2017-12-05

„Zgiełk czasu” Julian Barnes

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 25 października 2017

Liczba stron: 224

Przekład: Dominika Lewandowska-Rodak

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Sztuka i czas opresji

To już druga wydana w tym roku powieść, w której człowiek Zachodu przygląda się specyfice Rosji, jej mentalności, życiu społecznemu i unikalnej tendencji do tego, by trwać wbrew prawdzie, kreować wizerunek doskonałego państwa w mrocznym tyglu opresji. O ile jednak Amor Towles – bo mam na myśli „Dżentelmena w Moskwie” – proponuje nam opowieść o rosyjskich przemianach XX wieku w konwencji mniej groźnej i chwilami dowcipnej, o tyle Julian Barnes jest już śmiertelnie poważny. Interpretując losy Dmitrija Szostakowicza, opowiada bowiem o wiecznej bliskości śmierci. A jednocześnie o życiu wybitnego kompozytora, który żył być może za długo, by pozostać wyraźny i jednoznacznie zapamiętany. Siłą powieści Barnesa jest to, że wydobywa z biografii Szostakowicza wszystkie te dwuznaczności, wobec których sam kompozytor – fikcyjnie – musi się opowiedzieć na kartach tej historii. „Zgiełk czasu” mocno zapada w pamięć. Rekonstruując fakty, ale także oferując nam autorskie interpretacje wszystkiego, co mogło być niejednoznaczne. Towles opisywał Rosję z punktu widzenia anachronicznego arystokraty, któremu odbierana jest wolność. Barnes – nawiązując do biografii jednego z najbardziej znanych Rosjan – porzuca go gdzieś między iluzoryczną wolnością systemu a jego opresją. To bowiem powieść o artyście zmuszonym do konfrontacji z systemem. Zamienia się w coś na kształt eseju na temat siły sztuki i jej przynależności, ale przede wszystkim portretuje barwne i smutne dzieje człowieka, w którym tkwią heroizm oraz słabość. Barnes ukazuje tę ambiwalencję, tworząc jednocześnie uniwersalną historię o związkach wybitnej jednostki z opresyjną władzą. O tym, że nie sposób wydobyć się z toksycznej zależności, jeśli ma się jakikolwiek wpływ na społeczeństwo, którym wygodniej rządzić za pomocą terroru.

Artysta i totalitarny system – to temat co najmniej wtórny. A jednak „Zgiełk czasu” to powieść wyjątkowa. Niespieszny rytm narracji oddaje zarówno spokój w opowieści o tym, co prywatne, cenne i niepodlegające systemowi, jak i dynamiczną grozę opowiadania o zderzeniach z władzą – czy to pod postacią samego Stalina, czy też aparatu opresji, który nie pozwala Szostakowiczowi na złapanie oddechu na długo po tym, gdy kończy się stalinowski terror. Barnes opowiada o człowieku, który – w przeciwieństwie do swoich kolegów artystów – nigdy nie wybrał emigracji. Jako świadomy Rosjanin musiał mierzyć się ze wszystkimi absurdami państwa, w którym wieczna modyfikacja prawdy i rozpowszechnianie strachu kazały widzieć rzeczywistość jako paranoiczną. Szostakowicz był człowiekiem, dla którego niezależność była priorytetem, a doprowadzała do wielu tragicznych sytuacji. Jak to się stało, że szykanowany twórca przetrwał najokrutniejszy z systemów, otrzymując dodatkowo nagrody i wyróżnienia na przemian z nakazami zaprzestania działalności artystycznej? Jak udało mu się przetrwać czas, w którym wielu jego znajomych i całkiem mu nieznajomych ginęło z różnych powodów bez wieści? Bez możliwości wytłumaczenia się ze stawianych im, dodatkowo absurdalnych zarzutów?

