2017-06-04

„Pypcie na języku” Michał Rusinek

Wydawca: Agora

Data wydania: 17 maja 2017

Liczba stron: 208

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: W trosce o język

Mała i wesoła książka Michała Rusinka traktuje o bogactwie językowego rozpasania i o językowej niesubordynacji. Autor dowcipnie punktuje te kurioza polszczyzny, które na początku zawsze dziwią, potem jednak wywołują przede wszystkim uśmiech na twarzy. Takie książki o poprawności językowej, w których filolog nie staje w roli kostycznej wyroczni, są Polakom bardzo potrzebne. Po to, by przejrzeć się ze swym językiem jak w lustrze. Dostrzec to, czego na co dzień się nie dostrzega. Bo każdy błąd językowy powtórzony odpowiednio często zaczyna być niezauważalny. Tak jak niezauważalne jest to, co poprawne w języku. Rusinek wychodzi od słusznej tezy: nie słyszymy się wówczas, gdy wypowiadamy zdania poprawnie. „Pypcie na języku” to jednak książka o tym, co powinno się słyszeć i widzieć. Punktująca nie tyle niezgrabności, ile nieznajomości kontekstów wypowiadanych fraz i słów. Czy Rusinek sięga jakoś głębiej w istotę procesów zaburzających poprawność polszczyzny? Niekoniecznie. Jego językowe pypcie są wyraźne, ale zanadto nie swędzą, nie są uciążliwe. Autor nie zgłębia ich uważniej, choć korzysta z fachowej nomenklatury i niejeden czytelnik zatrzyma się czasem na jakimś zaporowym słowie – jak katachreza dla przykładu. Zbiór felietonów o interesujących zjawiskach wciąż zmieniającej się polszczyzny powstawał w różnych okolicznościach – jak zdradza Rusinek, jeden z pisanych tekstów tworzy w pociągu. Te narracje to przede wszystkim zgrabne dykteryjki. Kogoś, kto bawi się także tym, jak sam pisze. Ironizując dzięki związkom frazeologicznym czy pytaniom retorycznym w innej, osobistej jakby funkcji.

Tak się składa, że to właśnie Wydawnictwo Agora przoduje w publikowaniu takich oto ważnych książkach dotyczących niepokojących zjawisk językowych. Rusinek okazuje się – jak Bralczyk czy Miodek – bardzo uważnym słuchaczem, ale także czytelnikiem. Otrzymujemy dwie grupy tytułowych pypci: te wydobyte z języka mówionego oraz z polszczyzny pisanej. Które bardziej bawią lub niepokoją – to już sprawa czytelniczego odbioru. Michał Rusinek podsłuchuje, a potem komentuje. Czyta uważnie, notuje i przypomina. Nawet w restauracji, w której więcej uwagi poświęca studiowaniu oraz przepisywaniu treści menu niż smakowaniu zamówionych potraw. Dziwi się i niejednokrotnie wpada w zadumę. Bo to jedno słowo wypowiedziane przez kogoś niefrasobliwie i w pośpiechu potrafi spowolnić wszystkie inne procesy myślowe autora i zmusić go do tego, by z verbum powstał interesujący felieton. Nic to, że krótki. Opisywane zjawiska zajmują Rusinkowi na pewno dużo więcej czasu i uwagi niż stworzenie konkretnego tekstu. Dlatego razem z zadumą idzie w parze pewna specyficzna czułość do usłyszanych bądź przeczytanych potknięć. Zaskakuje innowacyjność językowa, która wydobywa takie, a nie inne kurioza. Okazuje się, że uważne studiowanie języka innych może być niesamowitą przygodą. Pełną zwątpień, zaskoczeń i momentów rozbawienia, ale przede wszystkim wyjściem naprzeciw temu, w jaki sposób język polski rozgościł się w rozmaitych kontekstach – w sferze publicznej i tej prywatnej, w której komunikujemy się neologizmami, uszkodzonymi związkami frazeologicznymi czy niewłaściwą fleksją.

Które z opowieści o spotkaniach z językową innością są szczególnie ciekawe? Na pewno te związane ze zmianami, jakie zachodzą w polszczyźnie. Rusinek pokazuje, w jaki sposób anglicyzmy znalazły podatny grunt, by zasadzić się w obcym rewirze i zrewidować system pojęć albo odniesień do opisywanych przez nie spraw. Ciekawe są rozważania dotyczące języka komunikacji internetowej, ale także tego, w jaki sposób ten język jest wyjaśniany przez użytkowników. Z dużą dozą rubaszności Rusinek traktuje irytującą wysypkę deminutiwów. Bawią go zdrobnienia, ale już nie jest zbyt do śmiechu, kiedy idzie zmierzyć się z nadużywanym dedykowaniem czy posiadaniem. A może jednak za każdym razem zderzenia z uzusem są dla autora frajdą. Poznawczą przede wszystkim, bo każde okaleczenie języka niesie za sobą ważną filologiczną refleksję. Nie chodzi przecież o to, że coś tak brzmi lub jest napisane. Ważniejsze jest to, dlaczego takie się stało. A na to pytanie nie ma już łatwych i konkretnych odpowiedzi.

„Pypcie na języku” to felietony o tym, co się z nami dzieje, kiedy ktoś podetknie nam pod usta mikrofon. O tym, że w różnych sytuacjach oficjalnych lubimy groteskowe pleonazmy, a w życiu codziennym nie tylko zdrobnienia, lecz przede wszystkim różne formy skrótowców. Rusinek opowiada nie tylko o tym, jak dziwnie brzmią jego tytułowe pypcie. Analizuje ich strukturę – dużo uważniej niż genezę. Pokazuje pewne skomplikowane przestrzenie opisu przedmiotu. Jak na przykład wypowiadać się o muzyce? Co zrobić z nieszczęsnymi polskimi nazwiskami i ich odmianą? Dowiemy się także tego, jak okrutne potrafią być przymiotniki w nadmiarze i jak bardzo zgubna jest logika języka wszelkiego rodzaju reklam. Autor podejrzy też, co się pisze w prasowych nagłówkach albo na transparentach – zwłaszcza tych wykonywanych na potrzeby wystąpień publicznych w minionych miesiącach. Rusinek obserwuje zjawiska językowe tak jak badacz przygląda się niecodziennym eksponatom muzealnym ze znajomej mu branży. Nie jest tak, że nie nadąża za zmianami, choć bywa wobec nich zagubiony. Pokazuje ewolucję poprzez błędy i błądzenie w toku ewolucji – wtedy, kiedy naprawdę potrzebny jest jakiś nowy zasób słów, by określić skomplikowane i nowe zjawiska, które pojawiły się nagle i domagają się nazwania.

Językowa ewolucja polega też na tym, że poszukuje się nowych rozwiązań tam, gdzie język staje się bezradny. Michał Rusinek wie, że z polszczyzny może być jednak dumny. Podkreśla, że o tej dumie zapominają ci, którzy nawołują do specyficznej jedności narodowej, deformując biedne głoski nosowe czy błędnie odmieniając wyrazy. W porównaniu z językiem węgierskim nasz zestaw przypadków powinien być przecież igraszką, której opanowanie nie sprawi żadnego problemu. Problemy jednak są. Na ile nieświadomie popełniamy błędy, a na ile pewni siebie celowo deformujemy język głównie po to, by było zabawnie?

„Pypcie na języku” to lektura dla każdego, kto na co dzień bywa oszołomiony, rozbawiony lub rozdrażniony, obserwując polską rzeczywistość i słuchając tego, jak się ją opowiada i zapisuje. Michał Rusinek z lekkością i poczuciem humoru odnajduje się pośród językowych odstępstw, wyjątkowości, kalekich form i zgubnych zdań. Lapidarna forma umożliwia mu jedynie sygnalizowanie. Komunikuje się z nami jednak językiem, którego intencje i czytelność nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Bardzo przyjemna i użyteczna lektura, a jednocześnie dowód na to, ile radości daje Michałowi Rusinkowi codzienne obcowanie z różnorodnymi formami polszczyzny.

2017-06-01

„Ruiny i zgliszcza” Wells Tower

Wydawca: Karakter

Data wydania: 11 maja 2017

Liczba stron: 280

Przekład: Michał Kłobukowski

Oprawa: miękka

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Ludzie w drodze

Wpada się w te opowiadania. Absolutnie, bezgranicznie. Doskonała robota Michała Kłobukowskiego, który po ekwilibrystyce słownej „10 grudnia” Saundersa miał chyba przede wszystkim przyjemność estetyczną, tłumacząc dziewięć tekstów składających się na „Ruiny i zgliszcza”. Kompozycja tego zbioru jest rewelacyjna. Od potężnego tąpnięcia, przy którym zapadamy się wraz z bohaterem „Brunatnego brzegu”, po narracyjną niespodziankę tytułową, czyli opowiadanie zamykające zbiór – takie, którego już byśmy się w nim nie spodziewali. Wells Tower robi Zadie Smith niezłą konkurencję za oceanem, ale przede wszystkim tak sugestywnie opowiada świat, że nie sposób „Ruin i zgliszcz” zapomnieć jako spójnej całości. Dziewięć narracji o próbach wydobywania się z różnego rodzaju wyobcowań, o bezsilności i ogromnej sile, o walce z zagubieniem pośród trosk, dla których nie ma wykładni, jest tylko jeden mianownik – obezwładniająca moc. Tower opowiada o tym, że któregoś poranka możemy się obudzić, leżąc twarzą w dół albo widząc na swoim łóżku nieżywe pisklę. To są momenty wyjścia w taką rzeczywistość, w której każdy, najdrobniejszy nawet element ma swój wyraźny kontur. Tower opowiada też o tym, jak walczą ze sobą ludzka złość i przytłaczający chaos. Wydobywa z jednego i drugiego to, co charakterystyczne. Złość portretuje w wielu odcieniach, a chaosowi pozwala się pastwić nad bohaterami. Są pochyleni, znękani, rozczarowani i smutni, ale wszyscy z krwi i kości. Ze słów oraz zdań uwierających, a jednocześnie pełnych empatii i specyficznej formy czułości.

