2023-02-28

„Altruiści” Andrew Ridker

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 8 marca 2023

Liczba stron: 352

Przekład: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Niedoskonałości

Z pewnością młodemu amerykańskiemu debiutantowi brakuje jeszcze finezji w portretowaniu niuansów relacji z najbliższymi – tej finezji, którą osiągnęła jego rodaczka, doświadczona koleżanka po piórze Elisabeth Strout. Jednak myślę, że jeśli autorka „Mam na imię Lucy” przeczytała tę książkę, z pewnością zauważyła, że ma w osobie Andrew Ridkera godnego kontynuatora jej linii pisarskiej. Tym bardziej że nie jest sam. Całkiem niedawno polski czytelnik mógł zapoznać się z równie ciekawym pochodzącym zza oceanu debiutem literackim trochę starszej od Ridkera Kiley Red, która w powieści „Ten dziwny wiek” podobnie nawiązuje do gier pozorów stwarzanych dla osiągnięcia określonych celów. W przypadku „Altruistów” – ze znakomitym ironicznym tytułem – te cele są zaprezentowane bardzo czytelnie już od samego początku. Dzięki temu wkraczamy w świat przedstawiony książki z klarowną ekspozycją i przez cały czas oczekujemy tego, co wydaje się najważniejsze: konfrontacji ojca z jego dziećmi, człowieka pozbawionego z nimi bliskich relacji, jednak łudzącego się, że coś na kształt bliskości uda mu się stworzyć, ponieważ dzieci są mu do czegoś potrzebne.

Tymczasem Ridker wcale nie opowie tu tylko historii zdesperowanego sześćdziesięciopięciolatka planującego cyniczną grę w dobrego ojca, którym nie tyle nie był, ile przede wszystkim nie umiał być. Ta wielowątkowa powieść iskrzy innymi, równie interesującymi historiami. Jeśli miałbym zestawić pomysł na obrazowanie bohaterów i tego, jak działają, z inną ciekawą amerykańską powieścią, nawiązałbym do „Poproś jeszcze raz” Mary Beth Kane, która podobnie jak Ridker łagodzi dramaturgię opowieści. Obie te książki opowiadają o bardzo silnych emocjonalnie przeżyciach i mocnych dramatach, jednakże łączy je sposób ich przedstawiania – nie ma celowo uwypuklanych trudnych momentów, jest za to łagodzenie napięć w opisie przy jednoczesnym punktowaniu, kiedy się nasilają i co na to wpływa. Myślę zresztą, że celem Ridkera nie jest tworzenie rodzinnej psychodramy, choć to bardzo wdzięczny literacko motyw, nie tylko we współczesnej literaturze amerykańskiej. „Altruiści” to przede wszystkim książka o tym, jak każdą ludzką ułomność można opowiedzieć z empatią i czułością. Nawet jeśli kreuje się postać antybohatera, ale robi to w taki sposób, że czytelnicy nie opowiedzą się tu wyraźnie przeciwko głównej postaci. Ani przeciw innym bohaterom, którzy mogą działać na nerwy nawet dużo bardziej niż Arthur Alter.

Wszystkie traumy, uprzedzenia, kompleksy oraz prywatne fiksacje są opowiedziane w taki sposób, by nie tylko zostały zrozumiane i zaakceptowane, ale również stawały się punktami wyjścia do fantazjowania o tym, co je wywołało i co dużo gorszego mogłoby się stać, gdyby Ridker nie umieścił swoich bohaterów w takich, a nie innych okolicznościach. Myślę, że „Altruiści” to zarówno historia o tym, że większość z nas to niedoskonali rodzice i niedoskonałe dzieci, lecz również narracja przekonująca, iż mamy prawo do każdej formy niedoskonałości. Zwłaszcza że modelują nas przede wszystkim przeżycia wzięte z czasu, w którym każda, najbardziej nawet zawikłana i skomplikowana relacja z najbliższymi staje się punktem odniesienia do dalszych wyborów. Nawet jeśli brzmi to jak ponury truizm, Andrew Ridker nie będzie opowiadał tego w taki sposób. Jego historia to jednocześnie opowieść o tym, co się utraciło, i o tym, co zyskuje się dzięki utratom. To trochę paradoksalne, a trochę oczywiste. Istotne zaś w rozumieniu tego, jak działają bohaterowie tej książki, są słowa wypowiadane przez ukochaną babcię żony Arthura: „Nie wszystko da się naprawić”.

Ta powieść będzie opowiadać o tym, co zniszczone bezpowrotnie, lecz również o rozpaczliwych próbach zaprzeczenia temu faktowi. Można odnieść wrażenie, że sportretowana tutaj rodzina to ludzie mówiący w różnych językach. Komunikują się w oczywistych sprawach i w oczywisty sposób starają się nazywać to, co wieloznaczne. Próbując jednak wyrazić siebie bardziej intymnie, sprawiają wrażenie, jakby nie łączył ich język angielski, jakby mówili obok siebie i w niezrozumiałej dla drugiego leksyce. A przecież wszystko, co tu nazwane, i to, co postaci próbują nazwać, jest z jednej strony bardzo oczywiste. To, czego brakuje bohaterom Ridkera, to dystans wobec siebie. Na szczęście my jako czytelnicy od samego początku mamy komfort tego dystansu voyeuryzmu. I być może rozumiemy więcej. To także jedna z zalet „Altruistów”. Powieści rozpoczynającej się symboliką ognia w rodzinie. Nie tylko płonie dom Alterów. Oni wszyscy spalają się w ogniu własnych potrzeb, oczekiwań i rozczarowań. A opisywana rodzina wcale nie jest dysfunkcyjna. Jest taka jak wiele innych rodzin. Sztuką jest opowiedzieć zwyczajność w niezwykły sposób, a to udaje się Ridkerowi także dzięki charakterystycznemu dla niego poczuciu humoru.

Bardzo dobrze odgrywają tu swoją rolę retrospekcje, które autor umiejętnie łączy z dynamiką teraźniejszych zdarzeń. Ogólnie dynamizm to cecha tej książki już od pierwszych akapitów. Szybko musimy zrobić rozeznanie w tym, kim są bohaterowie. Zwłaszcza że Ridker pozbawi życia żonę Arthura już na samym początku, by potem oddać głos nieobecnej – w postaci wdzięcznych i frapujących retrospekcji ukazujących to, kim tak naprawdę była i w jaki sposób funkcjonowała od dzieciństwa po ten najbardziej dramatyczny etap, kiedy musiała godzić się ze śmiercią. Pozostają zatem ojciec i dwójka dzieci. Ludzie żyjący w oddaleniu od siebie. Każde z nich jest w zasadzie samotną wyspą. Arthur jest zgorzkniałym wykładowcą akademickim, który nie znosi swojej pracy. I tak się składa, że ta praca nie znosi również jego. Starszy potomek, syn Ethan, zamknął się w świecie własnych uprzedzeń i wyobcowania. „Ciągle tylko myślisz” – tak charakteryzuje jego egzystencjalną nieobecność jeden z byłych partnerów. Bo Ethan chciałby być w związku z mężczyzną, jednak wybiera kogoś, kto z różnych powodów nie chce wybrać jego. Ta postać to klasyczny przykład literackiego mizantropa w wielkim mieście. Ale okazuje się, że wcale nie jest taki wyjątkowy. Zaskakująco wiele łączy go z ojcem. I zaskakująco dużo dzieli z młodszą siostrą. Maggie wydaje się jedną z ciekawszych bohaterek. Poznajemy ją w trudnym okresie, kiedy jest workiem treningowym nieznośnego podopiecznego. Ale jej wizerunek psychologiczny rozbudowuje się w bardzo ciekawym kierunku. Pozornie córka będzie antagonistką ojca. A może pozory będą tutaj rzeczywistością, a świat rzeczywisty na odwrót – ukryje się w mirażach i dwuznacznościach?

Nie do końca rozumiem, dlaczego Ridker rozprasza akcję powieści na tak wiele miejsc na świecie, choć zdaję sobie sprawę z tego, że to może być atrakcyjne czytelniczo. Z punktu widzenia najważniejszych problemów powieści istotny jest afrykański epizod życia głównego bohatera. Dlaczego? Bo podczas pobytu w Zimbabwe wydarzyło się coś, co na zawsze naznaczyło Arthura troską, uprzedzeniem i wątpliwością. To ten czas na afrykańskiej prowincji odmienił go i uczynił tym, kim się potem stał. Jednocześnie widać, że bohaterowie zbierają życiowe doświadczenia, przede wszystkim przemieszczając się. Dlatego pewnie cenne i istotne jest to, że obserwujemy ich w różnych miejscach – od St. Louis przez wschodnie wybrzeże USA po Londyn czy Paryż. Myślę też, że założeniem autora było pokazanie, iż do każdego, najbardziej nawet odległego miejsca zawsze zabierzemy swoje bolesne doświadczenia. Tutaj wędrujący bohaterowie będą mieli okazję doświadczać czegoś, co zmieni ich w znacznym stopniu i będzie lekcją życia związaną właśnie z ruchem, nowym życiem w nowym miejscu. Jednocześnie „Altruiści” to także powieść o tym, jak uniwersalnie podobni jesteśmy w tym, co nas ogranicza, dzieli i frustruje. To wszystko jest takie samo pod każdą szerokością i długością geograficzną. Jednak Andrew Ridker chce konsekwentnie skupiać się na jednej rodzinie. Na tym, co z różnych powodów nie pozwoliło jej być rodziną szczęśliwą.

To ciekawa książka o tym, jak całe życie uciekamy od ograniczeń, tworząc je sobie od nowa i wpadając w błędne koło – z jednej strony ucieczka, z drugiej niemożność pozostawienia za sobą tego, co frustrujące. „Altruiści” to opowieść o różnych drogach życiowych, na których bardzo często chcemy się na nowo definiować w opozycji do naszych rodziców. Pełna ciepłej czułości wobec trosk opowieść o tym, że ludzkiej natury nie definiuje dużo więcej poza emocjami. A może to historia o tym, jak oddalić się od swych emocji, by wtedy ujrzeć, kim emocjonalnie jest druga bliska osoba? Powieść wielu odczytań, w której debiutant pokazuje, że drzemie w nim potencjał doskonałego obserwatora oraz żywiołowego wielbiciela groteskowości i autoironii.

