcyjnych dla czytelnika zdarzeń i nadmierne, kompletnie nieuzasadnione, stosowanie wulgaryzmów. Problem z tą powieścią polega na tym, że wszystkie tezy oraz ważne kwestie byłyby widoczne i emblematyczne, gdyby zostały przedstawione spójnie, a nie na pięć czy sześć sposobów. Krajobraz emocjonalny mężczyzny, który wydostał się z domu ojca alkoholika, Nalewajk kształtuje stopniowo, jednak poza tym oferuje bardzo wiele scen i dialogów niemających zbyt wiele literackiej wartości. Wtórnych i trochę przez to irytujących. Powieść broniłaby się i byłaby całkiem niezła, gdyby ją zdecydowanie „odchudzono”. Naprawdę dziwię się, że nie zasugerowano tego w redakcji.

Marek wyrasta w cieniu wciąż pijanego ojca. Zapamiętuje zwłaszcza oczekiwanie. Na to, kiedy nastąpią kolejne spięcia, gdy ojciec przyjdzie do domu na rauszu. Kiedy niepokój czekania zamieni się w piekło rodzicielskiej kłótni. Wtedy zdarzenia przyspieszą, zintensyfikują się w pamięci. W tej pamięci, której chce dać odpór matka bohatera, wciąż na nowo przekonując, że o tym, co było, należy po prostu zapomnieć. A to przecież opowieść przede wszystkim o pamiętaniu. Na początku odnieść można wrażenie, że cała trauma dziecka, a później dorastającego chłopaka jakby się zacierała, ale Nalewajk prowadzi nas przez jego życie, opisując je drobiazgowo, i w pewnym momencie pokazuje, gdzie następuje swoiste załamanie i kiedy mroczna przeszłość dopada, by uniemożliwiać normalne funkcjonowanie w dorosłym życiu. Na początku autor odwołuje się do pewnych pokoleniowych doświadczeń. W Tychach, gdzie osiedla nie mają nazw, większość rówieśników głównego bohatera musi się mierzyć z podobnymi problemami. Wszędzie ojcowie piją i dodatkowo czasem biją. Wszędzie matki starają się za wszelką cenę utrzymać życie rodzinne w jakiejś bezpiecznej formie, to one walczą o normalność całymi sobą, podczas gdy dzieci zwykle są wycofane.

Z przykrym bagażem doświadczeń Marek rusza w świat. Musi odnaleźć się pośród ludzi, choć woli wyobcowanie, bycie poza kręgiem towarzyskim, bez zobowiązań, bez potrzeby utrzymywania silniejszych kontaktów z kimkolwiek. Wyjątek robi dla dwóch kobiet – jedna jawi się jako wyjątkowo irytująca egocentryczka, druga mierzy się z podobną, a może jeszcze większą traumą dzieciństwa niż Marek. Napięcia, kłótnie, wieczne nieporozumienia i stosowana przez Marka ugodowość zapełniają wiele stron, niosą w sobie pewną zbędność. Mechanizm tego, jak bohater funkcjonuje w związkach, można zawrzeć w kilku mocniejszych scenach. Ta powieść po prostu się dłuży. Opisy związków Marka męczą wcale nie dlatego, że męczący jest sam bohater. Nie, tu Tomasz Nalewajk dołożył wielu starań, by pokazać, w jak wielkim stopniu odbija się na dorosłym dziecku alkoholika jego przeszłość – od objawów psychosomatycznych, przez rozmaite tendencje, zachowania i działania w relacjach z ludźmi, po przerażającą i bardzo przejmującą samotność, od której nie da się uciec, nie da się jej zaradzić, jest trwała i bolesna jak przeszłość. Portret psychologiczny wychodzi bardzo ciekawie i wiarygodnie. Problematyczna jest jednak kwestia tego, w jaki sposób autor go tworzy.