Na początku wydaje się, że to męska perspektywa oglądu rzeczywistości będzie rządzić w tym fascynującym zbiorze opowiadań. Nic bardziej mylnego. Dla autora równie ważne jest to, w jaki sposób świat widzi zagubiona osiemnastolatka czy pryszczaty jedenastolatek odgrywający teatr, by powalczyć o odrobinę zainteresowania ze strony dorosłych. Widzimy też, jak sprawnie fabularnie może funkcjonować w opowiadaniu zlepek przypadkowości oraz sądów o czymś, czego nie rozumiemy, ale oceniamy. Myślę o „Drzwiach w twoim oku”, sugestywnej narracji o konsekwencjach niezdrowego voyeuryzmu pewnego niepełnosprawnego samotnika skazanego na opiekującą się nim córkę. Uważam, że to jeden z ważnych tekstów obrazujących, czym jest przez chwilę odzyskana wolność. W pozostałych bohaterowie Towera borykają się z poczuciem zamknięcia w mrocznym czasie przeszłym, toksycznych relacjach sprzed lat. Odzyskanie wolności, samostanowienie – to wydaje się niemożliwe. Tym ludziom współczujemy szczególnie, bo pozostajemy bezradni razem z nimi. Nawet wtedy, gdy obserwujemy pewne heroiczne próby wydobycia się ze stagnacji albo opresji. Wtedy, gdy jeden z braci jest w stanie zaryzykować życie i zdrowie, by zrobić coś w wyraźnej kontrze do tego, który przez całe lata wtłaczał toksyczny jad w relacje silne siłą wzajemnych idiosynkrazji.

Ważne są w tych tekstach tak zwane osoby trzecie. Obserwatorzy albo zaskakujący czytelnika uczestnicy zdarzeń. Tych zdarzeń, które nabierają innego znaczenia w momencie, w którym przygląda się im ktoś obcy. Gdy zabiera głos. Gestem lub słowem przełamuje impas. Bohaterowie Towera znajdują się w impasie z bardzo różnych powodów. Bob z „Brunatnego brzegu” ponosi konsekwencje nagłego odejścia ojca, po którym rozsypało mu się życie, a sam czuje się jak toksyczna strzykwa pośród pływających radośnie wokół niej ryb. Ed z opowiadania „Ciemną doliną” doświadczył rozpadu związku i pod wpływem dziwnego zbiegu okoliczności musi skonfrontować się z tym, który za ten rozpad odpowiada. Burt z „Zawiadowców doniosłych energii” mierzy się z utratą pamięci ojca. Tego ojca, który uważa, że syn „nie odznaczył się” na jego horyzoncie i nie wykazał tak wielką walecznością jak on na sali sądowej, kiedy jeszcze mógł rozumieć, po co i dla kogo na niej jest. Blokady emocjonalne, lęk przed pójściem naprzód. Ludzie, którzy wyrządzili wiele zła tym, co teraz stoją bezradnie w miejscu i nie mogą pozbyć się uciążliwego odium. Tak, Tower portretuje postacie tragiczne siłą bardzo kameralnego tragizmu. Ludzi, którzy wydobyli się z innych osób, ale pozostawili w nich cząstkę siebie. Ludzi niepełnych. Niegotowych na samodzielne, odpowiedzialne i spełnione życie.

Tragikomiczne dialogi, różnorodne formy ironizowania. Styl łączący w sobie poetyckie piękno i czułość do detali z bezkompromisowością oddawania tego, jak złożone potrafi być życie. Bardzo ciekawie wypada to w ujęciu panoramicznym, w opowiadaniu „Na pokaz” toczącym się w wesołym miasteczku. Tam zderzają się ze sobą różni ludzie, różne oczekiwania, zaskakujące siebie biografie. Bardziej kameralnie jest wówczas, kiedy Tower decyduje się na króciutką narrację – jak „Lampart”, wyjątkowo wieloznaczne studium wyobcowania z perspektywy dziecka odbierającego rzeczywistość intensywniej, z większą goryczą. „Ruiny i zgliszcza” to dziewięć opowieści o ludziach w drodze, którzy z różnych niezrozumiałych dla nich powodów musieli zatrzymać się i utknęli w pewnym bezruchu. Boją się, ale też chcieliby być ciekawi tego, co nastąpi. Autor świetnie konstruuje otwarte zakończenia i doskonale stopniuje napięcie tuż przed tym, gdy pożegnamy się z tymi zwyczajnymi ludźmi tak mocno zapadającymi w pamięć. Jest też widoczny pewien autorski dystans, bo Tower nie zamierza ocierać łez albo potu z czoła któregokolwiek z bohaterów. Oni są rozpaczliwie samotni w swych dylematach i jednocześnie tak bardzo uniwersalni, że amerykański adres tych narracji chwilami się zaciera, choć jest jednak ponownie podkreślany.

Wells Tower opowiada o poczuciu tymczasowości życia i o tym, co dzieje się z człowiekiem wyrzuconym poza bezpieczne ramy. Nagle treść życia wydaje się niezrozumiała i bardzo trudno jest w pojedynkę osiągnąć to, co zdobywało się w relacjach z innymi. Nawet w tych najbardziej toksycznych. Osobność staje się nie do zniesienia, ale to właśnie w samotności bohaterowie Towera muszą zmierzyć się z tym, czego nigdy nie wymagało od nich życie z kimś u boku albo w zależności od kogoś. Frapująca proza o tym, kim stajemy się bez kontekstu narzuconego przez innych. Sugestywny styl pozwalający czytającemu na to, by z tego świata wydostawać się z trudnością. Wszyscy tkwimy gdzieś tam w środku, ale wygodniej jest, czytając, uznawać, że to jednak fikcja literacka.


PATRONAT MEDIALNY

2017-05-30

„Przemytnicy” Konrad Janczura

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 2 czerwca 2017

Liczba stron: 160

Oprawa: miękka

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Podkarpackie opowieści

Polacy zdają się unikać odpowiedzi „stara bida” na pytanie o to, co u nich słychać. Przynajmniej tak może się wydawać. W świecie przedstawionym debiutanckiej powieści Konrada Janczury ta „bida” jest nie tylko stara, ale też wrodzona, immanentnie zła. Nie chodzi o to, że bohaterowie nie mają na chleb. Zamiast niego wolą sobie kupić wódkę i szlugi. W miejscu, do którego zabiera nas Janczura, „bida” jest stanem permanentnej bylejakości. „Na wiosce”, gdzie mieszkają bohaterowie książki, od zawsze tkwi się w specyficznej tymczasowości czegoś, co na stałe jest zepsute, pospolite, marginalne i duszne. „Przemytnicy” to taki mroczny rewers do twórczości Andrzeja Muszyńskiego i taka fraza, którą być może posługiwałby się Mirosław Nahacz, gdyby żył. Konrad Janczura zjadł zęby na współczesnych powieściach, nie mógł więc napisać własnej, która byłaby kiepska. Nie jest. To dobra książka, ale z gatunku tych niewygodnych. Tych, które dobrze jest rozpoznawać i mniej więcej wiedzieć, o czym są, ale jednocześnie trzymać do nich dystans. Autor opowiada o świecie, od którego wielu odwraca oczy. I ucieka, bo Podkarpacie sennych i przygnębiających nizin nie jest miejscem, gdzie życie mogłoby się toczyć przyzwoitym rytmem. „Na wiosce” pozostali ci, którzy z różnych powodów ugrzęźli. Nie starczyło im odwagi i determinacji, by wyrwać się w świat. Zastygli w pewnym paskudnym kształcie, z paskudnymi ludźmi dookoła – niby życzliwymi, ale nieżyczliwie nastawiającymi ucha. W miejscu, w którym czas płynie inaczej, a jego upływ jedynie wzmacnia wyobcowanie. Janczura zabierze nas do rzeczywistości, którą można tylko zapić. Pobić się, gdy podniesie się poziom testosteronu. Iść na potańcówkę, obejrzeć jakiś film, posiedzieć przed domem, pogapić się w niebyt. Ani to książka przyjemna, ani wygodna. Po co ją polecać? Bo „Przemytnicy” to świetna opowieść o ludzkim zapętleniu. O niemożności wydobycia się poza ramy ustalone przez społeczność, przez własną niedoskonałość, bezradność wobec marzeń i planów, których nie warto nawet konkretyzować, bo tak jest beznadziejnie. Janczura pisze o ludziach, którzy wciąż w tym kraju żyją, jest ich całe mnóstwo, nikt się nad nimi nie pochyla, nikt też nie lubi ich słuchać.