2023-02-15

„Zanim dojrzeją granaty” Rene Karabasz

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 22 lutego 2023

Liczba stron: 168

Przekład: Mariola Mikołajczak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Tradycja i wybory

W tej poruszającej książce odnajduję sporo tropów literackich, którymi posługują się współcześni bułgarscy twórcy w swoich narracjach. Po pierwsze: podobieństwo do wyraźnej tezy z powieści „Niewidzialni”, w której Natalia Delewa wyraźnie zaznacza, że nasze dzieciństwo jest wszystkim, czym jesteśmy i stajemy się potem. U Karabasz ten okres jest bezkompromisową walką o akceptację. Później, w dorosłym życiu,  staje się cieniem tej walki i zamienia w coś autodestrukcyjnego. Po drugie: kobiece doświadczenia tak sugestywnie portretowane przez Inę Wyłczanową w „Wyspie Krach”. Trudno zestawić je wprost z fantazjami Rene Karabasz, ale zdecydowanie siłą jej powieści będzie relacja, w której kryje się fascynacja przemieszana z lękiem. Połączenie opresji i wyzwolenia. Dwie kobiety Karabasz są konfrontowane ze sobą nawzajem, ale również z własnymi emocjami. Tym, czego doświadczają w relacji, i tym, co jest w tej relacji niemożliwe. Po trzecie: przypominają mi się fantazje literackie na temat miłości, które snuł w swych opowiadaniach Kalin Terzijski. Tam najpiękniejszego i najtrudniejszego uczucia szukało się na ulicach Sofii. U Karabasz częściowo też tak będzie. Ale to, co odróżnia ją od rodzimych kolegów i koleżanek po fachu, to sposób opowiadania historii o miłości, nienawiści, zdradzie, poczuciu winy i wybaczaniu. „Zanim dojrzeją granaty” to powieść rozgrywająca się w Albanii, z której do Bułgarii tylko na chwilę przedostajemy się wraz z bohaterką. Przekraczanie przez nią granicy będzie miało oczywiście symboliczny wymiar. Jak szereg scen tej książki, bo Karabasz chce poetycko portretować okrucieństwa i metaforycznie opowiadać o tym, czym jest ludzka tożsamość wplątana w fatalne objęcia tradycji.

Krzywda u Karabasz, uwięziona między albańskimi górami, ma smak albańskiego mleka, jest subtelna jak wznoszący się w albańskie niebo gołąb i okrutna niczym broń w ręku albańskiego zabójcy. Bo jest to książka także, a może przede wszystkim o zabijaniu samego siebie. Ale też o tym, że miłość w przeciwieństwie do tradycji nie zna granic i dzięki temu uwalnia, nie niszczy. Otrzymujemy opowieść napisaną w stylistyce kompulsywnego wyznania. To strumień świadomości podporządkowany temu, co główna bohaterka uznaje za ważne. To również rodzaj spowiedzi. Ale przede wszystkim niezwykle intymne studium krzywdy, która przenosi się na najbliższych. Rozgrywa w niebezpiecznej przestrzeni, w której albańska rodzina podporządkowuje się tradycji. Ludzie, którzy tylko raz wybrali się w podróż do Tirany, i ich córka znająca jedynie realia własnej wsi, decydują się podlegać niepisanym prawom, które wyznaczają granice nie tylko obyczajowości, ale również życia i śmierci. Dlatego wspominam o krzywdzie – skrzywdzona jest tu bohaterka, która zrobi wszystko, by być ukochanym synem swego ojca, a w związku z tym zakwestionuje nie tylko swą płciowość, lecz również całą tożsamość łącznie z poczuciem przynależności albo jego brakiem. Krzywdzeni są również pozostali członkowie rodziny, która rozpada się, a właściwie upada. Nic nie jest w stanie jej zjednoczyć, a albańskie prawo zwyczajowe wnosi w jej życie jedynie destrukcję i rozpacz.

W tym obrzydliwie i przeraźliwie patriarchalnym świecie dziewczynka chce być chłopcem, a kobieta mężczyzną tylko po to, by osiągnąć taki rodzaj wolności, jaki nie byłby dany osobie płci żeńskiej. Albańska kobieta ma konkretną wartość przeliczaną na woły. Albański mężczyzna – jak głowa rodu Bekii, która staje się Matiją – jest władcą absolutnym swego królestwa, czyli poddanej jego władzy rodziny. Rene Karabasz portretuje człowieka, który jest wieczną goryczą, utyskiwaniem, surowością zaprezentowaną w tej powieści w naprawdę wyjątkowy sposób, ale jest też pewnym końcem. Końcem tyranii, upodlenia, upokorzeń i wstydu. Czy aby na pewno? Kluczowa jest jedna z pierwszych scen, w której konfrontujemy się ze śmiercią. Matka Bekii lamentuje po stracie kogoś, kto był całym jej życiem. Córka uświadamia sobie, że jej prawdziwe życie zaczyna się dopiero teraz. Ale nie zmienia się zbyt wiele. Bohaterka tej powieści wciąż pozostaje w szponach albańskiej tradycji, w której określone jest absolutnie wszystko – usankcjonowany jest nawet czas na umieranie. W tej opowieści Bekia będzie swoją własną zabójczynią. A to dopiero początek tej mrocznej fantazji, albowiem powieść poprowadzi nas w kilku innych kierunkach komplikujących sytuację głównej bohaterki, wraz z nimi zaś ruszymy poza granice Albanii.

Bardzo interesująco prezentuje się tytuł tej powieści, gdy weźmie się pod uwagę, że wspomina o wybrakowanych owocach, dojrzewających nie tak jak trzeba. Kuszą, lecz są pozbawione pełni swojej wartości. Tu ludzkie życiorysy są jak granaty spadające z drzew zbyt wcześnie. Niedojrzałe, niegotowe do konfrontacji ze światem. Tutaj przyjście na świat jest opresyjne, ale równie opresyjne jest rozmyślanie o tym, czy jest się za to przyjście na świat odpowiedzialnym. Bekia zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo skrzywdziła samą siebie, ale czy będzie w stanie zrozumieć tę krzywdę? Zrozumieć siebie i nadać sobie znaczenie, skoro zawsze jej tożsamość i obecność były tylko czymś zastępczym, marnym i smutnym substytutem tego, co dawałoby radość przemocowemu ojcu?

Nakreślona tu przemoc, której sprawcami są mężczyźni, prezentuje się wyjątkowo wstrząsająco, bo Rene Karabasz opowiada o społeczności zarządzanej i określanej przez płeć, której tradycja nadaje wszelkie prawa. Druga płeć otrzymuje od tradycji głównie obowiązki. Obowiązkiem głównej bohaterki jest dawać szczęście swemu ojcu i posłusznie oddać się temu, kto ma się stać jej mężem. Wtedy nabierze wartości. Ale „Zanim dojrzeją granaty” to jednak książka przede wszystkim o tym, jak tę wartość się traci. W jaki sposób kształtuje się tożsamość kogoś, kto staje się emigrantem wewnętrznym. A Karabasz opowie również o kimś, kto odszedł naprawdę, wyzwolił się dzięki ucieczce. To wielowymiarowa historia o tym, czym jest przynależność i jak bardzo niewoli przywiązanie się do danego miejsca oraz konkretnej roli. Czy coś tu sprawi, że katharsis będzie możliwe? Czy w ten duszny i przesycony testosteronem świat albańskiej prowincji wkroczy coś, co będzie lekceważyć prawa określane odwieczną tradycją?

Bułgarska autorka ma niewątpliwą zdolność opowiadania o ludzkich okrucieństwach w bardzo subtelny sposób. Tutaj rozgrywają się wydarzenia, które mogłyby wstrząsać czytającymi dzięki reporterskiej i naturalistycznej konwencji. Karabasz opowiada o przemocy i autodestrukcji w wyjątkowo czuły sposób. Warto zwrócić uwagę na to, ku jakim szczegółom kierują się liczne tutaj dygresje, co staje się czytelnym fragmentem obrazu cierpienia i ostatecznie kształtuje portretowaną tutaj opresję. To krótka powieść, którą można odczytać na wiele sposobów. Mówiąca przede wszystkim o tym, że sami dla siebie możemy być największymi wrogami. Bo jak wspomina Bekia: „Tego, co sam sobie zrobisz, nikt inny by ci nie wyrządził”. Skąd zatem przybywa największe zło i najboleśniejsze okrucieństwo? Kto i za co ma tu wziąć odpowiedzialność? Między możliwościami różnorodnego życia w nowoczesnej bułgarskiej stolicy a żyjącą wedle prawa zwyczajowego albańską prowincją rozgrywa się dramat poszukiwania sensu egzystencji oraz uczuć. Wzruszająca i w wielu wymiarach melancholijnie piękna powieść o tym, kto i w jaki sposób decyduje o ludzkiej tożsamości.

2023-02-06

„Plon” Tara June Winch

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 15 lutego 2023

Liczba stron: 400

Przekład: Karolina Iwaszkiewicz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 46,90 zł

Tytuł recenzji: Pamiętanie

Tak, należy zacząć od tego i to podkreślić: ta przejmująca powieść to hołd złożony konkretnemu australijskiemu ludowi, konkretnemu językowi i konkretnej mentalności. Jak również poruszające epitafium dla wszystkich rdzennych języków Australii. Jednakże „Plon” jest opowieścią o nas wszystkich, pod każdą długością i szerokością geograficzną. Bo wszędzie rościmy sobie prawa do zawłaszczania czyjegoś terytorium, deprecjonowania czyjejś kultury, rugowania języka, którego nie rozumiemy. W bardzo słusznym – moim zdaniem – mniemaniu głównej bohaterki człowiek jest gotowy atakować i niszczyć drugiego człowieka w każdej sytuacji i zawsze znajdzie do tego pretekst. Może to robić nawet tam, gdzie społeczności nie polaryzują światopoglądy, religie, kolory skóry czy odmienne sposoby funkcjonowania w jednej przestrzeni, zazwyczaj za ciasnej dla różnorodności. A w Australii przez dziesięciolecia w strukturze społecznej znakomicie funkcjonowała przemoc, która konsekwentnie prowadziła do tego, że znikały poszczególne ludy, ich języki i kultura. Tara June Winch opowiada przede wszystkim o kulturowym barbarzyństwie i jego konsekwencjach. Wydaje mi się, że w ten sposób najlepiej odczytywać tę wielopoziomową książkę. Choćby dlatego, że padają tutaj znamienne słowa babci bohaterki, która mimochodem, a jednak stanowczo stwierdza: „(…) kultura nie może się bronić”.