Jedna z partnerek Marka mówi o tym, że nie wybiera się dzieciństwa z pijanymi rodzicami, ale można wybrać sposób radzenia sobie później z tym, co w nas pozostawili. Nalewajk stawia na portretowanie bezradności – zarówno w związkach, jak i w kontakcie z samym sobą. Marek myśli o tym, kim trzeba być i jakie mieć zdolności, by utrzymać szczęśliwy związek i czuć się spełnionym w relacji z bliską osobą. W jego świadomości funkcjonuje nadmierna ugodowość i chęć wycofywania się. Życie przerasta bohatera w takim znaczeniu, że nie jest w stanie dopasować się do jego definicji rzeczywistości. A Marek szuka przede wszystkim tego, czego być może nigdy nie otrzymał. W tym znaczeniu jest niezwykle ciekawy, ale momentami banalizowany – zwłaszcza wtedy, gdy po dramatycznym rozstaniu jego dwie znaczące potrzeby to zapalenie sobie jointa i odbycie sesji na RedTubie.

„Chciałbym, żeby dzisiaj coś się wydarzyło” to książka, w której – w moim odczuciu – zaburzone zostały proporcje między panoramicznym prezentowaniem dramatu dorosłych dzieci alkoholików a skupianiem się na szczegółowych zdarzeniach, by ten dramat uwiarygodnić. Wszystko staje się przez ten drugi zabieg rozmyte. Nie można się do tej powieści – mimo jej długości – przywiązać, nie można z niej łatwo wydobyć tego, co najważniejsze. Nie chodzi mi o brak uproszczeń. Chodzi przede wszystkim o to, że literatura dotycząca konkretnych problemów powinna koncentrować w sobie to, co najważniejsze, a tutaj tej koncentracji nie ma. Są obszerne fragmenty o niczym – wyimki z młodzieńczego życia, opisy kariery zawodowej i spotkań towarzyskich, wspomnienia z zagranicznych wojaży, ale nade wszystko moc napięć w związkach. Jest też oczywiście kilka mocno zapadających w pamięć scen. Jak wspomnienie jedynej bliskości Marka z ojcem, kiedy wędrowali razem po górach. Jednocześnie też scena jazdy na nartach egzemplifikująca bezkompromisowe starcia ojca i syna. Mocna jest również scena kłótni Marka z żoną nad wózkiem, w którym tkwi syn.

Powieść miałaby niezwykłą moc, gdyby oddziaływała właśnie przez skondensowane sceny. Jest natomiast tak, że fragmentami po prostu nuży. Chciałoby się wyjść nieco poza złość czy bezsilność, do których Nalewajk nawiązuje praktycznie przez cały czas. Chciałoby się opowieści o dramacie niedostosowania do życia, ale nie w formacie i konstrukcji, jakie proponuje nam autor. Przykro mi, gdy ważna powieść wywołuje we mnie rozczarowanie. Ta sugeruje jeszcze jedną, dość niebezpieczną tezę. Przekonanie o tym, że życiowe niepowodzenia należy zrzucać w przypadku dorosłych dzieci alkoholików przede wszystkim na ich przeszłość. Tomasz Nalewajk proponuje prozę przesytu. Nie umiałem się w niej odnaleźć.

2019-09-21

„Belfrzy” Dorota Kowalska


Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 4 września 2019

Liczba stron: 240

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Po strajku

Książkę Doroty Kowalskiej odebrałem oczywiście bardzo osobiście i czytałem z dużą uwagą, bo przecież od kilkunastu lat jestem tym, o kim autorka pisze, w związku z czym uznałem za zasadne używanie zaimka „my” w dalszej części tego omówienia. „Belfrzy” to – jak wspomina we wstępie Mira Suchodolska – książka bardzo ważna. Ukazuje się zaraz po jednym z największych od lat strajków nauczycieli. Wszystkie rozmowy zawarte w tej publikacji zostały przeprowadzone po akcji strajkowej, ale tylko w dwóch z nich pojawia się czytelny jej ślad. Bo wydarzenia z kwietnia tego roku były dla nas, nauczycieli, lekcją, jakiej nie przewidzieliśmy i nie śmieliśmy nawet sądzić, że taka w ogóle zaistnieje. Lekcją poniżenia i upokorzenia. Nastroje dominujące wtedy w szkołach dobrze oddaje jeden z tekstów, przypominający kartki z pamiętnika czasu opresji sformułowane przez nauczyciela z niedużym stażem i jeszcze mniejszym uposażeniem. Jeśli „Belfrzy” mają być książką odnoszącą się do dyskusji postrajkowej, bardzo dobrze, że ukazują się teraz, gdy coraz więcej nauczycieli ma wątpliwości, czy kontynuować protest, który tak bardzo polaryzuje opinię publiczną. Natomiast jeżeli rzeczywiście ma to być publikacja o uczących w szkołach, zabrakło mi tu pewnej panoramiczności perspektywy.