„Przemytnicy” to nie tylko efekt podglądania i słuchania tego, co stanowi o lokalnym patriotyzmie autora i do czego może mieć on bardzo ambiwalentny stosunek. Czytając książkę, odnosi się wrażenie, że to jednak czułość połączona ze zrozumieniem. Wchodzenie w rejony doskonale sobie znane, a jednocześnie takie, które koniecznie trzeba stygmatyzować. Pokazując także, że stygmatyzowani nie mają wyboru. Tak jak nie mają go Zola i Fery, przyjaciele z wioski, którym wydaje się, iż niejedno przed nimi. Trzeba tylko chcieć. Nie jeździć ciągle za tę wschodnią granicę na zlecenie lokalnego bonza o kartoflanej twarzy, tylko podjąć męskie decyzje, zaopiekować się sobą i zdecydować, co można zmienić, a co zmienić trzeba. Zola ma dwadzieścia jeden lat i poza rodzinnymi okolicami oraz Ukrainą, skąd przywozi lokalsom tanie dobra spożywcze, nie widział niczego. Może poza szorstką matką, która ma czelność zrywać z wyra dwie godziny przed południem i dla której Zola jest, jaki jest, nie trzeba od niego niczego wymagać, do niczego go nie zobowiązywać. Ot, domowe obowiązki i niech sobie jeździ do szoszonów – bo tak pogardliwie nazywani są przez bohaterów książki Ukraińcy. Fery jest nieco starszy i ma chyba gorzej. Balast w postaci ojca pijaka, jedynej bliskiej mu osoby. Nieszczęśliwa miłość, z której nie może się otrząsnąć. Poczucie, że zmarnował swój potencjał i nie ma pojęcia, w jaki sposób go odbudować. Zola i Fery mocno się przyjaźnią. Chłopackie relacje zamieniły się z czasem w silną męską więź. Wspierają się w niedoli, jeżdżąc na Ukrainę, realizując te wszystkie smutne zlecenia i zapijając w międzyczasie poczucie bezużyteczności.

Janczura pokazuje w swojej książce nie tylko smutek Lubaczowa, w którym można co najwyżej zjeść dobrą zapiekankę koło poczty. Ujmująco portretuje zatrzymanie czasu „na wiosce”. Bo nawet ten powieściowy lipiec dłuży się i jest byle jaki. Wszystko staje się byle jakie, bez konturów, bez szans na zmianę. O ile Zola łapie wiatr w żagle i przydarza mu się coś, co pozwoli spojrzeć w przyszłość optymistycznie, o tyle Fery pogrąża się wraz z ojcem w pijackiej rozpaczy. Obaj chcą zmienić coś w swoim życiu. Bo przemytnicy – jak to mówią „na wiosce” – nie są ludźmi bez celu i bez ambicji. Przyjaciele usiłują sobie postawić jakieś cele na przyszłość. Przecież przyszłość musi nieść w sobie coś dobrego, skoro przeszłość tonąca w polsko-ukraińskich animozjach jest złem, a teraźniejszość to ta cała Unia, która tyle narobiła, że wygnała ludzi z prowincji, a pozostałym dała do zrozumienia, że się nie nadają. Konrad Janczura nie pozwala bohaterom na zbyt wiele – nie mogą marzyć i planować czegoś, co się wydarzy, bo zapętlili się w orbicie wpływów narzuconych przez pracodawcę bez umowy. Zola i Fery są więźniami – nie tylko samych siebie. Do czego doprowadzi ich niemoc wynikająca z tego, że nie są w stanie wyjść poza lokalne uwarunkowania?

Janczura nie tyle zadaje pytanie o to, gdzie jest prawdziwe życie i dokąd pouciekali prawie wszyscy mieszkańcy podkarpackich wiosek, ile stara się oddać dynamizm gorzkiego życia tu i teraz. Zwrócić uwagę na tych, którzy zostali, na ich wybory i decyzje, a także na to, ile w tym wszystkim jest autonomii. „Przemytnicy” to gorzka proza. Obrazuje świat, w którym zaczyna brakować logiki, sensu, porządku i jakichkolwiek perspektyw. Janczura pisze o tymczasowości tych, dla których życie nigdy nie mogło nabrać znaczenia czegoś stałego i pewnego. Niwelując własne kompleksy, pogardliwie wyrażają się o Ukraińcach. Bo przecież nie mogą być na krańcu pustki tego świata, nie mogą uwierzyć w swoją beznadziejność, ktoś musi mieć gorzej, ktoś na pewno żyje w jeszcze większym bajzlu i przygnębieniu. Konrad Janczura portretuje specyfikę męskiej przyjaźni i ukazuje swych młodych mężczyzn w sytuacjach granicznych. Dopadają ich przemyślenia, które windują albo pogrążają. Rozpada się specyficzna więź. Jedyne, co wydaje się pewne „na wiosce”. Pośród tej potwornej przewidywalności, szarości i pustki. Janczura nie tylko portretuje pustkę. Ukazuje najmroczniejsze z jej oblicz. Dlatego „Przemytnicy” przykuwają uwagę, choć można odnieść wrażenie, że to kolejna chłopięca narracja stylizowana na bardzo męską, z nadmiarem wulgaryzmów i przerysowanych scen z pokaleczoną składnią. Czyta się Janczurę z przygnębieniem, ale jednocześnie uważnie. Chce się zrozumieć, czy naprawdę nie można ujrzeć niczego innego niż horyzont własnej wioski. Do gruntownego przemyślenia – zwłaszcza gdy uciekło się z takiej dusznej prowincji i teraz można sobie o niej czytać jak o czymś, do czego nie ma powrotu. Janczura jest złowrogi, piekielnie uważny, złośliwie pesymistyczny i empatyczny – mimo pewnej bezradności w opisie czegoś, co nie może być już gorsze niż to, czym się wydaje.

2017-05-24

„Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” Katarzyna Tubylewicz

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 10 maja 2017

Liczba stron: 408

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Stawianie pytań

Nieprzypadkowo demokracje tego świata rodziły się i trwały wówczas, gdy ludzie po prostu spotykali się w jednym miejscu, dyskutowali ze sobą i podejmowali decyzje, znajdując porozumienie między różnymi racjami i postawami. „Moraliści” – książka formalnie odwołująca się do idei dialogu, będąca przecież zbiorem rozmów z ludźmi – to opowieść nie tylko o współczesnej Szwecji, w której pojawia się trudność rozmowy i podejmowania pewnych tematów w dyskusji. Myślę, że to bardzo mądra, pełna empatii i dość oczywistych wątpliwości rzecz o stanie mentalnym, emocjonalnym i intelektualnym nowoczesnej Europy. Katarzyna Tubylewicz zaangażowała się w stworzenie tej publikacji bardzo silnie. Tak silnie, jak od siedemnastu lat związana jest ze Szwecją. Potrafi zadawać trudne pytania, niuansować pojęcie liberalnej demokracji. Najważniejsze jednak, że wychodzi w tych rozmowach naprzeciw swoim własnym lękom, przejętym być może w spadku polskości. Nie gloryfikuje Szwecji, uznając ją jednocześnie za jedną z najdoskonalszych demokracji europejskich. Odwołuje się do traumatyzujących opinię publiczną faktów, ujawnia własne uprzedzenia, czasem zadaje pytania z niepewnością, bo boi się uzyskać odpowiedzi. A rozmówcy nie chcą – jak współcześni Szwedzi – unikać trudnych tematów. Stąd też „Moraliści” to opowieść o tym, co boli, co powoduje dyskomfort życia w bogatym i dostatnim kraju, ale przede wszystkim książka, w której Tubylewicz stara się uzasadnić jedną formułowaną przez siebie myśl. Chodzi o to, że ratunkiem w zagubieniu i niemocy może być dla współczesnego Europejczyka wielość perspektyw w jego umyśle – nie tyle zrozumienie ich do końca, ile akceptowanie różnorodności. Także tego, że może się w niej pojawiać dużo zła, a na zło zawsze trzeba reagować.