To książka o wkraczaniu w cudze życie z zamiarem podporządkowania go określonym wzorcom. Świat zewnętrzny pojawia się tu jako wróg o niespodziewanych możliwościach, a wdzierając się w australijski busz i do australijskich wiosek żyjących wedle własnych praw oraz obyczajów, stosuje przemoc egzemplifikowaną przede wszystkim przez imperatyw nakazywania zapominania. „Plon” jest opowieścią o tym, że pamięć to zawsze tożsamość i największy gwałt każdej kulturze oraz każdemu językowi zadaje się wówczas, gdy chce się w nią ingerować. Winch zaprezentuje najpierw dwie odmienne narracje. Jedną gloryfikującą pamięć jako dar, konieczność, wyzwanie i ratunek przed śmiercią tożsamości. Drugą portretującą kogoś, kto chce jak najmniej pamiętać, a tendencja ucieczkowa spowoduje, że bezskutecznie próbując zanurzyć się w niepamięci, zacznie doznawać dyskomfortu w byciu sobą. Dziadek odtwarzający słownik swojego ludu oraz kulturę swojej ziemi, a także wnuczka, która od ojczyzny uciekła i chciała też uciec od własnej pamięci. Ale wkroczy tu jeszcze trzecia narracja. To ona nie tyle połączy w specyficzny sposób opowieści seniora i dojrzewającej kobiety powracającej w rodzinne strony, ile przede wszystkim nada ich manifestom dodatkowe znaczenia. Bo choć jest to historia bardzo kameralna i pisarka niezwykle się stara, by taka pozostała do końca, otrzymujemy jednak śmiałą i przede wszystkim świetną literacko fantazję o tym, w jak różny sposób widziana przeszłość rdzennych mieszkańców Australii staje się dla nich różnego rodzaju traumami.

August jest niedopasowana do świata, w którym żyje. Właściwie niedopasowana do samej siebie, bo nawet imię ma męskie, a skoro jest emigrantką, to jawi się jako uciekinierka, która zapomniała, że w każdą emigrację zabiera się ten największy balast: siebie i swoje wspomnienia. Dlatego w chłodnej i dalekiej Anglii August nie znajduje ukojenia ani swojego miejsca. Kiedy umiera jej ukochany dziadek, który latami zastępował jej ojca, kobieta decyduje się na ryzykowny powrót. Jest chyba świadoma tego, z iloma demonami spotka się ponownie w Australii. Nie ma jednak pojęcia, co zmieni w niej pobyt w miejscu, które ujrzy inaczej. Przez pryzmat utraty. Bo dziadka nie ma, pozostało to, co napisał. A ona straciła już bardzo dużo. Jak zaznacza August: „(…) jedyną odpowiedzią na stratę jest stracić samą siebie”. Czy odejście najbliższej osoby będzie oznaczało początek kryzysu, czy też wyjście naprzeciw czemuś nowemu? I co nowego ujrzy w domu rodzinnym i sennej rodzinnej okolicy, z której tak naprawdę każdy chciał się wydostać? Co pozwoli bohaterce wreszcie zrozumieć, czym jest przynależność do danego miejsca?

Jest tu sporo metaforycznych obrazów, które bardzo działają na wyobraźnię. Kiedy ujrzy się rozpisany na role, perspektywy i wspominane dramaty proces ingerowania tak zwanego lepszego świata w ten inny, który „należy” ulepszyć, najciekawiej prezentuje się w szerszym wymiarze scena, w której ulewa usiłuje wedrzeć się do wnętrza spękanej od słońca suchej ziemi. Wodzie nie udaje się pokonać naturalnej bariery, którą stworzyła natura. To symbol aborygeńskiej siły. Bycie Aborygenem to nie tylko smutek, jak wspomina matka dziadka August. Bycie nim to przede wszystkim umiejętność oporu. Tara June Winch z dużym rozmachem i szczególną wrażliwością stworzyła opowieść o tym, jak siła jednego żywiołu usiłuje sforsować inny. Opowieść seniora, który metodycznie badał przeszłość, porządkował ją i spisywał w lokalnym języku, połączy się tutaj z narracją kogoś, kto w wyżej zaznaczonej konfrontacji zmieni front. I to wystarczy, by ujrzeć, czym naprawdę jest ludzka krzywda. August doznała jej tak wiele, że jedynym rozwiązaniem było odejście na własnych zasadach. Nie każdy miał ten komfort. Nie jej przodkowie. „Plon”, którego tytuł ma kilka znaczeń, staje się opowieścią o sile, bezradności, ale przede wszystkim o takim rodzaju konfrontacji, w której na zawsze pozostaje ślad przemocy. Ona zbiera tutaj mroczne plony.

Opowieść australijskiej pisarki to również bardzo intymna historia rodzinnego dramatu rozgrywającego się pozornie w oderwaniu od bolesnych historycznych doświadczeń. Winch bardzo dobrze wykorzystuje motyw zniknięcia. Tu zniknięcie ma imię siostry August, ale tworzące coraz więcej niedopowiedzeń hipotezy dotyczące tego zniknięcia idą w parze z udzielanymi czytelnikowi coraz jaśniejszymi odpowiedziami na pytania o to, co się naprawdę wydarzyło w domu i na ziemi, do których z takimi wątpliwościami powraca główna bohaterka. Bo z jej życia znika nie tylko siostra. Jest to więc książka o tym, jak bolą utraty. Pytająca o to, czy istnieje zysk oferowany przez pamięć. Tylko ona zachowa każdy przejaw życia, które przeminęło. „Plon” jest historią opowiadającą o tym, że nigdy nie przemija zaznana przemoc. I wszelkie okrucieństwo przemocy to albo bolesny stygmat, który August zabiera gdzieś na drugi koniec świata, albo szansa na ujrzenie tego, co przemocą mimo wszystko nie zostało odebrane. Bo senior jest tu człowiekiem, który mógłby o swoim życiu wypowiedzieć się dużo bardziej gorzko niż jego wnuczka szukająca celu i pretekstu do podążania ku temu celowi. Jednak mimo wszystko narracja, w której istotne stają się słowa lokalnego języka, jest pełną bolesnych wspomnień opowieścią o tym, jak silny może być człowiek zakorzeniony w języku i swojej ziemi, a przede wszystkim pamiętający, że ani jedno, ani drugie nie podda się opresji i zwyczajnie nie zniknie. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze umiejętnie skryte w kilku historiach fantazje o tym, ile możemy mieć odwagi jako ludzie wolni i co znaczy wolność w obliczu agresji zawłaszczania. Tu bardzo wiele rozważań egzystencjalnych kryje się w pozornie oczywistej w swojej konstrukcji książce o tym, że żyć to pamiętać, a pamiętać to być świadomym.

Są kwestie, które prześladują bohaterów. Niektóre obsesyjnie, inne niczym uporczywy wyrzut sumienia nie pozwalają normalnie funkcjonować. Winch opowie o ludziach, którzy najpierw zostali skonfrontowani z tym, że muszą zdefiniować własną ojczyznę, a później poddano ich próbom kwestionowania tego, że ona jest najważniejsza. Wszystko opisane w sugestywnym stylu, w którym czujemy dyskomfort australijskiego upału, widzimy dom rodzinny pełen zagadek i stygmatów, lecz przede wszystkim zostajemy wciągnięci w świat rządzący się od zawsze specyficznymi prawami natury. Co wydarzy się, kiedy w ten porządek wkroczy inny najeźdźca, tym razem pod postacią machiny przemysłu wydobywczego? „Plon” jest powieścią z wyraźnie zaznaczonym początkiem oraz końcem, jednak i taką książką, którą można odczytywać jako manifest nieoznaczoności tego, co w kulturze i języku najpiękniejsze: ich wolności i niezależności, których nic nie jest w stanie zmienić. Kultura nie może się bronić, ale w jej obronie mogą stanąć ludzie. Winch portretuje przejmujących bohaterów z krwi i kości, z każdym ich frapującym wahaniem. Bo ostatecznie każde z nich zda sobie sprawę z tego, że należy walczyć o coś, co samo nigdy się nie obroni.

2023-02-02

„Paradajs” Fernanda Melchor

 

Wydawca: Wydawnictwo MOVA

Data wydania: 8 lutego 2023

Liczba stron: 200

Przekład: Katarzyna Sosnowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: W stronę zła

Czytelnicy znający „Czas huraganów” nie będą zaskoczeni ani formą, ani sposobem obrazowania świata przedstawionego. Ci, którzy nie czytali wcześniej wydanej po polsku książki Fernandy Melchor, z pewnością będą tą powieścią przytłoczeni, ale warto zaznaczyć, że każdą formę brutalizacji meksykańskiej rzeczywistości pisarka ujmuje w coś na kształt poetyckiej etiudy. Tu, podobnie jak w „Czasie huraganów”, będzie bardzo bezkompromisowo, wulgarnie oraz dosadnie, jednakże poprzez taki sposób pokazywania świata autorka zadaje pytania uniwersalne i ponadczasowe. Wydobywające się poza obszar biedy, prymitywizmu, przemocy czy braku możliwości. W „Paradajsie” padną ważne pytania o istotę zła. Tu wynika ono z nierówności społecznych. La Matosa ze wspomnianej wcześniejszej powieści stanie się tu Progreso – również miasteczkiem pełnym ludzi, których życiowe priorytety są bardzo skromne i oczywiste. Dokona się w nim akt zła. To bardzo istotne: meksykańska prozaiczka po raz kolejny będzie starała się punktować oraz określać, jakie zdarzenia finalnie złożą się na przerażające działania. Na eskalację przemocy. I na to, w jaki sposób jest ona sankcjonowana w świadomości bohaterów.

Tym razem też będzie panoramicznie, choć z nieco innej perspektywy. Portretowani chłopcy są częścią określonej społeczności, z której wyrośli wraz ze wszystkimi swoimi frustracjami. Jest ich dwóch, jednakże na pierwszy plan wysuwa się Polo. Młodzieniec, który jest w swej codziennej egzystencji przerażająco samotny. Nie tyle nie ma możliwości dokonania żadnych życiowych wyborów, ile przede wszystkim nie jest w stanie określić, co może. Wyraźniej dostrzega to, czego mu nie wolno, do czego nie zostaje z różnych powodów dopuszczony. Bo Polo jest młodzieńczą frustracją, którą stworzyli jego najbliżsi, ale również reszta otoczenia spodziewającego się od niego podporządkowania. On nie ma nic do powiedzenia w kwestii tego, jak żyć, pracować, czego oczekiwać. W zasadzie niczego oczekiwać nie może. Zatem jedyny wybór, jakiego dokonuje, to ten wybór tragiczny i przejmujący w swej wymowie oraz konsekwencjach. Decyduje się na bycie wspólnikiem w zbrodni. Dlaczego? Bo może. Melchor przejmująco opowiada o iluzji wolności skrytej w dramatycznym akcie desperacji. W świecie, w którym żyją dorastający chłopcy, można dokonać jedynie złych wyborów. Inne są niemożliwe.