Śmiertelna powaga opowieści idzie więc w parze z apoteozą witalizmu. Tej siły, która umożliwiała aktywny opór i stanowiła odskocznię od szaleństwa dziejów. W relacji artysta-władza Barnes portretuje te rozmaite niuanse, dzięki którym być może Szostakowicz przetrwał, choć recepcja jego muzyki uzależniana była od interpretacji władz. Julian Barnes obrazuje człowieka świadomego tego, iż tworzy coś, co określane jest jako szept historii mogący z całą mocą pokonać tytułowy zgiełk czasu. Ten zgiełk tworzą nie tylko wydarzenia, ale i poglądy; w nim skryta jest zabójcza moc wszelkiej maści oportunistów i hipokrytów, z którymi bohater książki musiał się mierzyć. To przede wszystkim jednak opowieść o tym, czym staje się sztuka interpretowana przez kolejne pokolenia. Jest uniwersalna, ale z drugiej strony poddana wpływom odbiorców. Muzyka Szostakowicza mówi w imieniu całej sztuki. Mówi o jej funkcjonalności i ponadczasowości. O tym, że nie może prawdziwie istnieć bez odbiorcy, ale to istnienie uwarunkowane jest wolnością i swobodą jej odbioru oraz interpretacji.

Geniusz i opresyjny system. Muzyka i polityka. Życie prywatne wobec tego, w jaki sposób Szostakowicz jest postrzegany przez pryzmat swojej twórczości. Mali ludzie analizujący wielkie dokonania. Dychotomii jest dużo więcej, bo to głównie na nich Julian Barnes opiera tę przejmującą powieść. Także na komentarzach samego bohatera, który surowo ocenia tych zamykających oczy na opresyjność systemu. Zarzuty kieruje między innymi do Shawa czy Sartre’a. Widzimy, że walczący z systemem bohater nie działa bez określonego kontekstu, ale jest w nim ta wielka gorycz i samotność, którym nie sposób się oprzeć. Wchodzimy bowiem w intymne rewiry życia tego, którego twórczość publiczna zawsze podlegała odgórnym interpretacjom.

Ciekawa jest konstrukcja książki. Tryptyk związany ze środkami przemieszczania się. Najpierw obrazowanie strachu w konfrontacji z windą, która niesie tylko w górę lub w dół, nie przemieszczając się, niczym sam Szostakowicz tkwiący w miejscu, udręczony huśtawką nastrojów. Potem pojawia się samolot, którego bohater się lęka, ale w którym odbywa podróż za ocean – w USA wyobcowany bardziej niż w swojej ojczyźnie. Na koniec samochód z szoferem obrazujący pewien luksus, ale także niezdolność decydowania o kierunku czy szybkości jazdy. Ta trzecia część wydaje się najbardziej sugestywna, bo w niej pojawia się miejsce na dokładniejsze analizy. Na stawianie pytania o to, jak bardzo i do kiedy trzeba walczyć o własną niezależność. W gruncie rzeczy bowiem Barnes opowiada nam uniwersalną historię walki o kontrolę nad własnym życiem i własnymi przekonaniami. Bohater książki nie jest kimś wyjątkowym. Nie poddaje się cenzurze, ale jednocześnie musi wejść z nią w pewien dialog. Ważna jest postać ze swoimi dylematami, ale dużo ważniejszy kontekst. Opowiadanie o rzeczywistości, która zagarnęła prawdę i uczciwość. To jedna z tych książek, które pokazują heroizm człowieka i jego okrucieństwo w budowaniu najbardziej przerażających form totalitaryzmu. Powieść o imperatywie wolności tworzenia i o jego zderzeniu z pułapkami systemu. Ponad wszystko jednak historia o tym, że człowiek potrafi być wielki, a wielkość jego twórczości jest czymś nie do zniszczenia. Wyjątkowo absorbująca i myślę, że pozostająca na zawsze aktualna, narracja o ocaleniu moralności i trwaniu wbrew absurdom dziejów. O tym, że ludzką świadomość zawsze tworzą inni ludzie oraz bolesne konteksty. Wydobywa się z niej to, co jest pochodną wpływów. A jednak Barnes pisze o niezależności. Bardzo pięknie i bardzo przejmująco.

2017-12-03

„Incognito” Tibor Noé Kiss

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 20 listopada 2017

Liczba stron: 170

Przekład: Daniel Warmuz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 31,50 zł