Zacznę może od doboru rozmówców. Jest ich dziewięciu, z czego dwójka dyrektorów. Ośmioro to nauczyciele dyplomowani – doświadczeni, ale również umiejętnie odnajdujący się w świecie absurdów polskiego systemu edukacyjnego, w którym od wielu lat stawia się na wieczne zmiany bez merytorycznego ich uzasadnienia, a przede wszystkim bez gruntownego przygotowania. Rozmówcy Kowalskiej – chyba trochę pod tezę – to ludzie bardzo prężni, asertywni, odważni i przede wszystkim optymistycznie nastawieni do nowości. Ludzie, którzy sobie świetnie radzą, mają perspektywy, sami je stwarzają, są ciągle w ruchu, bardzo dzielni i niezłomni. Odnosi się również wrażenie, że są to ludzie o bardzo silnych osobowościach i charakterach pozwalających im na elastyczność, dających umiejętność krytycznego patrzenia na to, co dziś w szkole złe i trudne, ale również zdolność do tego, by całe to zło oraz trud ich nie pogrążały. Dorota Kowalska nie zdecydowała się na ani jedną rozmowę ze stażystą, który musi nieść w sobie najwięcej niepokoju i nieufności. Nie podjęła się rozmów z nauczycielami pracującymi w bardzo trudnych środowiskach. Wyjątkiem jest rozmowa z nauczycielką zajmującą się uczniami z niepełnosprawnościami, ale to jednak co innego. Rozmówcy Kowalskiej osiągają sukcesy, bo być może otrzymali od losu i systemu nieco więcej niż nauczyciele, których dręczą problemy. Te problemy są w rozmowach punktowane, ale odnosi się wrażenie, że nie wszystkie dotyczą bezpośrednio tych, którzy się wypowiadają.

Stąd też spore rozczarowanie, bo książka o nas nie opowiada naszymi słowami o prawdziwych problemach polskiej edukacji. To, co zostaje wypunktowane i wspomniane, jest oczywiście bardzo ważne. Zwrócenie uwagi na system rywalizacyjny placówek szkolnych, na słaby i mało atrakcyjny system doskonalenia zawodowego, na rzeczywisty czas pracy poza godzinami spędzanymi przy tablicy. „Belfrzy” to książka o możliwościach, ale także sporej opresji. Wydobywa się z niej obraz nauczyciela, jakiego nie zna opinia publiczna. Człowieka, który nieustannie jest pod presją oceny i wymagań. Wiecznie mierzącego się z tym, że każdy w każdym momencie może kontrolować i wartościować według swojego kryterium to, czym on się na co dzień zajmuje. Polski nauczyciel po kwietniowym strajku jest po prostu rozczarowany i pozostawiony samemu sobie. Od nauczycieli w tym kraju wymaga się bardzo wiele, ale nikt nigdy nie pyta, jak oni sami się mają. Jak wygląda ich kondycja psychiczna w obliczu nieustannego poczucia obserwowania i kontrolowania. Czy ludzie wymagający tyle od pedagogów są w stanie choć częściowo stawiać takie wymagania samym sobie? Rozmówcy Kowalskiej nie mówią za dużo o przemęczeniu, obce jest im wypalenie zawodowe. Książka stara się pokazać – i słusznie! – jak solidnie pracujemy, ile jest w nas energii i potencjału, ale jakby zapomina o mrocznym obliczu tych, którzy opadają z sił i czują się pozostawieni sami sobie.