Tożsamość Polo kształtuje się w świecie wszechwładnej opresji. Jakąkolwiek miłość młody bohater kojarzy jedynie z psim wręcz posłuszeństwem, bo kocha chyba tylko dziadka, którego jednocześnie latami się bał. Fernanda Melchor odbiera swemu bohaterowi część jego człowieczeństwa, ponieważ w kształtowaniu życiorysu podkreśla przede wszystkim okrutne uwarunkowania, którym nie można się sprzeciwić. Jest zatem dom wulgarnej i surowej matki, która codziennie wpędza syna w kompleksy. Jest w pewien sposób diaboliczna kuzynka powodująca, że Polo wzrasta w lęku przed kobietami. I ta młodzieńcza mizoginia idzie w parze z poczuciem, iż trzeba zrobić coś, aby udowodnić swoją męskość – w kilku znaczeniach. Dlatego Polo decyduje się na coś, co na zawsze zmieni jego życie. A „Paradajs” stanie się opowieścią o swoistej obsesji zdecydowania wreszcie o czymś samodzielnie, podjęcia decyzji rozbijającej gorzką codzienność, w której nie ma dobrych opcji. Jest to też mroczna książka o banalizacji zła, bo kiedy stanie się to, co ma się stać, Polo będzie przecież przekonany, że on tylko uległ wpływowi i robił to, co mu kazano. Tak jak przez całe swoje smutne życie, w którym – jak dostrzeżemy – nie ma niczego, o czym ten wyobcowany szesnastolatek mógłby sam decydować.

To, co dzieje się w tej powieści, przypomina mi wstrząsające kadry z filmu Michela Franco „Nowy porządek”. Kto wie, czy autorka w jakiś sposób nie inspirowała się tym obrazem. Tutaj sportretowany przez Franco brutalny proces zawłaszczania przestrzeni odbywa się inaczej, kameralnie. Ale w jednym i drugim przypadku mamy do czynienia z tym, jakie konsekwencje będzie mieć zderzenie bogactwa z ubóstwem. I w jak bolesny sposób dochodzi do tego zderzenia. Bo „Paradajs” będzie opowiadał o świecie meksykańskiej nierówności społecznej, a Melchor nie stara się robić tego jakoś odkrywczo. Jest tu klasyczna, oparta na czytelnych antagonizmach przypowieść o tym, na jak wielu poziomach może się odbywać konfrontacja biedy i zbytku, a także w jak prozaiczny, boleśnie prosty sposób może się skończyć. Nie będzie zatem w „Paradajsie” historii, która by nas zaskoczyła, będzie przede wszystkim wnikliwe portretowanie każdego, nawet najdrobniejszego elementu świata tworzącego coraz więcej barier i wynikających z nich złych emocji. Tytułowe luksusowe osiedle wcale nie okaże się enklawą dobrobytu, za którym stać będzie poczucie bezpieczeństwa. To, co stworzyli dla siebie zamożni Meksykanie, jest ukonstytuowane w świecie, w którym nie ma żadnej zamożności. I to wcześniej czy później zostanie uświadomione tym, którzy mają się za lepszych. Ta powieść będzie się koncentrowała jednak na tak zwanych gorszych. Jak również na tym, co złożyło się na tę gorszość i co wciąż na nowo określać będzie niewolnicze zależności między biednym a posiadającym.

„Czas huraganów” pokazał, że Fernanda Melchor to twórczyni prozy mającej specyficzny puls. Jej długie zdania złożone tworzą charakterystyczny rytm, któremu nie sposób się nie poddać. Tak jak bohaterowie poddają się uwarunkowaniom, w których są bezradni wobec życia. Uciekają od tej bezradności w różny sposób – w pornografię, alkoholizm, przemoc. Te wszystkie rozwiązania są bardzo oczywiste, jednak Melchor z czułością podchodzi do wszystkich swoich bohaterów, chce ich pokazać jako życiowych desperatów, albowiem celem, do którego na rozmaite sposoby zawsze dążą, jest choćby chwilowe wyróżnienie się na tle szarego świata niedostatku oraz bezkompromisowej rzeczywistości narzucającej proste, lecz okrutne modele życia.

Co jeszcze jest tu ciekawego? Połączenie prymitywnych instynktów, nad którymi trudno panować, z rządzącymi światem przedstawionym atawizmami, które stać będą za przemocą. Czy bohaterowie są źli dlatego, że źle wybierają? Czy zło ma tu charakter strukturalny i jest odpowiedzią na to, że meksykańska rzeczywistość jest z różnych powodów spolaryzowana, a ludzie wciąż określają się mianem tych, którzy zyskują, w opozycji do tych, którzy tracą? „Paradajs” przejmuje również sugestywnymi i bardzo mocnymi obrazami tego, w jaki sposób brutalizacja życia deformuje ludzką tożsamość. Dramat opowiedziany w tej powieści skryty jest w biografiach nastoletnich chłopców. Młodych ludzi, dla których granicami możliwości są nie tylko granice luksusowego osiedla. Oni sami tworzą w sobie ograniczenia, w których szukają poczucia bezpieczeństwa. Natomiast frustracja połączona z młodzieńczą brawurą doprowadzi tutaj do tego, czego zawsze można się spodziewać, gdy człowiek zechce sięgnąć po coś, czego nie może od życia otrzymać. I w tym znaczeniu Melchor jest uniwersalna, a meksykański adres powieści na chwilę usuwa się w cień. Z pewnością jest to rodzaj pisarstwa bardzo specyficzny, umiejętnie wchodzący w rejon publicystyki społecznej, ale mimo wszystko wciąż metaforyczny w swej wymowie. „Boję się twojej głupoty” – mówi Polo do kolegi, który namówi go do złego czynu. W pisaniu Melchor wcale nie chodzi o to, że bohaterowie bywają głupi. Ona w specyficzny sposób pokazuje to, jak człowiek staje się istotą podporządkowaną żądzom, a nie umysłowi. I będzie to kolejna powieść tej autorki mimo niewielkich rozmiarów na długo pozostająca w pamięci.

---

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem MOVA

2023-01-27

„Więzy” Marcin Michał Wysocki

 

Wydawca: Wydawnictwo Harper Collins

Data wydania: 25 stycznia 2023

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Tożsamość ciała

Zaskakuje mnie trochę – jako autora, który w ten sposób pisze – konieczność tłumaczenia się pisarza z tego, że wchodzi w swojej prozie w rolę kobiety. Mam wrażenie, że Marcin Michał Wysocki będzie się musiał tłumaczyć bardziej niż ja. Choćby z tego względu, iż w jego żeńskiej narracji pojawia się zwrot „my, kobiety”, ta liczba mnoga tkwi w kilku akapitach i można zastanawiać się, czy użycie takiej frazy to wyraz poczucia omnipotencji autora, czy jego nonszalancji. Ale nie to będzie najważniejsze w tej książce. Czegokolwiek Wysocki dowiedział się o kobietach, opowiada to z dużą dozą empatii i wrażliwości. Opisywanie świata z punktu widzenia drugiej płci ma tu jeszcze inne, dużo głębsze znaczenie. Zwłaszcza gdy zrozumie się, że ta książka nie jest erotykiem imitującym dokonania twórcze Blanki Lipińskiej i autor bynajmniej nie jej pozazdrościł popularności. „Więzy” to naprawdę głęboka i wielowymiarowa opowieść o tym, dlaczego i na jakich zasadach stawiamy sobie granice – w rozpoznawaniu własnych potrzeb, a przede wszystkim potrzeb swego ciała. To rzecz o tabuizacji tego, że człowiek – bez względu na płeć – to zawsze, jak określa samą siebie bohaterka tej książki, „istota seksualna”. Ponadto znajdziemy tu również opowieść o trudnej konfrontacji z tym, w jaki sposób nasze pragnienia odczytują i interpretują najbliżsi. Będzie sporo o tym, co nas hamuje w byciu odpowiedzialnymi za potrzeby własnego ciała, ale dużo więcej znajdziemy w „Więzach” refleksji na temat tego, że osobistej wolności możemy szukać tam, dokąd wielu z nas nie dociera, bo boi się określać swoje ciało. Intelektualizując tożsamość, zapominamy o ciele. Wysocki umiejętnie o tym opowie. Dlaczego umiejętnie? Albowiem świetnie połączy dosadną, pełną kolokwializmów i zbliżeń do codziennego życia narracji, w której wyraźnie wybrzmi teza, że można mentalnie ewoluować w kontakcie ze swoim ciałem i ciałami innych ludzi.

Czytałem debiutancką książkę Marcina Michała Wysockiego, która w żaden sposób nie wskazywała kierunku rozwoju jego dalszej twórczości. A może jednak to zapowiadała, bo dopiero teraz widzę „Baku, Moskwę, Warszawę” także jako powieść o poszukiwaniu odpowiedzi na to, czym są potrzeby ciała i w jaki sposób szuka się w ciałach innych osób tego, co tak trudno nazwać azerskiemu bohaterowi tamtej książki, a co z całą stanowczością i oczywistością określa Hanna, nietuzinkowa bohaterka „Więzów”. Powieści z pewnością kontrowersyjnej w swej wymowie, ale to taka kontrowersja, która ma pobudzić do poważnej dyskusji. Być może partnerskiej rozmowy o tym, kim dla siebie jesteśmy w relacji i co określa jej tożsamość, jeżeli zdefiniujemy już wszystkie charakterologiczne podobieństwa, dzięki którym jesteśmy razem. Wysocki opowiada o tym, jak tworzymy ograniczenia, które z różnych powodów dają nam złudne poczucie kontroli związku, i jednocześnie snuje opowieść o kobiecie pragnącej być nie tylko panią swej fizyczności, lecz również żoną obdarowującą ukochanego mężczyznę ciałem, w którym odnajdzie on każdy rodzaj intymnego spełnienia. Mówiąc krótko: to książka o wszystkim tym, o czym być może skrycie marzymy, a co realizuje się tu w sposób zaskakująco oczywisty. Bo naprawdę dużo łatwo zauważalnych, choć niedyskutowanych kwestii stoi za tym, że często uciekamy od siebie, zamiast się zbliżać. „Więzy” to też bardzo obrazowe ostrzeżenie, że rutyna rozbija wszystkie związki, w których po pewnym czasie uznajemy, iż nie musimy się starać o partnerkę czy partnera. Że bycie razem dane jest na zawsze w jednym, konkretnym wymiarze, a ciała mają się do siebie po prostu dopasować i wtedy mówimy o dobrym pożyciu seksualnym.