Tytuł recenzji: W rozdarciu

To poruszająca książka o egzystencjalnym wyobcowaniu egzemplifikowanym przez płeć. Tortura, której podlega bohater odnajdujący się w kobiecych strojach, idzie w parze z precyzyjnym opisywaniem samotności przedstawionej tutaj w kilku wymiarach – nie tylko płciowym czy społecznym. „Incognito” jest intymnym pamiętnikiem metamorfozy, która nie ma swojego końca. Książką o zawieszeniu, byciu gdzieś pomiędzy, o ustawicznym przekonywaniu siebie, że nowe życie wciąż jest możliwe. To także wzruszająca opowieść o przeszłości, skąd wydobywają się lęki i frustracje. Rodzinna historia zatomizowania i niepogodzenia z samotnością mimo jasnej deklaracji, która płeć determinuje działania. U bohatera stającego się bohaterką nie ma identyfikacji płciowej, dzięki czemu obserwujemy kolaż emocji i zawirowań wywołanych niemożnością przylgnięcia do świata oczekującego prostych deklaracji. Tibor czy Noémi? Rzutkość i sprawność dawnego piłkarza czy drżące ciało ukryte pod kostiumem, w którym wyjście na ulice oznacza narastające lęk i niepewność?

Tłumacz książki w posłowiu zaznacza, że to jedyna jak do tej pory węgierska książka o transpłciowości. Należałoby zatem zestawić ją z rodzimym dokonaniem literackim, które porusza ten trudny problem najtrudniejszej formy bycia w zgodzie – w zgodzie z samym sobą i swymi oczekiwaniami. Mam oczywiście na myśli poruszający „Brudny róż” Kingi Kosińskiej, w którym bohaterka idzie o krok dalej, bo decyduje się na zmianę płci. U węgierskiej pisarki obserwujemy pełną wahań i emocji dwuznaczność. Trud w określeniu, kim się jest płciowo, ale także w tym, by nazwać oczekiwania i priorytety wymuszone przez identyfikację z tym, co się nosi. Bo przecież wiadomo, że nie chodzi o damskie stroje, w których gustuje mężczyzna kwestionujący tym samym wszystko, co zdefiniowano pod hasłem męskości. W „Incognito” chodzi o intymną relację z samym sobą, o niepokój wewnętrzny, uwięzienie we własnym ciele, ale także o blokady emocjonalne wynikające z tego, skąd się wydobyło, jakie życie toczy się obok i kto lub co wymusza pewną wewnętrzną lękliwość. Poczucie, że nie można opowiedzieć siebie. Że zakończenie tej powieści będzie jednocześnie nienazwanym jeszcze początkiem. W tym znaczeniu „Incognito” to przede wszystkim proza wątpliwości. Pisana dynamiczną, rwaną frazą. Porządkowaną przez wyliczenia czy powtórzenia. Język jest gęsty od emocji, a całość świadectwem tego, że w ich zderzeniu z frazą nie ma nigdy kompromisów. Nie udaje się wyrazić tego, czym jest to rozedrgane życie gdzieś między płciami, ale także między czasem minionym i trudem określenia tego, czym będzie przyszłość.

„Brudny róż” Kosińskiej to między innymi świadectwo stygmatyzacji innego człowieka. U Kiss rozważania niekoniecznie wiodą ku temu problemowi. Owszem, są opisane wrogie czy pogardliwe spojrzenia innych – w sklepie lub w metrze. „Incognito” penetruje jednak osobowość pozostawioną samą sobie. W bezradności i osobności. Świetne są sceny, w których najbliżsi ludzie poznają „ekstrawaganckie” upodobania syna czy wnuka. Nie ma tam żadnego autorskiego komentarza, bo jest on zupełnie zbędny. To, w jaki sposób odbiera Tibora alias Noémi otoczenie, wydaje się w pewnym momencie schodzić na dalszy plan. Najważniejsza jest emocjonalna niegotowość do zmiany. Potrzeba wewnętrzna, która ją wymusza, ale jednocześnie też frustracja połączona z niepokojem, bo to taka forma wydobywania się z opresji i wpadania w kolejną.

Kiss doskonale punktuje momenty zagubienia, pokazując nam życie bohatera/bohaterki w formie nieco rozsypanych puzzli. Nie ma tu narracyjnego porządku. Jest krótki czas teraźniejszy i pytania o to, jak wydobyć z siebie prawdę, ale jest także przeszłość – wspomniana już i uwierająca, bo przecież portretowana tożsamość w konflikcie z czegoś się wydobyła, pochodzi z określonych kontekstów i uwarunkowań. Interesujący będzie rys charakterologiczny rodziny, w której nikt nie umie być blisko siebie, ale także nie potrafi znosić samotności. A z nią mierzy się Noémi, gdy podejmuje się odważnych prób nazywania świata i przeżyć w innym rodzaju gramatycznym.