Jest też w „Belfrach” za dużo polityki, choć analizując to, co w polskiej szkole niewłaściwe, nie sposób uciec od politykowania. Chyba za mało jest o solidarności nauczycielskiej, temat szerzej poruszony jest tylko w kilku miejscach. Bo strajk poza upokorzeniem przyniósł także świadomość, że nasze środowisko mimo różnorodności i w dużej mierze zachowawczości potrafi solidarnie wyrazić sprzeciw. Nauczycielka z małego miasteczka wspomina, że coś takiego jak niezależność nauczyciela to dzisiaj w polskiej szkole mrzonka. A jednak wydobywa się ona z akcji strajkowej, która jest bardzo słabo zarysowanym tłem tej publikacji. „Belfrzy” obrazują krajobraz po porażce, lecz w mniejszym już stopniu zaznaczają, że zawód nauczyciela był deprecjonowany znacznie wcześniej. Kowalska rozmawia też z hiszpańskim nauczycielem. W Hiszpanii belfrzy są szczęśliwi. W tej książce polscy nauczyciele chcą opowiedzieć, jak bardzo się starają i że zwykle dają radę, ale natężenie absurdów i przykrości, z jakimi muszą się mierzyć, jest czymś naprawdę trudnym do zniesienia.

Mira Suchodolska we wstępie używa mocnych słów, określając polską szkołę XXI wieku mianem „karykatury samej siebie”. Rozmówcy Kowalskiej starają się udowodnić, że robią wszystko, aby tak nie było. Bo ich dokonania są imponujące. Twórczy krakowski nauczyciel, założycielka świetnej i znanej szkoły społecznej, prężna dwójka dyrektorów czy zaangażowana w swoją sprawę opiekunka dzieci z dysfunkcjami, dla których wciąż nie ma właściwego miejsca oraz opieki w szkołach. Całość na pewno ukazuje nauczycieli w zupełnie innym świetle niż to wykreowane – przypadkiem chyba – przez akcję strajkową. Ważne jest podkreślenie, że zmiana w funkcjonowaniu polskiej szkoły oraz podniesienie prestiżu zawodu nauczyciela będą możliwe tylko wówczas, gdy zależeć będzie na nich całemu społeczeństwu. Szkoła jest nieodłącznym elementem życia, a z różnych powodów stała się źródłem opresji dla uczniów, ich rodziców, ludzi tak ochoczo deklarujących, że szkolny czas był dla nich koszmarem. A co jeśli tak o swojej pracy mogą pomyśleć nauczyciele? Co może zdziałać zapał do pracy, kreatywność oraz zaangażowanie, kiedy niestety pojawia się ta opresja, a za nią stygmatyzowanie i poniżenie jak podczas strajku? Rozwinięcia tej właśnie kwestii zabrakło mi w książce o dzisiejszych nauczycielach. Mogę jednak powtórzyć za Suchodolską, że mimo wszystko to bardzo ważna publikacja. Alarmująca, bo za chwilę – z bardzo różnych powodów – nie będzie komu uczyć w szkole. Nie z powodu tego, że szkoła się zmienia. Raczej z powodu tego, jak się zmienia. Warto przeczytać, bo w zasadzie nie było do tej pory podobnej książki. Obawiam się tylko, że Kowalska pewne kwestie nadmiernie eksponuje, pewne traktuje marginalnie, a o kilku sprawach po prostu nie pisze, bo to może być z jakichś powodów niewygodne. Jako nauczyciel jestem trochę rozczarowany książką o mnie. Jako recenzent powinienem ją polecić, bo to głos tych, których na co dzień się nie słucha.