Gdy niedawno czytałem dość lekką i napisaną w zupełnie innej konwencji książkę Natalii Kołaczek „I cóż, że o Szwecji”, rozbawiło mnie wspominanie Szwedów, którzy nie mają skłonności do kłótni, a jakiekolwiek negatywne opinie i sądy wolą wyrażać na kartkach zostawianych innym w pralniach. Kiedy zacząłem wchodzić w głąb książki Katarzyny Tubylewicz – dlaczego tak definiuję tę lekturę, wyjaśnię za chwilę – odkryłem mało zabawny aspekt tej szwedzkiej cechy. Bo Szwedzi przez lata oduczyli się konfrontowania z problemami, podczas którego trzeba wyrazić jakąś negatywną opinię. Tak jak zaczęli wyprowadzać się z przedmieść szwedzkich miast, tak w debacie publicznej wciąż milczeli o sprawach, które jeszcze przed kryzysem imigracyjnym wywoływały bardzo wiele emocji i nakazywały jasne i konkretne opowiadanie się w danej kwestii. Powstało coś na kształt getta opinii uznawanych za urażające i takich, których nie powinno się wygłaszać. Tymczasem większość rozmówców Tubylewicz – wbrew szwedzkiej tendencji do unikania trudnych rozmów – wydobywa z tkanki społecznej Szwecji kwestie, które nie tylko uwierają. Są to sprawy, nad którymi nie pochylono się do tej pory w żadnej znaczącej debacie. Nie podjęto wysiłku dyskusji o tym, że różnorodność kulturowa niesie problemy, bo zawsze opiera się na zderzeniach co najmniej dwóch różnych światów. „Moraliści” to książka pokazująca, o czym w Szwecji powinno się dzisiaj mówić. Imigranci krytyczni wobec innych imigrantów. Rozmówcy pełni goryczy i nadziei, kiedy jednocześnie pokazują pułapki politycznej poprawności i sankcjonują jej zasadność. Ludzie związani z kulturą, sztuką, literaturą, polityką i życiem społecznym, ale także zwyczajni mieszkańcy Szwecji. Dobór rozmówców także udowadnia, że cała ta książka jest charakterystycznym hołdem dla różnorodności. Nie tej, która ma polaryzować opinię społeczną i budować obozy przeciwników i zwolenników demokracji, liberalizmu, egalitaryzmu, tolerancji. Tej, którą trzeba pojąć ze wszystkim, co w sobie niesie – także z emanacją różnego rodzaju złych zachowań, destrukcyjnych albo autodestrukcyjnych. Tych, które pokazują, że szwedzka gotowość pomocy przybywającym z daleka uchodźcom nie idzie w parze z pełną empatią i pochyleniem się nad przybyszem, któremu najłatwiej współczuć, dużo trudniej go zrozumieć.

Wokół uchodźców – siłą rzeczy – ta publikacja koncentruje się dość czytelnie. Sprowadza czytelnika na manowce, każe mu błądzić pośród zadanych pytań i niesatysfakcjonujących go odpowiedzi. Bo autorka „Rówieśniczek” uczy się przede wszystkim stawiania pytań, definiowania problemów – i motywuje do tego samego swoich rozmówców. I jest tak, że na początku pełen rozczarowania zastanawiam się nad tym, dlaczego w wywiadzie z Veronicą, szefową ośrodka dla uchodźców, pojawia się opis bezradności wobec tych mężczyzn, którzy nie potrafią się zintegrować i wejdą w Szwecję z poczuciem, że nie funkcjonują w akceptowalnym systemie prawny i społecznym. Co z tymi wszystkimi trudnymi ludźmi, dla których nie znaleziono języka ani możliwości, by naprawdę im pomóc? Kiedy potem czytam rozmowę z kobietą, która w Szwecji tworzy udany homoseksualny związek, pracując na co dzień z trudnymi ludźmi spoza prawnego marginesu, otrzymuję jednak odpowiedź na stawiane przeze mnie pytanie. Dlatego w „Moralistów” wchodzi się coraz głębiej i jest to lektura nie tyle zajmująca, ile budująca bardzo szeroki ogląd problemów, do których z wygody przykładaliśmy czarno-białe kalki lub których nie rozumieliśmy we właściwym kontekście.

„Moraliści” to książka o problemach z integracją uchodźców, o Szwecji chcącej pomagać, ale niekoniecznie rozumieć. O granicach tolerancji i wolności definiowanej tutaj na wiele sposobów. O istocie szwedzkiej solidarności oraz niepoprawnym czasami marzeniu o tym, iż zawsze zwycięża dobro. Jest kilka wyjątkowo zapadających w pamięć rozmów. Jak ta z Mustafą Panshirim, policjantem afgańskiego pochodzenia. Rozmówca Tubylewicz chce, by Szwecja wreszcie zaczęła naprawdę nazywać różnice kulturowe i by nie szła za tym etykietka rasizmu. Opowiada o tym, że w sytuacji braku prawdziwego dialogu i negowania problemów różnic kulturowych w Szwecji osiada coraz więcej ludzi bezradnych. Takich, którzy wolą się bezpiecznie postawić w opozycji do nowego kraju, bo ten kraj się nimi zaopiekował, ale nie potrafił już potem wykorzystać ich potencjału. Wokół rozmów wciąż krąży to przekonanie o tym, że mówiący o sobie, swoich emocjach i postawach imigranci powinni być wzorem dla zachowawczych Szwedów. Tych, którzy nie chcą podejmować trudnych tematów, a w przyszłym roku – nie mówiąc o tym w żadnym sondażu – zagłosują za partią Szwedzkich Demokratów, która funkcjonuje w „Moralistach” jako mroczne widmo. Wtedy nie będzie już mowy o potrzebie czynienia dobra, poszanowania inności i akceptacji różnic między ludźmi.

Świetne są dyskusje na temat szwedzkiego feminizmu i rozmowy o roli kobiety w szwedzkim społeczeństwie. To także zbiór odważnych i pełnych empatii opowieści o sytuacji osób LGBT oraz szwedzkiego Kościoła. Instytucji finansowanej z podatków, do której należą też ateiści. Wszystkie rozmowy są dynamiczne, ale zdarzają się pełne goryczy monologi jak ten Adama Potrykusa. Rozmowy komentowane są przez Katarzynę Tubylewicz wtedy, kiedy komentarza wymagają, ale także pozostawiane bez niego wówczas, gdy wymiana myśli rozmówców ma w zupełności wystarczyć. „Moraliści” to nie jest książka definicji. Nie moralizuje! Nie znajdziemy tam tego, czego być może szukamy – uporządkowania złożonej codzienności Szwecji, a poprzez nią tej codzienności europejskiej. Myślę, że to opowieść o tym, co do tej pory nie zostało należycie przedyskutowane, oraz o tym, że jesteśmy świadkami przemian, których skutków nikt nie może przewidzieć. Każdy jednak może widzieć świat mądrze i empatycznie. Z wielu perspektyw. Opowiadając o uchodźcach, równouprawnieniu, podejmując tematy tabu i portretując wszelkie mroczne strony współczesnej Szwecji, autorka wraz z rozmówcami sygnalizuje coś niezwykle istotnego – musimy zmienić nie tylko język, ale także sposób rozmowy o problemach, o których trzeba dyskutować. Tylko dyskusja jest gwarancją tego, że wypracuje się jakiekolwiek rozwiązania. Może te właściwe. Można nazywać i dzisiejszą Szwecję, i dzisiejszą skomplikowaną w odbiorze Europę – potrzeba do tego specyficznej siatki pojęć i zwyczajnej otwartości umysłu.

2017-05-22

„Najmroczniejszy sekret” Alex Marwood

Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Data wydania: 10 maja 2017

Liczba stron: 416

Przekład: Rafał Lisowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wszyscy potworni ludzie

Alex Marwood tym razem zawodzi. Szkoda, bo byłem przekonany, że jej warsztat i pomysłowość gwarantują książki, które można brać w ciemno, będąc przekonanym o doskonałej jakości w swoim gatunku. A tu rozczarowanie, dosyć spore. Nie chodzi o to, że brytyjska pisarka wzięła sobie na warsztat maltretowany bez litości w thrillerach klasy B i C motyw zaginionego dziecka. Nie myślę również o tym, iż struktura powieści nie pozwala, by się do niej przywiązać, bo portretowani są ludzie egocentryczni, bezduszni, uwikłani w paskudne układy i generalnie antypatyczni. Zasadniczym zarzutem jest przewidywalność fabuły. Marwood w dwóch poprzednich powieściach przekonała, że narracyjne wolty są jej specjalnością i że potrafi precyzyjnie wybić czytelnika ze stuporu albo osaczyć i przekonać do tego, iż nie ma najmniejszego nawet panowania nad światem przedstawionym. W „Najmroczniejszym sekrecie” ogrom ludzkiego plugastwa jest dominujący, ale mimo wszystko można sprawnie namierzyć i wytypować tę najbardziej paskudną postać, jeśli tylko przyjmie się do wiadomości, że osobowości nachalnie portretowane jako potwory można odrzucić, szukając grozy tytułowego sekretu. A musi się on wydobyć z całej mielizny ludzkiej, z tego przygnębiającego koła wzajemnej adoracji – ludzi do cna zepsutych, niemoralnych, wygodnych i nastawionych na to, że niejedno można zamieść pod dywan. Drugi zarzut: sztuczna psychologizacja. Rozważania na temat różnych typów zaburzeń osobowości mają zwrócić uwagę na to, że przedstawiane fakty, coraz mroczniejsze i bardziej przerażające, wynikają z takiego, a nie innego stanu emocjonalnego bohaterów. To mało wiarygodne, dodawane na siłę. Można natomiast na tę narrację spojrzeć jak na interesujące psychologiczne studium tego, na ile sposobów okrutne dla siebie mogą być kobiety – tak czytana powieść jest rzeczywiście czymś przykuwającym uwagę. Bo zdecydowanie kobiety będą postaciami pierwszego planu, choć Marwood próbuje skierować naszą uwagę na kogoś innego. Kobiety w sieci kłamstw, w których dostrzec można ich charyzmę, słabości i bezkompromisowość.