Seksualny apetyt Hanny jest ogromny. Podobnie jak jej męża, z którym tworzy stabilny i pełen poczucia bezpieczeństwa związek. A jednak razem wyruszają w drogę, która kieruje w zupełnie inny rejon – dostrzegają i pojmują to, że wychodząc naprzeciw swoim seksualnym fantazjom, cementują fizyczną bliskość. I w tych poszukiwaniach uczą się wzajemnie tolerancji oraz szacunku. To wszystko nie odbywa się wcale w prosty sposób. Nie, Wysocki zaskoczy, być może nawet niektórych wprowadzi w konfuzję, a na pewno nie pozostawi obojętnym wobec narracji Hanny. Postaci bardzo ciekawie przedstawionej i wiarygodnej psychologicznie. W zakończeniu otrzymujemy czytelne sugestie, dlaczego bohaterka decyduje się na to, by wsłuchać się w potrzeby własnego ciała. Bo jej seksualność zostaje zakwestionowana. Ograniczona do czytelnych ról. To dzieje się w odniesieniu do obu płci, a tytuł książki znaczy tu symbolicznie dużo więcej. Uwięzieni w kulturowym i społecznym tabu dajemy swojemu ciału coraz mniej swobody, a kompleksy nas stygmatyzują. Wysocki w przewrotny sposób opowiada o kobiecie, która chce wyjść naprzeciw poczuciu gorszości, lecz przede wszystkim naprzeciw hipokryzji. W jakim stopniu odzyska wolność? Jak ta wolność przełoży się na jej związek? Do czego doprowadzi proces przesuwania granic, kwestionowania ich i wyzwalania się? Stawiając te pytania, widzimy w tej powieści bardzo dobrą historię obyczajową o kształtowaniu się wciąż na nowo relacji, która opiera się rutynie.

Ale „Więzy” to oczywiście w dużej mierze książka, która ma odbiorców zderzać z tym, czego sami by nie zrobili, choć być może często o tym fantazjują. Z pewnością nie jest to rzecz dla tych, którzy pąsowieją i odkładają lekturę, kiedy znajdą w niej fragmenty w pełni pornograficzne. A takie są tu liczne akapity i to wszystko jest bardzo przemyślane. Za każdą pozornie szokującą sceną kryje się jej interpretacja. Okazuje się, że seksualne doświadczenia Hanny i jej męża mogą mieć również nieprzewidziane dramatyczne konsekwencje. Bo to historia o tym, w jaki sposób potrzeby naszych ciał określa społeczny kontekst warunkujący, ile można o nich opowiedzieć, a co wydaje się niestosowne lub stygmatyzujące.

Dla bohaterki tej powieści stygmatyzujące było miejsce, z którego ruszyła w życiową podróż. Wysocki obrazuje przemianę kobiety, dla której pierwsze doświadczenia seksualne były lekcjami na całe życie, a ich istoty być może nie zrozumiała. Albo narzuciła sobie takie rozumienie tego, co wolno, a co zakazane w związku, że częściowo utraciła tożsamość. Bo przecież historia Hanny to uniwersalna opowieść o tym, w jaki sposób patriarchat deprecjonuje kobietę – ze szczególnym uwzględnieniem tego, jak postrzega jej ciało i jakie myślenie o nim narzuca. A okazuje się, że satysfakcjonujący związek z mężem zacieśnia się i staje bardziej komfortowy. Dlaczego Hanna wybiera człowieka tak otwartego na jej potrzeb cielesne? Czy tylko dlatego, że na początku ich związku słyszy od niego o tym, że świat i ludzie mają zróżnicowane potrzeby oraz preferencje, co staje się normalne dopiero wówczas, gdy się je po prostu nazwie bez wstydu?

„Więzy” to również ciekawa książka o życiu rodzinnym i o tym, co kształtuje nasze przyjacielskie relacje z innymi ludźmi. O tym, jak to wszystko się dynamizuje, zmienia. Hanna na początku zapisuje: „(…) wstydzę się tych gryzmołów”. Kiedy wyjdzie poza dyskomfort wstydu, będzie w stanie ujrzeć siebie inaczej, ale również inaczej spojrzeć na siebie jako na matkę, żonę, przyjaciółkę. Wysocki opowiada o tym, że najbliższa relacja może być zawsze świeża i intensywna, jeśli będzie się o nią na co dzień dbało. Jednakże tu bohaterowie nie siadają na kozetkach psychoterapeutów, by przedyskutować bolące kwestie, ale śmiało wskakują na kopulodrom i pozwalają swoim ciałom opowiedzieć to, czego nie umie opowiadać intelekt i co wcale nie musi być werbalizowane. Intrygująca powieść z tak zwanymi pikantnymi scenami. Istotna narracja również o tym, czym jest obawa przez zmianą, ale również o strachu wywołanym przez konsekwencje wyjścia poza kulturowy schemat.

---

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Harper Collins

2023-01-25

„Najdłuższa podróż” Oksana Zabużko

 

Wydawca: Wydawnictwo Agora

Data wydania: 25 stycznia 2023

Liczba stron: 192

Przekład: Katarzyna Kotyńska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 46,99 zł

Tytuł recenzji: Duma i bezradność

To taki esej, który naprawdę otwiera nam oczy na sporo zjawisk i procesów historycznych. Na wszystko, w czym uczestniczyliśmy, ucząc się historii lub doświadczając traumatycznych historycznych przeżyć, ale jednocześnie w pewnym sensie chowając to do kieszeni albo wyrzucając na śmietnik własnej pamięci. Oksana Zabużko – którą rosyjski atak na jej ojczyznę zastał w kraju przyjmującym potem miliony uchodźców wojennych – zwraca uwagę zarówno na ignorowanie, jak i na ślepotę, ale przede wszystkim na brak umiejętności antycypowania lub postępujący w naszej cywilizacji proces jego unikania. Wszyscy przecież powtarzamy, że mamy XXI wiek i wojna w Europie to jakaś aberracja. Wielu z nas myśli jednak tak, jak narzucił to ten wiek – długością instagramowej rolki, bez zastanawiania się nad tym, co było przedtem i co może być potem. Cytując Fukuyamę, autorka formułuje tezę, że w jakiś – i tu to określenie będzie znakomicie pasować – aberracyjny sposób wyparliśmy z siebie historię; u progu konfliktu zbrojnego nie tyle zapomnieliśmy o regułach rządzących światem, ile odrzuciliśmy pewne możliwości oraz uwarunkowania. „Najdłuższa podróż” to książka tłumacząca świat wszystkim tym, którzy bezpiecznie okopali się tam, dokąd – jak zakładają – nigdy nie przyjdzie zło. Tymczasem przyszło do Ukrainy. Wcale nie konkretnego dnia lutego, choć Ukraińcy od czasu rozpoczęcia wojny odliczają czas wciąż dniami tego samego miesiąca. Autorka chce zasugerować, co w zasadzie świat przespał lub czego celowo nie chciał widzieć. To książka dla chcących przeczytać, czym jest tożsamość w świecie, który z różnych powodów sam ją traci.

Jest tu wiele skrajnych emocji, które wciąż walczą z intelektem. Oksana Zabużko – jakkolwiek dyskusyjnie wypowiadałaby się o sprawach, które dziś naprawdę polaryzują opinię publiczną – jest uczciwa i szczera, a przede wszystkim jako pisarka świadoma tego, jak wielką moc ma słowo. Podoba mi się to, że z jednej strony jest to esej pełen fatalizmu, a z drugiej niezłomnej siły przekonania, że wcale nie nastało to, co najgorsze. Zabużko pisze wprost i daje tym mocno do myślenia – Ukraina prawdopodobnie jako jedyny naród świata nie boi się dzisiaj Rosji. Doświadczenia działań wojennych nie atomizują, lecz solidaryzują. Przytaczając ukraińskie powiedzenie o tym, że „gromada to potężny człowiek”, autorka sugeruje, iż siła tkwi w zbiorowości. W tym, że nie ma w nich żadnej destrukcyjnej siły. Że Ukraińcy mimo swojej liczebności prą ku słusznym celom bez pozostawiania zgliszczy i pustki wokół. A tę portretuje Zabużko bardzo sugestywnie, nawiązując do obecnego wojennego krajobrazu niepodległego państwa, które jest atakowane, tak jak w 2008 atakowana była Gruzja przy biernym „zaniepokojeniu” świata.

Są w tym eseju duma i bezradność – można je odczytywać na przemian, jakby przeplatały się w akapitach. Jest także zwyczajna złość i wiara w to, że nie wydarzy się już nic, co miałoby złamać naród ukraiński. Książka o nadziei na lepszy świat pisana i wydawana w świecie, który stracił bezpieczną formę i wciąż na nowo każe nam fantazjować o tym, co najgorszego może spotkać nas wszystkich? Na pewno jest to rzecz o tym, czym jest ludzka niezłomność. Ale również pasjonująca, choć bardzo skrótowa, wędrówka po świecie kultury i obyczajów państwa, które świat z niezrozumiałych powodów uznawał często za część Rosji, a teraz jest przekonany o tym, że walczą ze sobą strony, które w zasadzie mogłyby współistnieć. Na jakich warunkach? Te stawiane przez Rosję są dla Ukraińców oczywiste. To wszystko jest brutalne i bezkompromisowe, nie rozwiąże się w żaden prosty sposób i za pomocą jednorazowego działania. Jednakże w tym wszystkim, co rozgrywa się na oczach wciąż zdumionego świata, tkwi sens wyjaśniany dopiero wówczas, kiedy ujrzy się pewien ciąg wydarzeń historycznych, a na Rosję oraz Ukrainę spojrzy także oczyma antropologa kultury.

Jest to esej o bezradności wobec zaniechania. Bo przecież sami Ukraińcy stracili czujność, nie do końca wierząc, że 24 lutego 2022 roku rozpocznie się wojna na pełną skalę, a ukraińskie niebo zaroi się od rakiet najeźdźcy. „Najdłuższa podróż” w sposób naprawdę prosty oraz punktowy stara się pokazać to, czego przede wszystkim świat nie widział, nie rozumiał lub nie chciał rozumieć i stracił czujność z dużo większymi tego konsekwencjami niż w odniesieniu do narodu ukraińskiego. Ciekawe jest śledzenie, w jaki sposób Zabużko nie tyle punktuje, ile interpretuje każdy rodzaj zaniechania – od pełnej nieświadomości reszty globu co do tego, czym jest konflikt rosyjsko-ukraiński, po wskazywanie codziennych symptomów sugerujących, że Ukraina ma problem z zawłaszczaniem między innymi elementów własnej kultury oraz tradycji. W tym znaczeniu bardzo ciekawa jest perspektywa, której nikt nie opowiada z racji jej nieistotności, a która stanie się ważna dla nas, czytelników. Chodzi mi o to, w jaki sposób funkcjonował i funkcjonuje ukraiński rynek wydawniczy. Autorka na tym przykładzie pokazuje, w ilu groźnych znaczeniach Rosja nie wypuściła ze swych objęć Ukrainy, a marzenie o tak zwanym „ZSRR 2.0” nigdy nie przestało być żywe. Podobnie jak nigdy – w rozumieniu autorki – nie zakończyła się zimna wojna, bo świat pewne kwestie chciał zwyczajnie wygasić. A ten esej mówi o tym, że równie groźne jak zbrojna agresja wobec niepodległego kraju jest zaniechanie myślenia o skomplikowanych, a jednocześnie prostych do wyrażenia oraz przewidzenia konsekwencjach. Historia się powtarza w jeden z najbardziej przewidywalnych sposobów. Ludzkość w XXI wieku zasłania się nowoczesnością i rzekomo lepszym światem. Ale wciąż na tym świecie jesteśmy tacy sami. Wcale nie lepsi.