2019-09-19

„Łańcuch” Adrian McKinty


Wydawca: Agora

Data wydania: 18 września 2019

Liczba stron: 400

Przekład: Dariusz Żukowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 42,99 zł

Tytuł recenzji: Mroczna gra

Myślę, że fenomen tej książki polega na tym, iż obrazuje ona pozornie wyolbrzymione i wręcz absurdalne zdarzenia, ale po chwili refleksji każdy z nas uświadamia sobie, że wszystko, co prezentuje Adrian McKinty, naprawdę mogłoby się wydarzyć. Uderzyć w każdego, kto na moment pozostawia swoje dziecko bez kontroli. Uczynić z niego bezdusznego potwora, który paradoksalnie w imię uczuć wyższych jest zdolny do wszystkiego. Tak, ta książka to bardzo bolesna lekcja tego, czym jest człowieczeństwo. Opowiada o tym, że kierują nami atawizmy. Wiedziemy uporządkowane życie wedle reguł moralności i zasad dobrego wychowania, ale wystarczy sprytny pomysł, by zaburzyć te reguły, a zasady usunąć z naszych umysłów, bo wydarzy się coś, co każdego rodzica przerasta. A jednocześnie jest to wyzwanie, któremu musi sprostać. „Łańcuch” to chwilami przerażająca opowieść o iluzorycznym funkcjonowaniu obok siebie i względem siebie tylko na warunkach stworzonych przez łagodną dla nas rzeczywistość. Naprawdę możemy być jak dzikie zwierzęta walczące o swoje młode z zajadłością daleką od jakiejkolwiek formy humanizmu. Ale McKinty opowiada o czymś jeszcze bardziej przerażającym. O tym, że w stworzonej przez niego konfrontacji kata i ofiary sama ofiara musi stać się katem. Potwór wymyśla grę. Uczestnik gry sam staje się potworem.

Rachel otrzymuje wiadomość, że ktoś porwał jej nastoletnią córkę. To nie przypadek, lecz zaplanowane działanie. Po prostu ogniwo koszmarnego Łańcucha, który zmusza rodziców porwanych dzieci do wpłacenia okupu, ale jeszcze do czegoś – mają uprowadzić czyjeś dziecko, bo dopiero wówczas ich własne zostanie zwrócone. System jest pozornie prosty, ale widać wyraźnie, że to skomplikowana i przemyślana maszyneria. Lodowaty głos w słuchawce, zniekształcony i niemożliwy do rozpoznania, ustala twarde zasady. Od lat setki ludzi płacą, porywają innym dzieci, podporządkowują się systemowi opresji i w tajemnicy walczą ze wspomnieniami traumy, bo nikomu nie wolno o tym powiedzieć, nikt inny poza nimi nie może znać ogromu cierpienia. Kiedy więc Łańcuch wybiera Rachel oraz jej córkę Kylie, zakłada po prostu wplecenie nowego ogniwa do koszmarnej gry. Ci, którzy za nią stoją, nie spodziewają się, że tym razem zadarli z niewłaściwymi osobami. Że nie warto było prowokować takiej matki jak Rachel. Ani więzić takiej córki jak Kylie…

Dynamiczne tempo pierwszej części powieści trzyma czytelnika w szachu i dopiero druga daje chwilę oddechu, ale także możliwość spokojniejszego przeanalizowania – wraz z bohaterami – tego wszystkiego, co się wydarzyło. A co się wydarzyło? Kochająca matka była gotowa zabić dla własnego dziecka. Zabić inne dziecko. Przestaje liczyć się jakakolwiek więź międzyludzka, uwypuklona jest jedynie emocjonalna więź rodzica ze swoim potomkiem. W imię tej miłości można zrobić wszystko. Zaskakująco szybko znikają jakiekolwiek hamulce moralne. Niezwykle szybko udręczona matka może zacząć gardzić sobą, ale jednocześnie wie, że w tej pogardzie musi walczyć do końca. Walka zdaje się nierówna, bo zrozpaczony rodzic zestawiony jest z organizacją, która zdaje się kontrolować każdą jego myśl i każdy niespokojny oddech. A jednak Rachel zareaguje inaczej, niż przewiduje to Łańcuch. Miłość rodzicielska skieruje ją na drogę każdego zła, ale po tym działaniu pojawi się coś innego. Jakaś inna forma spojrzenia na to, co się dzieje. Potrzeba, o jakiej nie myśleli może wszyscy ci udręczeni rodzice, którzy po doświadczeniu Łańcucha zamykali się w sobie ze swoimi bolączkami. A wraz z nimi pokrzywdzone dzieci. Dlatego druga część tej powieści jest dużo bardziej absorbująca, choć tempo nie jest tak szybkie, McKinty zdecydowanie zwalnia. Ale pokazuje, do czego jeszcze może być zdolny rodzic, który wraz z dzieckiem musiał przejść przez niewyobrażalny ból doświadczeń zaserwowany przez anonimowego potwora.