Mocną stroną tej narracji jest wyjątkowa czułość do detali. Dbanie o to, by drobiazgi portretowały pewną całość. Kompulsywne palenie papierosów, robienie sobie makijażu, dobieranie dodatków i dbałość o to, by wyglądały efektownie. Tibor przechodzi w Noémi w stroju, ale potrzebna jest też dodatkowa siatka słów i zdań, by wyrazić to, co po tej metamorfozie ma miejsce. „Incognito” mówi o zawieszeniu, ale jednoczesnej determinacji – by walczyć, zdobywać i odkrywać. Kiss doskonale oddaje w języku z jednej strony pewność tego, kim chce się być, a z drugiej – pokłady lęku i drżenia. Wynikają z niegotowości albo przekonania, że nie można opuścić siebie – tego dawnego, ukształtowanego inaczej, być może też już zupełnie obcego, jednak wciąż bliskiego.

„Przekraczam próg” – tak brzmi pierwsze zdanie powieści. Myślę, że doskonale oddaje ono ten moment ludzkiej wątpliwości, w którym trzeba przedefiniować wszystko, co to tej pory było jasne i czytelne. „Incognito” nie jest zatem tylko przejawem niepokoju wywołanego przez to, że nie można się zidentyfikować z jedną płcią. To książka o symbolicznym przekraczaniu każdej granicy, której przekroczenie będzie się wiązać z absolutnym przewartościowaniem i postrzeganiem życia z innej perspektywy. Ta nowa ledwie się tutaj zarysowuje, ale sygnalizowana jest jednocześnie konieczność jej zmiany. Zarówno Tibor Noé Kiss, jak i Kinga Kosińska obrazują nam, jak trudno jest być z samym sobą i jak jednocześnie gorzkie jest to, że w krytycznej sytuacji można liczyć tylko na samego siebie. Na siłę, która musi wydobyć się z bezsilności. Dlatego trudność stawania się kimś innym to nie tylko kwestia pożegnania. To problem otwarcia – w nowym życiu, z nową tożsamością. „Incognito” opowiada o tym, jak bardzo trzeba się starać, by zadowolić samego siebie, zaspokoić pragnienia i umiejętnie wypracować równowagę między tym, co konieczne, a tym, co oczekiwane. To książka bardzo dramatyczna, ale jednocześnie pełna czułości, choć w niektórych rejestrach oddająca także pewną dozę autoadoracji. Warta poznania, bo zmienia ogląd rzeczywistości. Pokazuje, że komuś mogą się zamazać jej kontury i że kwestia identyfikacji płciowej może prowadzić do niejednej rozterki egzystencjalnej. To też rzecz o sile samostanowienia. Napisana w taki sposób, że ogólne przesłanie wydobywa się ze szczegółów – obserwacji życia codziennego, wsłuchiwania się w rytm bijącego serca, śledzenia upływu czasu. Dla zwolenników szukania kluczy interpretacyjnych w niuansach. 


PATRONAT MEDIALNY

2017-11-28

„Exodus” Łukasz Orbitowski

Wydawca: Sine Qua Non

Data wydania: 22 listopada 2017

Liczba stron: 446

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Monotonia zła

Rzadko który polski współczesny prozaik stawia sobie tak wysoko poprzeczkę, jak Łukasz Orbitowski ustawił ją swą „Inną duszą”. „Exodus” to zupełnie inna książka, ale z drugiej strony stale ta sama. Autora wciąż na nowo frapuje temat zła w bardzo wielu kontekstach. Najbardziej w zbliżeniu z człowiekiem, który zła dokonuje i musi za nie pokutować. To trochę jak z pisaniem Jakuba Małeckiego starającego się za każdym razem inaczej oddać egzystencjalne cierpienie. Ponownie zło jest tematem nośnym u Orbitowskiego, ale wydaje mi się, że tym razem ta nośność zamienia się w monotonię i nudę, w pisanie o niczym i gloryfikowanie różnych form bylejakości życia. Prywatna martyrologia głównego bohatera zdaje się nie mieć końca. Dowiadujemy się wciąż nowych, coraz bardziej koszmarnych rzeczy. Włóczymy się z nim po Berlinie, Słowenii i Grecji, a jedyne wytchnienie w tej opowieści o mrocznym wagabundzie dają retrospekcje, czyli narracja opowiadająca o tym, dlaczego mężczyzna imieniem Janek rozpoczyna na bogato swój europejski trip, podejmując dużą kwotę pieniędzy i wykupując cały przedział w pociągu do niemieckiej stolicy. Opowieść o czasie minionym przykuwa uwagę i wybudza z czytelniczego letargu, w jaki wpada się, śledząc teraźniejsze poczynania samotnego uciekiniera. Przyznam szczerze, że gdyby nie ta historia, nad „Exodusem” mógłbym po prostu zasnąć. Nie widzę ani celowości, ani atrakcyjności w opowieściach o tym, jak uciekając w głąb samego siebie, wchodzi się w jakieś przypadkowe, nic nieznaczące relacje z ludźmi – bohaterami mogącymi mieć tysiące imion i mającymi przypadkowe adresy. Orbitowski jest monotonny i wtórny – zarówno w portretowaniu eskapizmu, jak i w kreślonych nonszalancko opisach zdarzeń, których wir czyni z „Exodusu” pewną wypadkową dobrej frazy autora i bylejakości konceptu na kolejne zazębiające się opornie historie.