„Pamięć. Język. Zapas nieopowiedzianych historii”. To definiuje pisarkę na przymusowej emigracji. Kobietę, która miała polecieć do sąsiedniego kraju w ramach działań promocyjnych wokół jej książki i zaraz wrócić do domu. Do tego domu, który został brutalnie zaatakowany, ale wciąż nim jest i wciąż nim pozostanie. W czasie bycia artystką tymczasową Zabużko chce opowiedzieć o sprawach wiecznych i stałych. O geopolitycznych procesach, które wcale nie są skomplikowane do zrozumienia, jednakże świat z jakiegoś powodu nie chce ich analizować albo może w ogóle znać. To z jednej strony opowieść o drodze, na której nie sposób dokonywać wyborów, bo została w dużym stopniu zniszczona przez nieodwracalny proces rozpoczęty inwazją zbrojną. Z drugiej strony ta dyskomfortowa droga daje Oksanie Zabużko przestrzeń do uporządkowania tych refleksji, które pojawiały się wielokrotnie i były wiele razy werbalizowane, jednak nie zebrały się w tak skonstruowanym tomie. Czytanie o tym, że świat się bezpowrotnie zmieni na gorsze przez swą ignorancję oraz krótkowzroczność, nie jest dla nikogo komfortowe. Ale tu nic nie ma być takie. To opowieść o skomplikowanych stosunkach rosyjsko-ukraińskich na przestrzeni wielu wieków, lecz również opowieść o tym, w jaki sposób globalizacja wyparła problemy peryferii, jak zdezawuowała ich znaczenie. Przecież dla świata Ukraina jest jakimś małym krajem, który z różnych niezrozumiałych powodów długo i konsekwentnie się broni. Nie poddaje strachowi. Bo to również esej o tym, że atawistyczny strach paraliżuje, ale egzystencjalne doświadczenie walki ze strachem może wyzwolić mnóstwo zaskakująco pozytywnej energii. Także do tego, by wnioskować i przewidywać pewne sprawy wbrew powszechnym fatalistycznym trendom.

To książka o tym, że wojna się rozpoczęła, ale nie da raczej sugestii, kiedy się skończy. Być może przede wszystkim uświadomi, że pewne istotne i destrukcyjne dla Ukrainy procesy rozpoczęły się już dawno temu, a wszyscy byliśmy na tyle nieuważni, że się im nie przyglądaliśmy. Nie reagowaliśmy na nie. W tym zaklinanym na inność i lepszość XXI wieku być może za bardzo skupiamy się na naszych codziennych sprawach, przez co pozwalamy historycznym potworom odżyć i nabrać sił. „Najdłuższa podróż” to opowieść o tym, jak kraj „chory na gigantyzm” zderza się z krajem, w którym siłą jest wspólnota narodu. Ale również o tym, że to, co się dzieje, może być sygnałem tego, że jako ludzkość ponieśliśmy klęskę, lecz także czymś zupełnie odwrotnym – być może od Ukrainy powinniśmy się uczyć tego, w jaki sposób zrozumieć samych siebie w granicach swojego kraju, mentalności oraz relacji tworzonych z tymi, którzy są najbliżej w sensie geopolitycznym.

---

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Agora

2023-01-20

„Nim dojrzeją maliny” Eugenia Kuzniecowa

 

Wydawca: Wydawnictwo Znak

Data wydania: 30 stycznia 2023

Liczba stron: 304

Przekład: Iwona Boruszkowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Dom spotkań

Nie chcę zacząć od peanów, że książka Eugenii Kuzniecowej to piękna opowieść o przynależności i tożsamości. Chciałbym podzielić się najpierw poczuciem estetycznej przyjemności i ulgi płynącej z lektury tej powieści. Obraz okrutnie rozszarpanej, pełnej brutalnego chaosu i niepewności Ukrainy funkcjonujący w wyobraźni każdego z nas zniknie choć na chwilę dzięki temu pozornie sielankowemu obrazkowi. Pozorność jest tu oczywiście bardzo ważna. Równie ważne jest to, że ukraińska prowincja i pewien ukraiński dom stają się synonimami poczucia bezpieczeństwa. Tam każdy jest u siebie. I w zgodzie ze sobą. A będzie to opowieść o niezależnych kobietach, które połączy konkretna przestrzeń i pragnienie zatrzymania czasu oraz wstrzymania się z życiowymi decyzjami, najpiękniejsze zaś jest to, co sugeruje świetnie dobrana okładka: Kuzniecowa pisze w taki sposób, że świat przedstawiony jej książki można pięknie namalować, korzystając z żywych barw i subtelnie kreśląc kontury. Ten świat jest pastelowy, delikatny i ulotny, a jednocześnie stanowczo spokojny, nadający życiu harmonię, już wcześniej uczący wyruszające stamtąd w świat osoby, że tę harmonię rodzinnych stron można zabrać ze sobą i być spełnioną. Wszak jak wspomina główna bohaterka w zakończeniu powieści: „(…) najgorsze więzienie to ty sama”. Kuzniecowa w tej na swój sposób magicznej opowieści sugeruje, że wyjście poza wszelkie wewnętrzne, mentalne ograniczenia to jednocześnie powrót do miejsca, gdzie od zawsze znajdowała się wolność, którą można było zabrać ze sobą w świat.

Dwie siostry, kuzynka i wiekowa babcia. Wydaje się, że to będzie ten enigmatyczny krąg, poprzez który – w relacjach bohaterek z samymi sobą oraz miejscem, gdzie przebywają – Eugenia Kuzniecowa opisze nam cały świat kobiecej niezależności i dążenia do prywatnych kompromisów. Ale do domu otulonego krzakami malin dotrą jeszcze inne postacie. Wizualizujące się nam miejsce najbardziej osobistego kontaktu członkiń rodziny zamieni się w kosmopolityczną przestrzeń demokracji i tolerancji. A także złączy ludzi szukających w bardzo różny sposób sensu życia. Coś niezwykłego będzie się działo z domem i wokół domu. Wszystko pozostawiono w ujmująco prezentujących się niedopowiedzeniach. Wszak kobiety ujawnią się w tej opowieści tylko na swoich warunkach. Ale i tak będziemy widzieć, że każda z nich jest aktywna na swej życiowej drodze. Nawet babcia, która całe życie służyła ideom innych, a dziś nie wie, co mogłoby być jej własnym pomysłem na życie. A mimo wszystko są tym życiem miłość i lojalność wobec goszczących u niej kobiet. Z tego wszystkiego tworzy się piękna historia właśnie o tym, od czego zacząłem: o komforcie przynależności do konkretnego miejsca i szczęściu, gdy to miejsce pozwala uformować się tożsamości i zrozumieć, co znaczą wyzwania oraz przekraczanie granic.

Sołomija wciąż poszukuje siebie w relacjach z mężczyznami. Nie jest gotowa na miłość, ale gotowa na odkrywanie oraz pojmowanie zależności, jakie będą ją łączyć z poszczególnymi przedstawicielami płci przeciwnej. Nie spodziewa się, że w rodzinnym domu pozna kogoś, kto każe jej zrewidować dotychczasowe poglądy na temat tego, co znaczy być z mężczyzną, fascynować go i tworzyć z nim sferę spełnienia oraz wewnętrznej harmonii. Jej siostra Lila sięga po więcej. Zawiera oficjalne związki, a potem je rozwiązuje. Testuje możliwości małżeństwa, by ostatecznie wybierać bycie w opozycji do sformalizowanego związku. Wydaje się bardziej asertywna i stanowi podporę dla siostry. Ale obie podążają drogą pełną emocjonalnych pułapek i egzystencjalnej niepewności. Tymczasem czują się ze sobą dobrze. Podobnie jak przybywająca do nich Marta. Kuzynka – bliska rozwiązania bliźniaczej ciąży – wydaje się tu najbardziej charyzmatyczną postacią, bo zdolna jest do najbardziej radykalnych życiowych wyborów. Pośród nich babcia, która swymi decyzjami wybrała silną przynależność do miejsca. A swoją tożsamość kształtowała w poczuciu obowiązku bycia kimś istotnym dla innych, służenia im. Babcia Teodora daje swoim gościniom prostą radę, aby robiły to, co dla nich dobre. A bohaterki Kuzniecowej są kobietami zadającymi sobie wciąż na nowo pytanie o to, czym jest to „dobre”.

Malowniczo położony dom będzie tu w pewnym stopniu personifikowany. Ten dom widział i przeżył okresy wzrastania różnych kobiet oraz pamięta momenty, w których wyruszyły w świat. Nie wszystkie chciały i mogły wracać. Ale spotykają się tego niezwykłego lata, chcąc albo odbudować, albo wzmocnić łączące je więzy. Natomiast dom pośród malin to tajemniczy świat, który formuje rodzinę i nadaje każdemu jej członkowi specyficzną wartość. To także miejsce, w którym wciąż żyje duch zmarłego dziadka i jego piękna idea wspólnego sadu. Metaforyka związana z sadem będzie właśnie wspaniałą egzemplifikacją tego, czego nie chcą albo nie umieją nazywać bohaterki tej książki. Sad stanie się miejscem, które pokornie i cierpliwie czeka. Ale również czymś, czego istnienie i ważność trzeba zmodyfikować. Ukraińska ziemia bliska bohaterkom zrodzi dla nich dynie, bo podejmują inicjatywę, by je posadzić, ale także pamiętając o czasie przeszłym, nadal będzie rodzić owoce, po które z różnych powodów nikt nie sięga. Bo my sami zmieniamy się zasadniczo, choć uwarunkowania, które nas ukształtowały, poddają się cyklicznemu i powtarzalnemu rytmowi natury.