Myślę, że ten ciekawy thriller to zgrabna, bo bardzo bezpośrednia anatomia człowieczego instynktu przetrwania oraz obrony kogoś najbliższego. Nic w zasadzie nie zaskakuje, kiedy śledzimy poczynania zrozpaczonych rodziców. A jednak wciąż na nowo jesteśmy zadziwiani tym, z czym oni sami muszą sobie poradzić. Jak bardzo muszą się zmienić i do czego doprowadzić, by po przejmującej traumie móc utulić własne dziecko. Tyle że potem nie ma powrotu do normalności i to jest najciekawszy aspekt „Łańcucha”. Powieści o tym, jak potrafimy straumatyzować samych siebie, a także o tym, na ile gotowi jesteśmy wymierzyć sprawiedliwość po tym, kiedy nasze jej poczucie rozpadło się na zawsze. McKinty pisze, że możemy przestać sobie ufać w ułamku sekundy, a każda forma przywiązania – poza tą rodzicielską – poddana próbie rozpada się i przeraża pustką tego rozpadu. W tej historii ważne jest również to, że bohaterowie muszą mierzyć się z wyjątkowo trudnymi dla nich słabościami. Rachel borykająca się z chorobą nowotworową celowo jest tu ukazana jako ta matka jeszcze bardziej pokrzywdzona, jeszcze słabsza, pozornie niezdolna do aktów heroizmu – i brutalności – do jakich jest po prostu zmuszona. Podobnie wujek porwanej Kylie, który wielbi zarówno swoją bratanicę, jak i heroinę. Oboje staną wobec wyzwania, które przerasta granice zrozumienia. Staną w opozycji do wszystkiego, co zbudowało ich poczucie bezpieczeństwa, bo zacznie się liczyć bezpieczeństwo porwanej dziewczynki. A ona sama nie będzie pokornie znosić swojego losu…

„Łańcuch” opowiada o czymś, co jest potwornie niemoralne i nieetyczne, zmusza do czytelnego wzburzenia, ale jednocześnie kwestionuje pojęcie dobrego i złego zachowania, właściwych oraz niewłaściwych posunięć. Dodatkowo obrazuje opresyjny system, który wydobył się z innej, kameralnej obsesji. Będziemy mieć do czynienia z psychopatami doskonale znającymi świat tak zwanych prawych i uporządkowanych ludzi oraz z prawymi ludźmi gotowymi do psychopatologicznego myślenia i działania. Wszyscy zjednani w zaskakującej formie zła. Zło w tej powieści ma charakter organizacji, a określanie jego poziomów ustalają reguły chorej gry. McKinty fantazjuje o ludzkiej desperacji połączonej z potężną dawką przerażenia. A także o niepokoju, który pozostaje na zawsze, nie pozwalając normalnie funkcjonować. Dlatego można się tej powieści śmiertelnie przerazić. Można w nią uwierzyć i z trudem łapać oddech. Można również zastanowić się nad tym, że zawsze kieruje nami instynkt pozwalający zrujnować cudze, ale i swoje życie. Że umiejętność oceny swojego postępowania dana jest nam tylko po to, by pozostawić iluzję, iż jesteśmy ludźmi i kierujemy się jakimiś lepszymi od reszty natury prawami. „Łańcuch” jest też mocno prowokacyjny i stawia pytanie o to, kto w XXI wieku stworzył dla nas klatkę, w której obserwujemy każde swoje działanie. Czy zrobił to jakikolwiek opresyjny system, czy może my sami jesteśmy gotowi kontrolować własne poczynania. Kontrowersyjna, ciekawa i bardzo frapująca książka. Dodatkowo polski wydawca przygotował do niej film - do zobaczenia TUTAJ.