Tak, ta książka rozczarowuje i mam wrażenie, że autor stracił czujność, bo doskonale wie, że dobrze pisze, tym niemniej nawet niezłymi zdaniami może doprowadzić do czytelniczej katalepsji. Napięcie jest wszechobecne, ale nic nie jest w stanie go zniwelować. Brniemy przez kolejne koszmarne miejsca, przyglądamy się podobnym do Janka życiowym rozbitkom i umieszcza się nas w takiej specyficznej tymczasowości, która nie ma ani początku, ani końca. Nie służy to dobrej powieści, bo przez to „Exodus” traci i soczystość, i wyraźność. Czytany jako opowieść o niespełnionym ojcu i dramacie rodzinnym, od jakiego nigdzie nie da się uciec, gra mocno na emocjach czytelnika i jest dość stronniczy. Odbierany jako powieść drogi raczej odstrasza – ani nie ma tam wyraźnie zarysowanego wędrowania, ani też wiele nie wynika z doświadczeń, które bohater zbiera na swojej drodze.
Jakoś najbardziej odstręczająco wygląda przedstawienie relacji z kobietami. Zwróciłem uwagę na to przede wszystkim dlatego, że powieść jest dedykowana kobiecie. Janek za czasów stabilnego życia rodzinnego marzy o rzeczach prostych – takich jak zrobienie laski przez małżonkę. W swej podróży bez celu i bez sensu spotyka dziewczyny, do których można się przytulić i wyrwać z nich jakąś namiastkę bliskości, ale nieistotne są zarówno ich imiona, jak i życiorysy. Kobieta jest przedmiotem, nie podmiotem – refleksji, odniesień, zasadności trwania obok. Przykre jest to, że po raz kolejny można przyglądać się kobiecym bohaterkom drugiego planu albo marnych epizodów, gdy służą przede wszystkim uwzniośleniu egocentryzmu głównego bohatera. Tak, Janek jest w dużej mierze egocentrykiem. Wygodniej mu mierzyć się z życiowymi traumami w pojedynkę, bo to wygląda na zacne i potrzebne. Rozsypały się kartki jego notesu marzeń. Tymczasem zło, które go wewnętrznie niszczy, nie podlega żadnej formie oczyszczenia. Orbitowski stara się jak może, by pokazać Janka w brudzie, upokorzeniu, z rękami wręcz zbrodniarza, z piętnem niezmazywalnych win. W tym znaczeniu ów bohater w żaden sposób się nie zmienia. Nie ma w zasadzie do opowiedzenia żadnej frapującej historii – i tu trzeba zaznaczyć, że „Exodus” z całym pokładem smutku i melancholii nie mówi nam niczego nowego ani ważnego o kondycji człowieka złamanego przez wydarzenia, nad którymi nie miał pełnej kontroli, ale musi za nie wziąć odpowiedzialność.