„Nim dojrzeją maliny” to opowieść o tym, że świat jest dzisiaj tak mały jak mała była na początku perspektywa życiowa dorastających w wiejskim domu dziewcząt. Teraz każda z tych kobiet dojrzałych niczym owoce z sadu dziadka albo skądś przybywa, albo też ku czemuś zmierza. Współrzędne geograficzne, o jakich myślą bohaterki, to również sygnał tego, że dla nich świat to nieograniczone możliwości. Są gotowe z nich korzystać, robią to. Tym samym są pokoleniem różnym od kobiet, które teraz uważnie się im przyglądają. Kiedy do domu rodzinnego po latach przyjeżdża córka babci Teodory, ta mówi do niej, mając na myśli Miję, Lilę i Martę: „(…) one wszystko rozważają”. Eugenia Kuzniecowa zbliża do siebie kobiety, które dawniej nie były gotowe na podejmowanie decyzji albo uzależniały je od tradycji i opinii społeczności, z kobietami wiedzącymi, że nic teraz kobiecości nie definiuje – kobieta tym bardziej nic nie musi ani nic nie powinna. W tym znaczeniu ta powieść to manifest indywidualizmu oraz niezależności, które wcale nie muszą się wiązać z jakimkolwiek buntem. Czasami buntowniczy – wobec nas samych – bywa konkretny życiowy wybór. A bohaterki stale wybierają: od koloru papryki po decyzję o tym, w jakim zakątku globu i z kim zamieszkać. To powieść o powracających do domu kobietach, które za chwilę znowu z niego wyruszą z większą pewnością siebie. Bo ich bliskość oraz wspólne przeżycia tę pewność siebie im zagwarantują.

Podoba mi się to, w jaki sposób do tego świata kobiet Kuzniecowa wpuszcza mężczyzn. Najpierw jakby nieśmiało, z dystansem. Wydają się tam zbędni, bo ma się wrażenie, że to przestrzeń opowiadania kobiecych historii i portretowania kobiecej wrażliwości. A jednak mężczyźni wchodzą tu w relacje z bohaterkami – niektórzy pojawiają się na chwilę podwożeni samochodem z miejsca na miejsce, inni pozostają w sercu i pamięci, choć przyszli tylko naprawić dach. Interesująco wygląda tutaj właśnie motyw reperowania, nadawania domowi dawnego kształtu. To, co wadliwe, można naprawić. Okazuje się, że w relacjach międzyludzkich też znajdzie się miejsce na to, by coś ulepszyć, a nie zdobyć w zamian nowe. „Nim dojrzeją maliny” to sugestywna i nienarzucająca swoich tez powieść o umiejętności zatrzymania się i przyjrzenia sobie, ale także przyglądaniu się temu, kim się stajemy, łącząc swoje losy z losami innych. Piękna książka o kobiecej solidarności, mądrości, o świecie przepełnionym możliwościami wyboru i o tych najwłaściwszych wyborach.

2023-01-18

„Nawet jeśli wszystko się skończy” Jens Liljestrand

 

Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 18 stycznia 2023

Liczba stron: 504

Przekład: Ewa Ptaszyńska-Sadowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: W obliczu chaosu

Właściwie wszystkiego tego, o czym opowiada w swojej powieści Jens Liljestrand, doświadczyłem osobiście latem 2018 roku, kiedy przemierzałem ulice Oslo w ponadtrzydziestostopniowym upale i usiłowałem ukryć się przed żarem, co było z różnych powodów niemożliwe, bo stolica Norwegii nie była przygotowana na chłodzenie ludzi w takich temperaturach. To było lato, gdy upały trawiły praktycznie całą Skandynawię. To się naprawdę zdarzyło, nie było elementem fikcji literackiej. W „Nawet jeśli wszystko się skończy” autor stosuje celowe przejaskrawienia, a jego świat znalazł się już w zasadzie na krawędzi tego, o czym ciągle mówimy, jednak wciąż nie podejmujemy zdecydowanych działań. W tej powieści ludzkość sprawę zaniedbała. Dzieją się rzeczy niewyobrażalne i ich konsekwencje będą przerażające. Autor w ogniu (dosłownym!) piekła umieszcza członków należącej do klasy średniej szwedzkiej rodziny, która wypoczywa w domku letniskowym, a w najbliższej przyszłości planuje podróż do Azji. Żyją pozornie zgodnie, konsumują na potęgę jak wszyscy Szwedzi, a bohater doświadcza prawdziwego życiowego szczęścia, kiedy mogą dokonać rodzinnych zakupów bez ograniczeń finansowych. I nagle wszystko się rozpada. Tylko czy rzeczywiście dzieje się to nagle?

Obraz Szwecji w tej powieści to z pewnością pokłosie najbardziej mrocznych wizji tego, co może stać się z tym pięknym państwem tak bardzo pielęgnującym naturę. Podoba mi się to celowe odwrócenie: gdy wszystkie nordyckie powieści celebrują piękno otoczenia, czyniąc naturę jednym z bohaterów, tutaj cały ten urzekający świat staje w ogniu. Płoną lasy, a Szwecja po równi pochyłej zmierza w kierunku chaosu. Didrik i jego rodzina doświadczą tego w momencie, w którym będą chcieli wydostać się z niebezpiecznej przestrzeni uznawanej przecież zawsze za sielankową i dającą wytchnienie od trudnej codzienności wielkomiejskiego życia. Okaże się, że ruszą w koszmarną podróż, która zmusi ich do przewartościowania poglądów, oraz doświadczą wrażeń, jakie zmieniają na zawsze. To będzie także próba dla związku Didrika – mężczyzny od lat niezadowolonego z najbliższej relacji, tkwiącego w wygodnym układzie rodzinnym i fantazjującego o młodziutkiej celebrytce, która zdobywa coraz większą popularność, a jej dostatnia egzystencja to jedynie wynik ciągu przypadków i powstałych w związku z tymi przypadkami zależności.

Liljestrand proponuje wędrówkę do świata, który za chwilę nastanie, i świata, który bardzo dobrze znamy. Po doświadczeniu pandemii ludzkość została już straumatyzowana na tyle, że kolejne doświadczenie graniczne przyjmuje niejako w sposób oczywisty. Ale dzieją się rzeczy co najmniej nieoczywiste. Przede wszystkim rozpada się cały ukształtowany przez konsumpcjonizm ład. Życie przestaje być wygodne i nie wiadomo, jak będzie wyglądać przyszłość. Didrik jest ojcem maleńkiej dziewczynki. Po co sprowadzać na ten spalony słońcem świat kolejne dziecko, skoro dziś niemal pewne jest, że ludzkości nie spotka nic dobrego, a jej część doświadczyła już tego, co najgorsze? Szwedzki autor proponuje bardzo dynamiczną prozę, w której sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. To specyficzna powieść drogi, ale i fantazja o rozstaniu. Tu nie tylko rozdzieli się rodzina, zajdą też pewne procesy wskazujące na to, na jakich fundamentach buduje się najbliższe relacje. Bo tak naprawdę Jens Liljestrand opowie o kilku rodzinach, w których znajdą się życiowi rozbitkowie. O świecie, w którym gwarancji bezpieczeństwa nie dają już najbliższe relacje. O świecie sytym i zbyt pewnym siebie, a bardzo szybko pogrążającym się w chaosie. Sami sobie to zrobiliśmy czy zrobiła nam to natura?

Tu właśnie warto zwrócić uwagę na to, co najistotniejsze w tej książce. Narracja właściwie jest wyrażana poglądami bohaterów. Pokazuje świat katastrofy klimatycznej w taki sposób, że wszystko jest do wyobrażenia, niektóre wydarzenia już miały miejsce, hiperbolizowanie innych nie wydaje się jedynie mrocznym fantazjowaniem. Ale najważniejsi są ludzie, którzy zderzają swoje przekonania z tym, jaki świat zaczyna ich otaczać. Główny bohater obwinia za wszystko wieloletnie zaniedbania. Ludzkość zupełnie ignorowała przesłanki, że świat może wyglądać tak, jak wygląda w tej powieści. Kochanka Didrika, Melisa, jest nie tyle obojętna, ile bardziej cyniczna wobec całego obrazu zagłady świata, który wszyscy znali i każdy się przyczynił do jego stworzenia. Ona nie będzie musiała uciekać, choć w gruncie rzeczy ucieka przed samą sobą. Fasadowość życia Melisy pokazywana w mediach społecznościowych jest odbiciem tego, czemu chcemy ufać i jak lubimy postrzegać rzeczywistość. A wedrze się tu katastrofa definiowana przez Melisę głównie tym, że ograniczają się jej możliwości. Jednakże dzieje się także sporo w jej emocjach. Jak w przypadku André – syna sławnego i bogatego ojca – który nie jest w stanie spełnić ojcowskich oczekiwań, doświadcza chaosu rzeczywistości w młodym wieku, sam staje się jego elementem i jest przekonany o tym, że nie jest istotne, co robi z nami wściekła i okaleczona natura, lecz ważne jest to, co w sytuacji ekstremalnej robimy sami sobie. Najmniejszą dozę fatalizmu wykazuje czternastoletnia córka Didrika, która mimo wszystko wierzy w to, że zagłada ludzkości nie jest czymś realnym. To opowieść o życiu tej zagubionej, a jednocześnie zmuszonej do niezwykle dojrzałych wyborów dziewczyny zamknie powieść bardzo inteligentnym i świetnie skonstruowanym zakończeniem.

Tytułowe słowa pochodzą z wiersza, który słyszy Vilja, nastolatka zmuszona do walki o przetrwanie, w której ważne będzie odnalezienie brata, ale również przedefiniowanie relacji z matką i ojcem. Liljestrand opowiada o tym, jak niegotowi jesteśmy przede wszystkim na samych siebie w obliczu ekstremalnego zagrożenia. Zatem w tej powieści mimo wszystko najważniejsi są ludzie, co już zaznaczyłem. Bohaterowie zmuszeni do tego, by spojrzeć na swoje życie i poczynania z innej perspektywy. Perspektywy człowieka zagrożonego, który dotychczas dorastał w oczywistym i pełnym poczucia bezpieczeństwa świecie. Bo to, co dzieje się w tej powieści ze Szwecją, jest przecież łagodną formą tego, co spotkało już resztę świata. André dorasta w przekonaniu, że na jego oczach rodzi się rzeczywistość, w której zmieni się wszystko – także rozkład sił między nim a ojcem, bo ta relacja to przede wszystkim siłowanie się. I przegrana chłopaka na każdym polu.

Poza wszystkim jednak w tej futurystycznej wizji zagłady dość czytelna jest teza łącząca wszystkich bohaterów: że ludzkość z jednej strony jest bezradna wobec sił natury i żyje jedynie w iluzji tego, iż je kontroluje. Z drugiej jednak – każdy z nas jest osobnym bytem, który w sytuacji zagrożenia zdecyduje się na działania zupełnie nieprzewidywalne. Będzie działać tak, jak działa przyroda, której harmonię zakłócają najgorsze istoty na ziemi, czyli ludzie. Liljestrand każe nam patrzeć na szwedzką zagładę nie tylko jako na świat, w którym ludzkość po kolei traci wszystko, z czym żyło jej się wygodnie i stabilnie. To również ciekawy obraz konfrontacji: natura staje się wrogiem człowieka, ale największym wrogiem ludzie stają się dla siebie. Co jest zatem istotne: to, co zrobiliśmy naszej planecie, czy to, co będzie dopiero pokłosiem tej krzywdy? Jest tu wszystko, by snuć rozmaite fantazje o najbliższej przyszłości. Jest również wartka akcja, która usatysfakcjonuje wielbicieli postapokaliptycznych thrillerów.