Tymczasem to nie wokół kobiet koncentruje się początkowa faza intrygi, lecz wokół niezwykłego zniknięcia trzylatki bogatego ojca, dewelopera. Sean hucznie obchodzi swoje pięćdziesiąte urodziny. U boku kolejnej żony, z którą rozstanie planuje bardzo metodycznie, ze szczegółami. Claire jest u jego boku udręczoną panią domu tracącą swój status i narażoną na kpiny przyjaciół męża, którzy starają się dobrze bawić, nie zważając na obecne przy nich dzieci. Kobieta jest odpowiedzialna za dwójkę z nich, rozkoszne bliźniaczki. Coco i Ruby to kolejne córki Seana. Z tymi starszymi kontakt jest już trudny. Obie lekceważą ojca po tym, gdy on zlekceważył ich przybycie. Granicę między nieodpowiedzialnymi dorosłymi a znużonymi i zagubionymi dziećmi przekracza natomiast piętnastoletnia Simone. Nie odnajduje się w kontaktach z tymi, z którymi powinna tworzyć więzi. Wchodzi w relacje bardzo niezdrowe. Z kimś, kto nie jest świadom tego, do czego mogą doprowadzić. Simone widzi pełen hipokryzji świat dorosłych i zauważa jednocześnie, jak bardzo infantylnie postrzegają świat ci, których w obchodach urodzin Seana traktuje się jak balast.

Kiedy nagle znika Coco, cały świat dowiaduje się o tym błyskawicznie. Prowadzone na szeroką skalę poszukiwania nie przynoszą żadnych rezultatów. Odstawiona na boczny tor Claire cierpi podwójnie – jej ukochana dziewczynka staje się już tylko imieniem ze znakiem zapytania. Wszystko, co miało scementować związek z Seanem, rozpada się. Należy ratować przed destrukcją drugą córkę. Wydostać się z dusznego świata kłamstw, które otaczają zewsząd majętnego męża. Autorka „Zabójcy z sąsiedztwa” portretuje niechciane dzieci i porzuconą kobietę. Przenosząc akcję w czasie i ukazując bohaterów po latach, każe ponownie zastanowić się nad tym, co wydarzyło się w ostatnich dniach sierpnia 2004 roku, dwanaście lat przed nieoczekiwaną śmiercią Seana.

Prowadzona symultanicznie narracja odsłania szczegóły feralnego wieczoru, podczas którego zniknęła Coco, i czas, gdy dwie córki Seana przybywają na jego pogrzeb, konfrontując się z tym samym, wciąż niezmiennym gronem znajomych ojca. Camilla reaguje na wieść o śmierci ojca z dużą dozą obojętności. Sama wiedzie niezobowiązujące życie, w które już dawno wdarł się chaos. Telefon od znienawidzonej macochy Claire wydobywa ją z odrętwienia. Okazuje się, że piętnastoletnia już Ruby chce pożegnać ojca, a matka nie jest gotowa na to, by ruszyć z córką w drogę. Camilla nawiąże specyficzną więź z Ruby. Dwie córki Seana, jedyne z rodziny gotowe towarzyszyć mu w ostatniej drodze. Dlaczego więzi rodzinne w życiu denata ulegały takim przemianom i ostatecznie destrukcji? Co zrozumie Camilla, przybywając ze swą przyrodnią siostrą do domu ojca, w którym rządzi kolejna żona Seana? Alex Marwood długo przygotowuje grunt pod spektakularny punkt kulminacyjny. Potem dochodzi do wniosku, że najlepsze zostawi dokładnie na sam koniec. Czy rzeczywiście najlepsze? Sprawa Coco zdaje się schodzić na dalszy plan, kiedy obserwujemy, co toksyczne relacje rodzinne i wielkie poczucie odrzucenia mogą robić z ludźmi niezdolnymi do nawiązywania bliższych relacji w życiu.

Sekretów na kartach tej powieści jest tak wiele, że chwilami odnosi się wrażenie, iż tym razem Alex Marwood po prostu przekombinowała, a co za tym idzie – zapętliła się w swej historii, której finał zda się do odczytania dużo wcześniej, niż pozwala na to sama autorka. Dlatego „Najmroczniejszy sekret” nie będzie – jak dwie poprzednie książki brytyjskiej autorki – powieścią zaskoczeń i pisarskiego nokautu na czytelniku. Znaczna część tej opowieści wydaje się po prostu nużąca. Przykuje uwagę polski wątek, ewentualnie historia Claire wzbudzającej najwięcej ambiwalentnych odczuć. Reszta jest przejaskrawiona i mało wiarygodna. Boleśnie odsłaniająca te cechy ludzkie, w których nie da się już niczego – np. stopnia zła – niuansować, a tym samym czymkolwiek zaskakiwać. W dość przyzwoitym stylu powieść zmierza jako tako do końca, ale zafundowane nam dłużyzny wraz z dosyć męczącymi rysami psychologicznymi niektórych bohaterów powodują, że tym razem odkłada się książkę Alex Marwood na półkę nie z poczuciem satysfakcji, lecz znużenia. „Najmroczniejszy sekret” to w dużym skrócie powieść o dorosłych o mentalności dzieci, nad wyraz dojrzałych emocjonalnie dzieciach i fatalnych zbiegach okoliczności, a także o nierozwadze i braku odpowiedzialności za drugiego człowieka. W zasadzie wszystko to już było – jest nadal, porozrzucane w fabułach innych, podobnych powieści.

2017-05-20

„Costello. Przebudzenie” Liliana Hermetz

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 10 maja 2017

Liczba stron: 192

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Poza tabu

Kiedy podejmie się wysiłek rozmowy o własnym ciele i jego potrzebach, zawsze w konfrontacji z drugim człowiekiem pojawi się rumieniec wstydu lub ta mentalna bariera, poza którą można operować ogólnikami, eufemizmami i zwyczajną nieprawdą, asekurując się w temacie. Myślę, że te granice w każdym z nas, kiedy dzieje się to, co opisuję wyżej, penetruje z literacką wnikliwością Liliana Hermetz w swojej nowej, niezwykłej książce. „Costello. Przebudzenie” to rzecz o ludzkim ciele, o niemożności literatury w opisywaniu jego potrzeb naprawdę, ale także niezwykle inteligentna narracja o potrzebie wyzwolenia, wyjścia poza nakreślone schematy; emancypacyjna książka o tym, że możemy śmiało opisywać każdy niuans ludzkiej natury, a brakuje nam narzędzi oraz śmiałości do opisania cielesności oraz związanych z nią potrzeb. Autorka napisała książkę w pewnym stopniu autotematyczną, ale także historię inicjacji, zaskoczeń, rozczarowań i satysfakcji – o tym nie pisze się ani odważnie, ani pewnie. Przypominają mi się ciekawe próby sankcjonowania związków literatury z cielesnością, których podjął się Wojciech Kuczok w „Obscenariuszu”. Hermetz robi to bardziej dokładnie, niezwykle uważnie, z równie dużą empatią, co ciekawością. Gra z literackimi konwencjami, ale przede wszystkim stawia sporo trudnych pytań retorycznych. Zwykle wiemy, co myślimy, jednak nie rozumiemy tego, co czujemy. Czy o intymności związanej z uczuciami i ciałem mamy rozmawiać publicznie? Czy potrafimy rozmawiać z samymi sobą?

Elisabeth Costello, postać literacka stworzona przed południowoafrykańskiego noblistę J.M. Coetzeego, wyzwala się spod wpływów swojego Kreatora, chce stanowić sama o sobie, sama siebie zgłębiać i uwolnić się od wszelkich ograniczeń konwencji literackiej. Jednym słowem – chce być kobietą z krwi i kości, a nie wymysłem znanego literata. Już sam ten pomysł sytuuje prozę Hermetz pomiędzy tymi wszystkimi odważnymi książkami, które łamią ograniczenia recepcji literatury, wychodząc gdzieś w sferę przeżyć i doznań nieznanych ani autorom, ani czytelnikom. Costello wydobywa się gdzieś poza niedoskonałość literatury – w dwóch wymiarach. Jako pisarka, która przestanie zgłębiać to, co do tej pory czyniła fundamentem swoich książek. Jako bohaterka obdarzona życiem przez mężczyznę, spod którego władzy chce się wydobyć. Costello uzna, że w jej życiu czas na przełom. Że „czuje siebie inaczej” i od tego zacznie się wszystko, co tworzy wieloznaczną fikcję literacką tej opowieści.

Costello zaczyna żywić przekonanie o tym, że na różnych etapach naszego życia i z różnymi opowieściami oraz konwencjami literackimi wciąż pojawiają się istotne ograniczenia, które nie pozwalają nam na prawdziwy kontakt z ciałem, jego potrzebami. Wszyscy mamy cielesność i to ona określa nas w pierwszej kolejności. Nie wszyscy jednak są w stanie wejść z nią w jakikolwiek związek. Ciało jest używane, a nie podmiotowo zaspokajane. Bohaterka Hermetz odkrywa to w samej sobie, a potem – częściowo prowokacyjnie, częściowo z pewną bezradnością – postanawia wykorzystać wizytę we Włoszech i zamienić relacje z ludźmi, którzy przyszli jej posłuchać podczas promocji kolejnej książki, na niebywale intymne i jednocześnie odważne skonfrontowanie z tym, jak postrzega się ciało oraz ludzką seksualność. Chce wyjść nie tyle poza wstyd i ograniczenia, ile przede wszystkim poza pewną formę nazywania tabu oraz omijania tego, by prawdziwie poznać najintymniejsze z naszych potrzeb. Efekty tych konfrontacji są różne. Liliana Hermetz zestawia przemyślenia swojej bohaterki z tym, jak odbierają je ludzie i co sami sądzą o tym, że literatura zapiera się przed pełnym i wielopłaszczyznowym ukazywaniem… emocjonalności ciała.