2019-09-17

„Ani złego słowa” Uzodinma Iweala


Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 18 września 2019

Liczba stron: 270

Przekład: Piotr Tarczyński

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Samotność bez alternatywy

Ta powieść odbiera oddech i przejmuje. Trudno sobie znaleźć miejsce po lekturze, trudno ochłonąć, zebrać myśli, uspokoić się. „Ani złego słowa” to przejmująca i niebywale smutna narracja o świecie, w którym kwestionowana jest ludzka tożsamość, a także o dramacie bliskich, kiedy zakwestionowane zostanie samo życie. Jest niesamowicie realistyczna i w tym realizmie ukazuje, jak silny może być życiowy fatalizm, jak wielu możliwości może pozbawiać. Iweala potrafi opowiadać na wielu poziomach i w wielu rejestrach. Jest liryczny oraz delikatny, gdy odwołuje się do wszystkich zmysłów w scenie niespełnionej inicjacji seksualnej. Jest dosadny, groźny i bezkompromisowy, kiedy buduje trudną do uniesienia konfrontację syna z agresją ojca. To powieść, która fabularnie niczym nie zaskakuje – prezentuje bowiem dobrze znane dylematy, odnosi się do konkretnych problemów, wskazuje sytuacje pozornie jednoznaczne i takie, o których zdążyliśmy sobie wyrobić zdanie, bo są powtarzalne. A jednak ta historia o czarnoskórym młodym chłopcu, który mierzy się najpierw z własną seksualnością, a potem odtrąceniem przez surowych rodziców, zawłaszcza całkowicie, bo pokazuje, że z takiego tematu można wydobyć dużo więcej. Jest zatem Iweala kronikarzem różnorodnych dramatów, ale takim specyficznym – chce zaznaczyć kontekst oraz historię, jednak oddaje głos swoim bohaterom. Niepewnemu swej wartości czarnemu osiemnastolatkowi oraz jego przyjaciółce, która z czasem traci dobry kontakt z kimś, kogo potem będzie pamiętać w taki sposób, o jakim nigdy by nie pomyślała.

Niru jest synem nigeryjskiego emigranta, który uporządkował swoje rodzinne życie w Stanach Zjednoczonych, a w tym porządku apodyktycznie ustalił także czytelne miejsce dla chłopca. Ojciec lubi uporządkowanie, dba o estetykę, zachowanie pozorów, podporządkowuje się karnie każdej instrukcji i każdemu regulaminowi. Jego punkt widzenia na życie ma być punktem widzenia całej rodziny. Niru nie pasuje do wyznaczonej mu roli. Odkrywa swoją homoseksualną orientację i naraża się na gniew ojca. Ten gniew owocuje szaloną podróżą do ojczyzny, ale przede wszystkim takim napięciem w relacjach, które uniemożliwia dalsze porozumienie. Ojciec i syn stają się osobnymi wyspami. Wokół nich krąży jeszcze matka Niru, ale i jej nie uda się przełamać narastającego wyobcowania syna. Niru poddany zostaje dramatycznej opresji. To, co czuje, i to, czego pragnie, to sprawy nie tyle wstydliwe, ile wymagające wyeliminowania z życia, w którym czekają określone przez rodzinę perspektywy, Harvard i bycie posłusznym.

Jedyną osobą, która zdaje się całkowicie akceptować bohatera, jest jego przyjaciółka – biała dziewczyna z domu, w którym rodzicielskie ciepło i czułość to rzecz rzadka, w związku z tym lubi przebywać z rodzicami Niru, wierząc w pozorny ład i opiekuńczość tego drugiego domu. To Meredith zostanie oddany głos po tym, gdy wydarzy się coś, co na zawsze zmieni jej życie. Trudne relacje z Niru spotęgują się, kiedy chłopak zacznie uwzględniać absurdalne warunki właściwego prowadzenia się. Narzucana mu zostaje tożsamość, wobec której stawia opór, ale nie jest on na tyle silny, by Niru wydobył się z przestrzeni opresji. Uzodinma Iweala obrazuje bezbronnego wobec otoczenia osiemnastolatka, który chciałby odkryć prawdziwe życie, poznać jego możliwości, ale przede wszystkim wiedzieć, kim jest naprawdę. Droga do poznania siebie jest tu bardzo dramatyczna. Autor opowiada o tych pragnieniach, które z różnych powodów są nie do zrealizowania, ale przede wszystkim o trudnościach w nazywaniu pragnień.