Jednakże „Nawet jeśli wszystko się skończy” to książka bardzo enigmatyczna, bo docieramy tylko na pewną odległość do wszystkich bohaterów i śledzimy jedynie fragmenty ich życia albo nawet jesteśmy dopuszczani zaledwie do momentów, które tutaj pisarz celowo uwypukla. Więcej tu niewiadomych niż czytelnych motywacji, które stoją za opisanymi działaniami. W tym znaczeniu jest to powieść o nas jako istotach nieoczywistych w świecie, w którym oczywistością stała się bezpardonowa walka o przetrwanie. Jens Liljestrand stara się również wypunktować wszystkie pułapki, w jakie wpadliśmy jako pewni siebie w świecie pełnym różnego rodzaju kontroli. Autor ironizuje, pisząc o niektórych postaciach – śmiesznych w swoich działaniach egocentrykach, którzy nie rozumieją, z czym przyszło im się zmierzyć. To przejmujący obraz rzeczywistości, której wszyscy jesteśmy już świadkami. Świata, za który nie wzięliśmy odpowiedzialności, bo niezwykle trudno wziąć nam odpowiedzialność za samych siebie. Frapująca i skłaniająca do dyskusji powieść.

---

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga

2023-01-16

„Wiek czerwonych mrówek” Tania Pjankowa

 

Wydawca: Wydawnictwo MOVA

Data wydania: 18 stycznia 2023

Liczba stron: 312

Przekład: Marek M. Zadura

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Piekło życia

O Hołodomorze w Ukrainie możemy przeczytać w wielu źródłach i kiedy dotrzemy do najbardziej nawet przerażających materiałów oraz zdjęć, i tak nie będziemy gotowi na to, co pokazuje nam w swojej książce Tania Pjankowa. „Wiek czerwonych mrówek” to książka porażająca i przerażająca w kilku wymiarach. W tym oczywistym odnosi się naturalnie do okresu, w którym umierano masowo i w upokorzeniu, a wyrok śmierci był odroczony, jednak wcześniej czy później dosięgał każdego – i właśnie o jego bezlitosności jest ta opowieść. Lecz Pjankowa koncentruje się również na emocjach swoich bohaterów. Uwypukla je i przedstawia pięknym – jak można wnioskować ze znakomitego tłumaczenia – językiem, co stanowi spory dysonans poznawczy, kiedy przyglądamy się temu, jak rodzi się i utrwala na przykład nienawiść. Ma ona wiele odcieni: pozwala zwyczajnie przetrwać, tworząc wizerunek antagonistów do zwalczenia, ale jest również – w przypadku jednej z bohaterek – siłą napędową dumy i tym, co pozwala do końca trzymać głowę wysoko. „Wiek czerwonych mrówek” opowie o świecie, w którym jedni całkowicie zatracili swoje człowieczeństwo, a inni chcą o nie kompulsywnie walczyć. To poetycki raport z krainy umierania. Język, jakim posługuje się Pjankowa, zupełnie nie przystaje do opowiadanej nim rzeczywistości. To nie mogą być przemyślenia ludzi, dla których priorytetem jest wzięcie czegoś do ust, danie żołądkowi choćby chwilowej ulgi. A jednak pisarka jest w tym, jak portretuje ludzi gnębionych głodem, nie tylko przekonująca. Ona tworzy tak różnorodne wizerunki rozpaczy i cierpienia, że ta powieść jest doskonała przez to, jak za pomocą języka pokazuje rozmaitość odcieni głodu.

Przyglądamy się losom trojga ludzi, których pozornie dzieli wszystko, ale bardzo szybko połączy jedno, choć Pjankowa nie zmierza do żadnych uproszczeń i proszę się nie spodziewać tego, że główni bohaterowie doświadczą tego samego, a na końcu umrą z głodu. Nie. Te trzy opowieści splotą się ze sobą w zupełnie nieoczekiwany sposób. To będą trzy głosy opowiadające tę samą historię: poszukiwania i zrozumienia swojej tożsamości w sytuacji granicznej. Każde z poszukujących pozostanie przeraźliwie samotne, a ich wspólne nieszczęście będzie takie samo, nawet jeśli wzbudzi w czytających zupełnie inne emocje. Bo to świat pełen nieszczęśliwego życia. Przestrzeń masowego umierania: tego fizycznego, ale również umierania nadziei, wiary w transcendentną siłę mogącą cokolwiek zmienić, ufności wobec siebie i swoich możliwości. Ale przede wszystkim umierania jako przerażającego procesu rozciągniętego w czasie. Nieprzypadkowo jedna z bohaterek wysnuwa taką refleksję: „Nie boimy się umrzeć, boimy się przeżyć”. Tu głód pokona instynkt macierzyński, ikony staną się podłogą chlewu, a ziemia nie wyda żadnych plonów, jakby chciała podkreślić okrucieństwo losu tych, którzy po niej chodzą.

Dusia jest jeszcze nastolatką. Mieszka z matką i bratem w chałupie, którą będą stopniowo rozbierać na opał, choć kiedyś mieszkali w ładnym domu, w ich nowym, przerażającym świecie sprzedanym za osiem bochenków chleba. Dusia widzi, jak odchodzi jej babka, przygląda się najbliższym, w których ciałach i twarzach widać coraz mniej życia, i czeka tylko swojego końca. W międzyczasie zostanie skonfrontowana z ludzkim okrucieństwem, które chwilami przewyższa okrucieństwo antropomorfizowanego przez nią głodu. Swyryd ma się dobrze, bo ma pracę i ma co jeść. Jest tym, który lokalnie wspiera władzę decydującą o życiu wszystkich, którzy do tej pory mieli śmiałość żyć z tego, co posiadają i produkują. Swyryd ma kilka obsesji, ale największą jest niespełniona miłość. Odwiedza wiejską kochankę, której może dać seks i jedzenie, ale miłości dać nie może, jego miłość buzuje, determinuje myślenie, rozsadza jego serce, lecz jednocześnie czyni go coraz bardziej okrutnym. Tymczasem Sola żyje w swoim bezpiecznym i oddalonym od codzienności świecie. Kompulsywnie wrzuca do żołądka wszystko, co może. Jest otyła. Samotna i rozczarowana życiem u boku męża, który dzięki służbie państwowej może dać jej wszystko – poza tym, co Sola utraciła wraz ze swoją córką, codziennie wspominaną małą dziewczynką. Pjankowa pokazuje swoich bohaterów skoncentrowanych na różnych problemach i doświadczających różnych dylematów. Każde z nich przejdzie w tej powieści jakiś rodzaj przemiany. Wszyscy doświadczają bezlitosności czasu, w którym ludzie zamienili się w ekspansywne i krwiożercze mrówki.

Swyryd stara się banalizować zło, które współtworzy, sankcjonując porządek społeczny – a jest jego bezwolną częścią, wchodzi w skład precyzyjnie niszczącego i odbierającego wszystko, powoli dławiącego się systemu. W świecie, w którym przychodzi racjonalizować albo absurdalnie tłumaczyć dramat ludobójstwa, lepiej zapomnieć o moralności, bo w obliczu nadchodzącego wyniszczającego głodu może ona jedynie zbliżyć do bardziej bolesnej śmierci. Dlatego to właśnie w głowie Swyryda pojawi się przemyślenie: „Nie można w takich trudnych czasach mierzyć świata duszą”. Tania Pjankowa bardzo dużo będzie tu fantazjować o ludzkiej duszy, o atawizmach związanych z przetrwaniem, które dzień po dniu, miesiąc po miesiącu usiłują tę duszę zdeprecjonować, zniszczyć, uwięzić w okrutnej matni oczekiwania na fizyczny koniec.

Nie da się czytać tej powieści bez robienia przerw na wzięcie głębokiego oddechu. Rzecz nie tylko w tym, że niektóre sceny są tak intensywne i przerażające, iż nie sposób po nich czytać tej książki dalej, trzeba ochłonąć. Chodzi mi bardziej o to, jak autorka obrazuje, co się dzieje z ludzką świadomością, kiedy każda wartość moralna zostaje podważona, a logiczny wizerunek rzeczywistości rozpada się na chaotyczne kawałki, wtedy zaś nie można zrozumieć ani świata, ani cierpienia jako elementu konstrukcji tego świata. Dusia i Sola to kobiety bardzo mocno osadzone w swoich przekonaniach o własnej sile sprawczej. Dusia mocno wierzy w to, że uda jej się wraz z najbliższymi przeżyć koszmar, który staje się coraz bardziej przerażający. Sola jest przekonana o mocy swojego cierpienia i bardzo długo nie jest w stanie wyjść poza sferę depresyjnych stanów, podczas których zapada się w sobie. Tak jak zapadają się z głodu policzki Dusi i jej najbliższych.

„Wiek czerwonych mrówek” oddziałuje na nas silnie również dlatego, że bardzo plastycznie opisuje świat, w którym nikt już nie ma siły na komentowanie, autorefleksje, wyciąganie wniosków czy podejmowanie jakichkolwiek konstruktywnych działań. To niemy świat, w którym czeka się na śmierć. Świat, gdzie tragedię trzeba zobaczyć oczyma wyobraźni, bo nikt o niej nie powie wprost. Nikt już nie chce o niczym mówić, bo nie ma na to siły. Jesteśmy na ukraińskiej prowincji, gdzie szepcze się do siebie resztkami sił, przemierza przestrzeń niezauważalnie i gdzie obiektem do zjedzenia stanie się w pewnym momencie absolutnie wszystko, bo głód w tej książce nie zabija tak po prostu. Najlepszym określeniem byłoby pożeranie. Tak jak poglądy i mentalność pożera autorytarna władza. To także poruszająca książka o tym, że władza może być potworem, ale człowiek zawsze może się wobec tego potwora opowiedzieć, wybrać drogę życia. Tymczasem od początku do końca towarzyszymy wszystkim tym nieszczęśliwym ludziom w ich drodze, która nic nie obiecuje, jedynie przeraża. Nie radzę jeść podczas lektury. Cokolwiek weźmiemy do ust, stanie nam w gardle. Powieść Pjankowej jest po prostu nie do zapomnienia. Mimo że to dopiero styczeń, jestem przekonany, iż będzie to jedna z bardziej wstrząsających narracji tego roku.

---

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Mova