To też opowieść o tym, jak silnie kulturowo, socjologicznie, społecznie i intelektualnie osiadają w nas tematy zakazane, czyniąc się zakazanymi tylko w związku z czymś, w jakichś relacjach ze światopoglądem otoczenia. Odważna Costello nie tylko teoretyzuje. Tu nie ma już miejsca na odwrót, niepewne teorie, kilka tropów prowadzących donikąd, nieśmiałe próby werbalizacji dotychczas nienazwanego. Liliana Hermetz i jej bohaterka idą na całość. Chcą odsłonić jak najwięcej i pokazać, ile form bezradności ludzkiej kryje się w tym odsłanianiu. Obie potrafią być bezkompromisowe, ale nie są wulgarne. Potrzebują słów, by nazwać wszystko tak, jak dotychczas o tym nie mówiono. Dlatego lektura „Costello. Przebudzenie” to obcowanie z czymś specyficznie wyjątkowym, czymś drapieżnym i jednocześnie przesyconym ciepłem, głęboką empatią. Dla ciała, ale także metod opowiadania o nim. Z pokłonem literackim dla wszystkich tych, którzy rozumieją tę złożoną bezradność, jaką zaakcentowałem wyżej.

Czyta się to wyśmienicie i choć są momenty, w których Hermetz jakoś dziwnie naciąga fabularną strukturę książki (jak wtedy, gdy widzimy, że wydzielająca nagle erotyczną aurę autorka zniewala swego tłumacza), nie ma żadnego rozczarowania – jest swoisty spektakl, w którym role główne odgrywają język, literatura, ciało i poczucie samostanowienia. To historia o tym, w jaki sposób można wyzwolić się z narzuconego niedopasowania i jak walczyć o wewnętrzną harmonię z tym, czego w niej się nie uwzględnia – z własnym ukochanym ciałem. To nie tylko przewrotna narracja o tym, jak pokochać je w kilku wymiarach, ale przede wszystkim forma literackiej polemiki z konwencją pisania między innymi samego Coetzeego. Hermetz przewrotnie pyta o to, dlaczego pisarz nie umie z pełną śmiałością i sugestywnie dostać się do ludzkiego ciała, otoczyć je troską, opisać ową intymność bycia z sobą. Myślę, że to książka z pewnym feministycznym sznytem, ale przede wszystkim historia, w której przegląda się jak w lustrze ludzka nagość razem z wstydliwością i bezradnością. Autorka portretuje świadomą siebie bohaterkę, która działa wbrew regułom, konwencjom, przekonaniom innych i oczekiwaniom tychże. Wyzwala swoją Elisabeth nie tylko spod wpływów J.M. Coetzeego. Stawia ważne pytania o to, jak silnie powinniśmy być związani z własną cielesnością i na ile jest ona wyznacznikiem naszej tożsamości w wymiarze ogólnym. Liliana Hermetz opowiada wszystko pięknym językiem – dosadnym i prowokującym, ale dbającym o czułość i nazywanie spraw ze szczególnym wyczuleniem na szczegóły. Takim, jakiego brakuje nam, gdy chcemy zwerbalizować kontakt z ciałem. Intrygująca książka!

2017-05-18

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcin Wicha

Wydawca: Karakter

Data wydania: 5 maja 2017

Liczba stron: 198

Oprawa: twarda

Cena det.: 37 zł

Tytuł recenzji: Ślady

Marcin Wicha opowiada o rodzicach, proponując nam przejmujące, pełne drobiazgowej czułości do detali książki. Duch ojca unosił się nad „Jak przestałem kochać design”, bo po tym, jak ojciec zakorzenił w synu umiłowanie do porządku, Wicha postanowił uporządkować sprawy związane z estetyką projektowania, którym się na co dzień zajmuje. „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to książka dużo bardziej przejmująca, osobisty tryptyk będący formą czułego epitafium. Zbiór tekstów pisanych krótkimi, rwanymi frazami, który mówi o niegotowości na odejście matki i jednocześnie o tym, że trzeba się z nim zmierzyć w każdym możliwym wymiarze. Pozostają słowa i przedmioty, a także pamięć ostatnich trudnych dni, o których opowiada ściskająca za gardło trzecia część książki. Całość przemawia do nas z wielką siłą nie tylko dlatego, że odejście matki to zawsze i wszędzie najbardziej traumatyczne przeżycie, jakiego zaznajemy. „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to także opowieść o tym, że książki mogą stanowić pewien niezwykły pomost między życiem a śmiercią. Literatura w nowej roli idzie w parze z całą masą tych uciążliwych drobiazgów, z którymi jakoś trzeba się uporać. Nie można ich wyrzucić, bo stanowią dowód życia, które ukształtowało autora. Tego życia, którego już nie ma. Wyjątkowo przejmująca rzecz o bolesnym braku. O tym, że zmarli zaczynają żyć intensywnie dopiero po swojej śmierci.

Nasuwa mi się skojarzenie z dziennikiem żałoby „Umarł mi” Ingi Iwasiów. Podobnie niepozorna objętość i równie poruszająca treść. Bo kiedy Iwasiów pisze o ojcu: „(…) skoro umarł, muszę jeszcze bardziej mieć go w sobie”, to widać wyraźnie, że Marcin Wicha podziela to przekonanie. Matka staje się bliższa, ważniejsza, bardziej obecna po odejściu. Opowiada siebie na nowo w wyobraźni syna. Ten zbiera i kataloguje dowody tego, jak żyła, czym żyła, czego się bała i co ją cieszyło. Powstaje kolaż złożony z przedmiotów, emocji i słów. To matka nauczyła Wichę szacunku do słowa i precyzji w jego używaniu. To specyficzne epitafium jest dowodem tego, że nauka była skuteczna. Czytamy o tym, w jaki sposób rzeczy potrafią mówić, jak porządkują czas miniony i w jakim wymiarze każą go rozumieć. Jak pozwalają oswoić pustkę, będąc smutnymi i ważnymi jednocześnie substytutami życia, jakie chce się przy sobie zatrzymać.

Matka była zasadnicza, mądra, bezkompromisowa i przepełniona rozmaitymi lękami. Szła przez życie z pewną zadziornością, ale i poczuciem, że są sprawy, wobec których jest bezradna, często bezsilna. Broniła się przed chaosem, porządkując każdy kolejny dzień. Także w słowach, a może przede wszystkim w nich. Stała obok syna w czasami trudnej symbiozie. Zawsze czujna i uważna. Wiedziała, że to się kiedyś skończy, że on zostanie bez niej. Wiedziała, ale nie do końca rozumiała ogrom straty. Marcin Wicha nie roni łez albo też o łzach nie pisze, trzeba napisać o czymś zupełnie innym. Nie ukrywać spraw prywatnych, ale także nie czynić tej narracji niezdrową formą ekshibicjonizmu emocjonalnego. Wie, o czym pisać. O dowodach na matczyną podmiotowość. Tych wyrzutach sumienia, które teraz trzeba uporządkować. O wszystkich książkach, z którymi matka szła przez życie, a które teraz przywiązują się do syna, nie dają się opuścić, nie chcą stać się zbędną makulaturą, nad którą antykwariusz pokiwa głową z politowaniem. Lata gromadzenia i imperatyw matczynego porządku pozostawiają teraz spadkobiercę z dylematami – co oddać, zniszczyć, co ze sobą zabrać; z czym się związać i co nieść przez życie jak pamięć o tej, która zawsze pamiętała, by mądrze wyprawić syna w świat.

Wicha pisze, że żyła zadaniowo, od jednej do drugiej sprawy. Teraz sprawa jest tylko jedna – umieć zapamiętać i zrozumieć. Nie tylko czas miniony, który autor odtwarza z czułą dokładnością. Chodzi o oswojenie pustki wypełnionej przedmiotami. O niemożność zdecydowania, które z nich mają przetrwać, pozostać blisko. Rozumne zawadiactwo matki trzeba teraz przekuć w kompletowanie martwych pamiątek po niej. Tych mających dawać świadectwo i wiązać przeszłość z czasem przyszłym, gdzie nie będzie już żywego człowieka, a jedynie to, co po nim pozostaje. Zmarli są przy nas bardziej intensywnie. Marcin Wicha udowadnia to, przeglądając matczyne książki, wspominając jej bunty i sprzeciwy, pokazując całą złożoność osobowości otoczonej rzeczami. Podmiotami zupełnie innej historii – tej, której zmarła nie może już opowiedzieć.