Interesujące byłoby pokazanie w takiej fabule tego, jak bardzo potrafimy być dla siebie tymczasowi, ale Orbitowski wrzuca nas jedynie do ulicznego gabinetu cieni – nikogo tak naprawdę nie portretuje, nikt w żaden sposób nie jest w fabule ważny. Poza Jankiem, ważnym przede wszystkim i nade wszystko dla siebie. Megalomania tuszuje smutek, który mógłby wzruszać, i zaciera ten rys dwuznaczności, gdy autor „Exodusu” opowiada o tym, że zawsze i bez względu na okoliczności wszędzie jesteśmy na chwilę. Ta chwila może być jednak bardzo opresyjna, jeśli ulegniemy tendencjom ucieczkowym. Tak jest czasem najłatwiej i najtrudniej jednocześnie. To akurat sportretowane jest wyjątkowo sugestywnie. Reszta już niekoniecznie. Nawet wówczas, gdy należałoby się pochylić nad bohaterem i zapłakać z nim nad bezkompromisowością życia.

Tak, sporo w tej powieści bezkompromisowości. Nie ma drugich szans, nie ma łzawych możliwości przebaczenia. Jest bardzo szorstko, po męsku, z dużą dozą testosteronu i przekonaniem, że mimo wszystko świat jest mój, choć się go wyrzekam. „Exodus” nie przekonuje jako całość. Są fragmenty, gdy ta historia o pamięci i zapominaniu nabiera pewnego uniwersalnego przesłania. Wszystkiego jest jednak za dużo. Nie chodzi o proporcjonalność i o to, że dobrze byłoby choć na chwilę złapać oddech w tym oceanie marazmu i okrucieństwa. Chodzi o zaproponowanie jakiejś oryginalnej historii, nie o operowanie kalkami, które są dobrze znane i tutaj w żaden sposób nie przykuwają uwagi. Najbardziej irytuje sam Janek w tym, że za wszelką cenę dąży do samotności, wciąż znajdując się wokół ludzi, jakby kontakt z własnym wnętrzem był dla niego całkowicie niemożliwy. Łukasz Orbitowski chciał oddać wyjątkowo przygnębiający nastrój opowieści o kimś, dla kogo nie będzie właściwej kary za przewinienia. Ukarany zostaje jednak przede wszystkim czytelnik. Najpierw długo nie mamy dostępu do świata przeżyć wewnętrznych bohatera, a potem z lekką konsternacją możemy stwierdzić, że jest on nie tyle ograniczony, ile przede wszystkim mało sugestywny. To taka książka niewyraźna, która nie zostawi śladu. Może pewną pamięć o sobie, gdyż czyta się ją wyjątkowo długo i z przygnębieniem, którego nie dzieli się z bohaterem. Z jego karykaturalnie złamanym sercem i nadzwyczajnie podkreślanym poczuciem, że przeżywa coś, co ma być w jakiś sposób wyjątkowe i z tego powodu szalenie smutne.

2017-11-23

„Dzikusy. Tom 2” Sabri Louatah

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 25 października 2017

Liczba stron: 416

Przekład: Beata Geppert

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Francja w chaosie

Przyznam, że zamykałem pierwszy tom „Dzikusów” z dużymi wątpliwościami, za co tak naprawdę Francuzi pokochali autora cyklu. Poza wyjątkową sprawnością językową i umiejętnym portretowaniem niuansów obyczajowych codziennego życia rodziny Narruszów oraz ludzi znajdujących się w orbicie ich wpływów nie dostrzegałem niczego bardziej przykuwającego uwagę. Po lekturze drugiej części wiem już mniej więcej, dlaczego Sabri Louatah cieszy się tak dużym powodzeniem. Projektowanie wizji przyszłości nie jest w jego przypadku tak bardzo mroczne i pozbawione nadziei jak u Houellebecqa, choć przyznać trzeba, że autor robi wszystko, byśmy się przestraszyli i wpadli w przygnębienie. Myślę, że fraza Louataha jest takim świeżym antidotum na pisanie Houellebecqa, który powoli – jak zauważyłem przy lekturze „Uległości” – zaczyna zjadać swój ogon. Tu mamy do czynienia nie tylko ze śmiałymi wizjami Francji pogrążonej w kryzysie, ale także z różnego rodzaju diagnozami, być może w większości mrocznymi, ale jednocześnie pozwalającymi zadawać liczne pytania, a tego Houellebecq swoim czytelnikom powoli zabrania, kategoryzując i kreśląc portret przyszłości nazbyt wyraźnymi kreskami. U Louataha mamy bardziej szkice. Próby nakreślenia tego, co mogłoby się wydarzyć we Francji, a co w dużej mierze ma już miejsce. „Dzikusy” w drugiej odsłonie to dynamiczny thriller polityczno-społeczny, ale przede wszystkim książka doskonale portretująca różnorodność zachowań, emocji i działań oraz niuansująca ludzki strach – przed tym, co nieznane, kiedy kraj zapada się w sobie, i przed tym, co już od pokoleń oswojone, a jednak pokazujące swoje nowe, bardzo groźne oblicze.