Bo opresyjne życie, w którym zanurzony jest Niru, będzie wzmagać jego wyobcowanie. Widać to zwłaszcza w ciekawie nakreślonych relacjach rówieśniczych, gdzie bohater doznaje wyjątkowo silnie stygmatyzowania, z którym musiał sobie radzić od dziecka. Iweala pokazuje także pęknięcia w przyjaźni młodych ludzi, którą naznaczają niedopowiedzenia. Decyduje się na to, by swego bohatera zapętlić tak mocno, że czytelnik nie wyobraża sobie ścieżki, po której miałby ruszać w życiową drogę, by poznawać różnorodność świata. Interesująca jest tutaj metafora biegania, jeśli weźmie się pod uwagę zmienność relacji przyjacielskiej oraz kompulsywną potrzebę ucieczki od domu rodzicielskiego, w którym nie ma już możliwości odnalezienia swojego miejsca. Miejsce Niru jest w bliżej nieokreślonym „nigdzie”. Najbardziej boli ta nieokreśloność i to, że wszystko, co spotyka bohatera, jest tak bardzo bezkompromisowe.

Tak, Iweala nie daje wielu możliwości, zamyka bohatera w trudnej dla niego sytuacji, każe mu działać impulsywnie i oddalić się od wszystkich, którzy mogliby pomóc mu oswoić dramat, zmienić bieg jego życia. Dlatego właśnie „Ani złego słowa” prezentuje dramatyczne dylematy inaczej, bardziej drobiazgowo. Niepewny swojej tożsamości Niru zostaje sam z dylematami, które go przerastają. Nie jest w stanie odnaleźć obok siebie nikogo, kto wyjaśni mu sens jego cierpienia oraz to, dlaczego zostało mu ono narzucone. Kiedy myśli się o tym, co może spotkać czarnoskórego chłopaka w Ameryce, i doskonale widzi, jak to jest zarysowane, odnosi się wrażenie, iż każda przedstawiona sytuacja skończy się w sposób przewidywalny. Iweala dodaje do świata przedstawionego dramat nieodwracalności i wówczas jego powieść przestaje być historią o poszukiwaniu możliwości, a staje się mroczną opowieścią o tym, jak wielkim ciężarem będzie pamięć.

To historia dramatycznej samotności opowiedziana w taki sposób, że jej odcienie ujrzymy w zasadzie wszędzie. Najtrudniejsza do zniesienia jest samotność wówczas, gdy nie ma się kontaktu ze sobą albo neguje swoje podstawowe pragnienia, uznając je za nieprzystające do świata, który narzuca każdemu określoną rolę, przynależność. Ale nie tylko dramat Niru jest tu bardzo ważny. Każdy bohater tej powieści zostanie poddany pewnej próbie cierpienia. Każdy będzie musiał mierzyć się z czymś, co nieodwracalne, a jednocześnie zupełnie niezrozumiałe. Niru podczas pobytu w Nigerii widzi doskonale, za co może być wdzięczny lepszemu, dostatniemu światu, w którym żyje. Okazuje się jednak, że zaczyna żyć w opresyjnej klatce. A w gruncie rzeczy nie chodzi o warunki życia, lecz poczucie, że jest ono spełnione, że jest się w nim wolnym. „Ani złego słowa” to poruszająca narracja o tym, co możemy stracić, nie wiedząc nawet o możliwości zysku. O okrutnych zbiegach okoliczności, które wymuszają cierpienie. O tym, że większość poruszonych tu problemów to kameralne dramaty nie do opowiedzenia, nie do wyrażenia. Uzodinma Iweala z szacunkiem i empatią opowiada o tym, jak młodość może być czasem egzystencjalnego piekła. I że to piekło może mieć potem jeszcze bardziej mroczne oblicze.