Ujmujące wyjątkowym poczuciem humoru i sentymentem są te fragmenty książki, w których dowiadujemy się, jak nowe rzeczy i nowe sprawy były oswajane i rozumiane za pomocą matczynych wykładni. A był to czas, w którym na nowość wydawniczą się polowało. Czas, kiedy do jednej książki wracało się wiele razy, za każdym odkrywając w niej coś nowego. Litery i zdania z woluminów, które przytulała do siebie matka, nie pozwalają teraz dać o sobie zapomnieć. Marcin Wicha musi uporządkować nie tylko księgozbiór. Przede wszystkim skatalogować pojęcia, którym trzeba zmienić nieco definicje. Opowiada o tych książkach, których matka nigdy nie porzuciła, i o tych przygodach z literaturą, które zapoczątkowała jej bliskość.

Ona mówiła zawsze wprost, wszystko dosadnie, niczego nie niuansując. Jak wypowiada się teraz syn? Czy nie jest przypadkiem tak, że jest porzuconym dzieckiem, któremu nie wyjaśniono wszystkiego, nie oswojono z grozą, przy jakiej słowa mogą być niewystarczające? „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to przede wszystkim przepiękna polszczyzna, sugestywne kadry wspomnień, zdania zajmujące uwagę na bardzo długo i frazy opisujące to, co pozostało – w każdym możliwym wymiarze. To nie jest łatwa książka i w porównaniu z książką o designie jest pełna niepewności, wahania i zwodniczej melancholii. Jest jednocześnie bardzo odważna. Pokazuje odwagę kryjącą się w słowach opowiadających koniec i tym samym torujących drogę do nowego początku. Wicha opowiada o bliskości z tym, co literackie, oraz obcości pustki – pośród rozrzuconych rzeczy i uporządkowanych pozornie, lecz czasem zupełnie bezradnych słów. Piękna, wzruszająca, mała książka o wielkich sprawach związanych ze śmiercią oraz pamięcią o niej.

2017-05-16

„Tam” Natasza Goerke

Wydawca: Czarne

Data wydania: 19 kwietnia 2017

Liczba stron: 152

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Własne miejsce

Przepiękna książka o przynależności i miłości do miejsca. O sposobie, w jaki to miejsce kształtuje na zawsze, przyciąga do siebie – czasem wymuszając bolesne powroty i specyficzną ulgę ponownego przybycia. „Tam” to po części reportaż, po części poetycka etiuda, po części zaś intymny dziennik przeżyć osadzony w konkretnym miejscu. Natasza Goerke – w nowej literackiej roli – opowiada nam Nepal w sposób delikatny, stonowany, jednocześnie też zasadniczy i podporządkowany specyficznemu tempu. Czas w Nepalu płynie inaczej. W czasie zanurzona jest też charakterystyczna perspektywa tej opowieści, bo autorka nieprzypadkowo nazywa tę książkę „fraktalnymi zapiskami”. Już w kwestii formalnej publikacja odnosi się do miejsca, z którego się wydobyła. W Himalajach słońce wschodzi na różowo, a kwiecień – miesiąc wydania – to ponoć najpiękniejszy himalajski czas. To, co piękne u Goerke, to przede wszystkim umiejętność wejścia w sposób widzenia świata przez Nepalczyków i oddanie polskiemu czytelnikowi specyfiki tego sposobu. To nie tylko kwestia doboru słów czy tematów. To bardzo charakterystyczna książka o wszystkim, co Nepal wyróżnia, i wszystkim, co czyni go wyjątkowym. Na tyle wyjątkowym, żeby związać się z tym państwem pośród gór na zawsze. Intensywnie, zachłannie i jednocześnie bardzo subtelnie. „Tam” zabiera nas w podróż po dwóch Nepalach – tym rzeczywistym, ze wszystkimi absurdami, bolączkami i obrazami piękna, ale także tym mentalnym, tkwiącym już głęboko pod skórą i w świadomości Goerke. Tak pięknie zaczarować opisywany świat może tylko ktoś, kto darzy go głęboką miłością. Będzie to zatem w pewien sposób opowieść miłosna. Intymna, a jednocześnie w dużym otwarciu, ze swymi dynamicznymi historiami opowiadanymi na jednym wydechu, pisanymi niemal jedną frazą.

Nepal jest dla nas odległy nie tylko w sensie geograficznym. Nie tylko dlatego, że jest krajem tak zwanego Trzeciego Świata wciśniętym między potężnych sąsiadów o dyktatorskim usposobieniu. To nie tylko fragment lądu między Indiami a Chinami, który jak żaden inny wchodzi w bliski związek z himalajskimi szczytami. Nepal jest odrębny, specyficzny, niezbadany – albo badany bardzo pobieżnie przez spieszących się wszędzie turystów, których Goerke opisze z odpowiednią dozą ironii i dystansu. Nepal jest nam daleki być może przede wszystkim w kwestii upływającego tam czasu. Teraźniejszość nabiera zdecydowanie wyraźniejszych konturów nie tylko dlatego, że wielu Nepalczyków toczy po prostu codzienną bitwę o przetrwanie kolejnego dnia. Ten kraj zatrzymuje w sobie lokalny koloryt i sam jest miejscem, gdzie inaczej spogląda się na czas. Nie jest on czymś, co terroryzuje, wpędza w kompleksy albo poczucie zagubienia. Dziś przyspieszył jak wszędzie na świecie, ale mimo tego globalnego spadku po tak zwanej nowoczesności w Nepalu oddycha się, myśli, działa i rozumie świat na nieco innej płaszczyźnie czasowej. Manewrując tym pojęciem, Natasza Goerke sygnalizuje, że koniec jej opowieści jest początkiem, a całość podporządkowana jest dwóm zasadniczym odczuciom – satysfakcji z tego, że jest się blisko, i wielkiej tęsknoty oddalenia.

Autorka związała się z Nepalem już w latach osiemdziesiątych minionego stulecia. Dzisiaj ten związek jest przede wszystkim silniejszy i bardziej świadomy, ale jednocześnie naznaczony śladami bolesnych przemian, których Nepalczycy doświadczali na własnej skórze w sposób bardzo dotkliwy. Nie chodzi tylko o trud transformacji ustrojowej, który z królestwa uczynił pełną wewnętrznych pęknięć i absurdów republikę. Chodzi o sporą ingerencję świata zewnętrznego, któremu jakby łatwiej teraz pokonać barierę górską i wdzierać się do Nepalu w wielu możliwych sferach. Goerke opowie o tym, jak miejsce, które oswoiła i pokochała, zmuszone zostało do tego, by oswoić i przynajmniej polubić cały szereg niewygodnych zmian. Egzemplifikują je ci niesforni turyści, którym poświęconych jest kilka rozdziałów. To jednak kwestia tego, że Nepal jest jakby rozpaczliwie zakorzeniony w takim świecie wartości, z którym trudno dzisiaj stawiać czoła rzeczywistości. Niezmienne zdają się tylko różowe wschody słońca i kwietniowe piękno. Wszystko inne naznacza na zawsze. Autorka opowie o śladach Nepalu w sobie, które musiała rewidować, musiała uczyć się kochać ten kraj inaczej, w odmienny sposób.

Nepal to kraj introwertyków. Ludzi żyjących do wewnątrz i stanowczo okopujących się w świecie przeżyć, którymi niekoniecznie chcą się dzielić. Nepal może nauczyć Europejczyka empatii, ale także pokory. Kontrasty społeczne, różnorodność religijna i kulturowa, a wokół tego stałe opresje nawarstwiające się z dekady na dekadę – wszystko każe nam widzieć Nepal jako miejsce, w którym jak w kalejdoskopie zmienia się bardzo wiele, ale którego mieszkańcy nie są skłonni do zmian wewnątrz siebie. Goerke opowiada o zaskoczeniach, frustracjach i boleści życia w biedzie. O tym, że nie ma perspektyw, kiedy się ich nie wypracuje. Wie, że jest na uprzywilejowanej pozycji, bo może kochać Nepal, nie walcząc o swoją tożsamość w nim. A może jednak bliskość z Nepalem to ciągłe rewidowanie tego, czym on jest w sercu i umyśle? Ciągłe zadawanie sobie pytania o istotę tej specyficznej bliskości? Myślę, że „Tam” powstało przede wszystkim dlatego, że czasami niewygodnie jest być blisko z Nepalem, a czasami to zrośnięcie z tym miejscem wydaje się czymś najbardziej naturalnym i oczywistym. Ta piękna książka opowiada o tym, jak ów górski kraj pozwolił się pokochać, ale także o tym, dlaczego ta miłość czasami bywa trudna, wymagająca.