Francuzi doceniają wyobraźnię twórczą oraz wielowątkowość opowieści Sabriego Louataha. Będzie z tego na pewno kawał niezłej prozy w kolejnych częściach. Ta druga zamyka się bardzo dynamicznie i z wieloma znakami zapytania, ale w gruncie rzeczy od początku stawia na wątpliwości. Obrazuje ludzi postawionych w specyficznych sytuacjach granicznych, w których dostrzegamy intensywność portretowanych emocji – tych pozwalających na działanie, ale także tych prowadzących do upadku, kameralnych dramatów o ogólnokrajowym charakterze. Tak, zaczynam rozumieć, co ten cykl zrobił ze świadomością czytelniczą Francuzów, i teraz już akceptuję wewnętrznie entuzjazm wokół cyklu. Mam jednak pewne zastrzeżenia do drugiego tomu. W wirze zaskakujących wydarzeń bardzo dynamiczna fabuła zaczyna tracić ten charakterystyczny rys szczegółu, który towarzyszył jej w pierwszej części. Perspektywa życia rodzinnego zamieniona zostaje na szerszy ogląd nastrojów społecznych, pośród których dostrzegamy postępujący upadek morale Narruszów i cierpienia wywołane zaskakującym postępkiem Karima.

Nastoletni Karim będący w poprzedniej książce taką gąbką, w którą wsiąkały poglądy innych ludzi, tutaj jawi nam się jako trybik w machinie sterowanej przez niezwykle groźnie zarysowaną już w pierwszym tomie postać wyrastającą teraz do rangi mrocznego symbolu. To Nazir, który – cytując Marksa – uznaje się tytułowym upiorem nawiedzającym Europę. Śledzenie jego poczynań schodzi na dalszy plan, bo tak naprawdę chcemy poznać motywy postępowania mężczyzny. Louatah daje nam bardzo ograniczony dostęp do sfery jego przeżyć. Każe przyglądać się działaniom, bo głównie na nich oparta jest dynamika tej powieści. Ludzie są tym, co robią, mówią i o czym decydują. Wychodzą na jaw skrywane emocje, za którymi stoją zaskakujące czyny. Francuski pisarz wyjątkowo trafnie obrazuje, czym mogą być ludzka zawiść i zazdrość, bo w całej aferze, która elektryzuje państwo, ważniejsze stają się prywatne gry oraz utarczki ludzi odpowiedzialnych za funkcjonowanie tego państwa.

Wchodzimy zatem do gabinetów i innych pomieszczeń, w których zapadają decyzje kształtujące życie społeczne Francji. Zbliżymy się do politycznych gier, do konfliktów w obrębie służb porządkowych mających inne wizje porządkowania, ale zajrzymy także do celi, gdzie przebywa zatrzymany Karim, oraz do jego domu, w którym samotność matki zderzy się z dramatem jej odizolowania od dziecka. Chłopca stawiającego francuską rzeczywistość w groteskowym i strasznym świetle. Karim zapoczątkowuje ciąg dramatycznych zdarzeń, których przebiegu nie możemy śledzić tak uważnie, gdyż Louatah stawia na sekwencje krótkich, bardzo dynamicznych scen. Ponownie buduje powieść panoramiczną, ale tym razem mocno podkręca tempo. Trzeba zajrzeć nie tylko do pogrążonego w rozpaczy domu Narruszów. Trzeba przyjrzeć się kipiącej od gniewu ulicy oraz pozostać w dystansie wobec poczynań polityków, dziennikarzy, policjantów i tych wszystkich, których obecne doświadczenie chaosu naznacza już na zawsze.