Natasza Goerke zmienia sposób opisu rzeczywistości w zależności od tego, co chce nam pokazać. Jeśli siebie wrośniętą w Nepal – fraza jest delikatna, subtelna i poetycka. Jeśli sam kraj miotany wciąż rozmaitymi przemianami – język staje się dynamiczny, żywy, nierzadko charakteryzujący się specyficznym rodzajem humoru. „Tam” jest książką wielu opowieści, ale jednej silnej więzi. Pokazuje, w jaki sposób człowiek zakorzenia się i zrasta z miejscem, do którego trudno się przywiązać i które nie jest wdzięczne za to przywiązanie. Chciałoby się zobaczyć Nepal z takim przewodnikiem jak Natasza Goerke. Wydobyłoby się z niego coś, czego nie znajdziemy w żadnym przewodniku. „Tam” to przewodnik przede wszystkim po emocjach i książka o czułości. Punktuje to, co wymaga punktowania, ale przede wszystkim tworzy narrację otwartą. Po lekturze nabiera się ochoty na Nepal portretowany z taką wnikliwością i w tak oryginalny sposób. „Tam” otwiera się po zamknięciu ostatniej strony. Uwielbiam książki pozostawiające mnie w takim rodzaju zawieszenia i ciekawości jak ta. Ważna we fragmentach, wyjątkowa jako całość. Bardzo osobista, ale nienarzucająca się. Goerke zaprasza, sugeruje i przede wszystkim rozmawia sama ze sobą. W kameralnej tonacji i wyśmienitym stylu.

2017-05-12

„Patrzę” Monika Mostowik

Wydawca: JanKa

Data wydania: 15 maja 2017

Liczba stron: 328

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: Podglądanie relacji

Bardzo długo było nam dane czekać na kolejną książkę Moniki Mostowik. „Patrzę” to wynagradza, bo skutecznie przyciągnie wielbicieli krótkich form narracyjnych autorki, ale także tych, którzy w opowiadaniach chcą widzieć dużo więcej niż opisywaną historię. Tutaj mamy taki egzystencjalny tryptyk złożony z miniatur literackich, ale także z tekstów zdecydowanie rozbudowanych, niejako zarysów powieści. Podstawowym pytaniem, jakie zadają sobie bohaterki Mostowik, jest: czy można naprawdę opowiedzieć siebie, wyrazić się w mnogości słów bez znaczenia? „Nikt nie zauważył, że tu jestem” nadzwyczaj wyraźnie podkreśla, że pośród pustki tego, co wypowiadane, należne znaczenie trzeba oddać słowu zapisanemu. W związku z tym Monika Mostowik zapisuje – historie, ale i stany emocjonalne z nimi związane. Konfrontuje nas z prawdziwą kobiecą nagością, jej prawdziwym wstydem, ale również z prawdziwą dumą, pewnością własnych doświadczeń. Kobiety portretowane są często jako niepełne, zmierzające w jakimś kierunku. Bo bohaterki „Patrzę” znajdą się w sytuacjach granicznych bądź krytycznych nie po to, by dramatyzować te teksty. Muszą zderzyć się same ze sobą, ze swoją bezradnością lub przesadną pewnością siebie. Muszą zajrzeć w głąb. Nazwać swoje uczucia. Niejednokrotnie przy pomocy tej drugiej – czasem przyjaciółki, niekiedy kochanki, często towarzyszki życia współdzielącej wyobcowanie. Ten zbiór opowiadań działa na wyobraźnię przede wszystkim dlatego, że autorka portretuje tożsamość jako składową relacji i konfrontacji z własnymi doświadczeniami. Wydobywa bohaterki ze smutku albo melancholii, wybija je z utartych schematów codziennego życia. Rejestruje różne odcienie samotności i siły. Oddaje do naszych rąk trójdzielną opowieść o tym, jak złożone i fascynujące mogą być relacje kobiece.

Dlaczego trudno tworzyć opowieści o sobie? Największy problem mają z tym bohaterki „Słońca”, jednego z wyróżniających się w zbiorze opowiadań. Przypadkowa letnia znajomość zamienia się w zależność niemalże toksyczną. Przyjaciółki domagają się od siebie opowiedzenia swojego życia. Pojawiają się blokady. Niemożność zwerbalizowania treści i sensu. Można zastanawiać się, czy gra w szczerość w tym tekście nie jest przypadkiem autorską grą niedopowiedzeniami i czy zwodzi na manowce. Pewne jest natomiast, że bardzo często prawdy o sobie kobiety Mostowik poszukują głównie w relacji z drugą kobietą. Ta bliskość warunkuje ujrzenie siebie naprawdę. Dostrzeżenie pustki, ale czasem i pewnej wartości w tej pustce wewnętrznej. Widzimy to w opowiadaniu tytułowym, w którym obsesja podglądającej każe jej skonfrontować się ze sobą, gdy treść życia zapełniają obrazy z podejrzanego życia sąsiadki. Bohaterka chce wejść w nieznany jej życiorys, by określić samą siebie. Podobnie dzieje się w narracji „Dom”, gdzie lokatorka mieszkania po zmarłej wpada w obsesję uczestniczenia w życiu, które się skończyło, i tropi jego ślady. Wszystkie kobiety wędrujące po śladach innych kobiet wcześniej czy później uświadamiają sobie, co je do tego skłoniło. Pochylają się nad własną bezradnością i pomagają sobie – mimo wszystko – wyraźnie zaznaczyć kontury własnego świata. Zamykające książkę opowiadanie „Bajka o siostrach” mocno podkreśla tę istotną podwójność, z której wydobywa się prawda o każdej z bohaterek. Wszystkie stają się siostrami w swoim cierpieniu, w swej bezradności i poczuciu niedostosowania. Ale nie są mimo wszystko same.

Najciekawszym opowiadaniem o specyfice bliskości dwóch straumatyzowanych kobiet jest opowiadanie „Urodziny”, świetnie zresztą zekranizowane przez Wiesława Zielińskiego. Tam jest wszystko, co charakteryzuje opowiadające w innych tekstach. Wejście w toksyczną zależność i odnalezienie się w niej po swojemu. Bez konsekwencji uległości, a z poczuciem, że oto ktoś nazywa rzeczy za mnie. Określa mnie w najlepszym możliwym wymiarze. Intymnym. Ta intymność portretowana w kilku możliwych wymiarach powoduje, że odebrać można teksty Mostowik nie tylko jako świadectwa skrywanego wstydu, ale przede wszystkim jako opowieści, dla których nie ma miejsca w codziennym życiu, bo ta codzienność nie jest intymna. Zamknięcie się w przeszłości, hedonistyczna teraźniejszość, analizowanie swojej pozycji w czasie przeszłym – w każdej płaszczyźnie prawda o kobietach ujawnia się poprzez dostrzeżenie sfery jej intymnych doznań. Dlatego „Patrzę” to może być niezwykle odkrywcza lektura przede wszystkim dla mężczyzn. Dla tych wszystkich, którzy nigdy nie są w stanie wejść w ten intymny rewir – z różnych powodów z niego wykluczanych.

Monika Mostowik pokazuje w swych kobietach ich kompleksy i zahamowania warunkowane tym, w jakim środowisku żyją i w jaki sposób są postrzegane. Czasami stanowią tło. Bohaterka z opowiadania pod tym tytułem „Tło” zauważana jest jako tancerka tylko przez pryzmat kalectwa. Potem staje się niewidzialna. Niewidzialne są żony, kochanki, przyjaciółki i doświadczone przemocą domową dziewczynki, które wcześniej czy później musiały stać się stanowiącymi o sobie kobietami. Mostowik portretuje kobiecą podmiotowość, ukazując szczególne okoliczności, w których może ona ulec zatarciu. Tylko wówczas, gdy otoczenie przyjmuje daną rolę, dany status kobiety za coś pewnego, oczywistego. To rodzi dramaty opisane w tekście „Nie do pary”, w którym podporządkowana żona stara się za wszelką cenę uciec od określenia własnej osobności, albowiem zawsze wartość jej osoby związana była z człowiekiem, który nie potrafił należycie kochać.

A sam mężczyzna? Może być przekleństwem jak we wspomnianym wyżej opowiadaniu. Może stać się wybawieniem jak w „Przesądzie” – jedynym tekście, w którym Monika Mostowik na chwilę oddaje głos męskiemu bohaterowi. Mężczyźni są siłą sprawczą tego, że kobiety z „Patrzę” bardzo często spalają się w skrajnościach i coraz bardziej rozpaczliwie szukają odrobiny harmonii. Z dala od męskich ramion i nierozumiejących spojrzeń. Ta książka nie oferuje nam w zasadzie żadnej historii o spełnionym i harmonijnym związku kobiety i mężczyzny. Prezentuje za to różne formy udręki w byciu obok siebie. Namiętności i przeżycia spoza sfery doświadczeń mężczyzny, dzięki którym rozumie się samą siebie. Albo przynajmniej zadaje właściwe pytania o to, kim się jest. Męski czytelnik nie będzie wykluczony z „Patrzę”. Mostowik wie, że do jej tekstów zajrzą wszyscy, bez względu na płeć. Płciowość często jest klatką i męczącą dwubiegunowością, co podkreślają dylematy bohaterek „Ta mężczyzna” czy „Szkoła kobiecości”. Opowiadania wychodzą poza płciowość, ale także poza inne, bardziej zniuansowane podziały. Otrzymujemy zbiór bardzo dobrych, sugestywnych i oddziałujących na wyobraźnię opowiadań. W pełni kontrolowanych, jeśli chodzi o poziom egzaltacji, pretensjonalności czy nieudolności w opisach stanów emocjonalnych. Książka, na którą czytelnicy czekali od wielu lat, okazuje się najlepszą książką Moniki Mostowik.


PATRONAT MEDIALNY