Sabri Louatah odważnie pyta o to, kim się stajemy, kiedy w sytuacji zagrożenia musimy pożegnać się z wszelkimi rodzajami poprawności. Francja w chaosie staje się państwem, w którym więzi międzyludzkie nie wytrzymują prób albo okazują się na tyle toksyczne, by jedna osoba pociągała do odpowiedzialności kolejną. Ale w czasie, gdy kraj nie może normalnie funkcjonować, a zdezorientowani obywatele obserwują doniesienia z działań prokuratury na przemian z palącymi się na ulicach samochodami, niektórzy bohaterowie odnajdują się nadzwyczaj dobrze. Niektórym służą chaos i poczucie zagrożenia ładu społecznego. Louatah fantazjuje o tym, do jakiego momentu w historii demokracji dotarła Francja i jak blisko jej teraz do niezrozumienia choćby najbliższych tygodni czy miesięcy. W to wszystko wplecione dalsze losy Narruszów, sugestywne dylematy Fu’ada – jedynego chyba sprawiedliwego i poczciwego w tej rodzinie, który za wszelką cenę chce uporządkować chaos i zniwelować niepokój cierpiących matek. Tak, Narruszowie przestają się już koncentrować na tym, jak właściwie celebrować rodzinną uroczystość. Po tym zebraniu atomizują się. W ich życie wkrada się trudny do opisania dramat. Cierpią najbardziej ci, którzy przybyli do Francji, by ciężko pracować na świetlaną przyszłość swoich dzieci. Tych dzieci potrafiących zamienić życie własne i całego społeczeństwa w trudny do opisania, ale doskonale wyczuwalny dla każdego koszmar.

Intrygująca jest sieć powiązań między bohaterami, dzięki której iskrzą oni i są bardzo wyraźnymi postaciami pierwszego i drugiego planu. Poza zaciętymi walkami o panowanie nad sytuacją tych, którzy nad niczym przecież nie panują, obserwujemy kameralne dramaty miłosne. Miłość odegra bowiem w tej powieści zaskakująco ważną rolę. Louatah w tym właśnie jest świeży – nie pozostawia nas z grozą i apokaliptycznymi wizjami, łączy z nimi silne i konstruktywne emocje. Czy miłość zwycięży chaos? Ku czemu zmierza Francja z kandydatem na prezydenta będącym w stanie śpiączki klinicznej? Odważna, wyjątkowo różnicująca podziały i świetnie stopniująca napięcie powieść, która zapowiada coraz więcej, coraz bardziej intensywne wydarzenia. Bardzo jestem ciekaw, ku czemu kompozycyjnie i w przesłaniu zmierzać będzie Sabri Louatah w kolejnych częściach cyklu. Ta druga zdecydowanie zaostrza apetyt na więcej, choć nie byłoby ze szkodą dla tego pisania, gdyby okiełznać nieco dynamikę zdarzeń, by nie tworzył się chwilowy chaos… opowiadania o chaosie. Dobre i wyjątkowo zajmujące!

2017-11-20

„Dziewczyna bez skóry” Mads Peder Nordbo

Wydawca: Burda Książki

Data wydania: 11 października 2017

Liczba stron: 416

Przekład: J. Haber-Biały, A. Lubowicka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Chłód i okrucieństwo

Piszący o Grenlandii odwiedzają to miejsce. Nie sposób napisać wiarygodnie o miejscu tak odciętym od świata i o odcieniach zła, jakie się tam czają, nie będąc choć przez chwilę częścią Grenlandii. To dobrze, bo tylko wtedy wychodzą z tego naprawdę wiarygodne narracje. Mads Peder Nordbo poszerza i niuansuje ten mroczny rys okrucieństwa wyspy, który wyraźnie zaznaczyła Anna Kim w swej „Anatomii pewnej nocy”  – książce powstałej w wyniku fascynacji serią samobójstw w Tasiilaq. Miejscu, które i Nordbo uczyni siedliskiem potworności. Oboje wskazują wyraźny związek między surowością grenlandzkiego klimatu a pewną dzikością natury ludzkiej, która powoduje, że Grenlandia skrywa w sobie coś niewystarczająco wytłumaczalnego dla osoby z zewnątrz. O ile Kim koncentrowała się na lokalnym kolorycie otulonego mgłą miasteczka, gdzie bohaterowie tracili swą podmiotowość, a jednocześnie chęć do dalszego życia, o tyle Nordbo stawia na specyficzną formę witalizmu, na jego okrucieństwo i bezkompromisowość. „Dziewczyna bez skóry” to kryminał z bardzo dobrym socjologicznym sznytem. Autor mieszkający na mroźnej wyspie opowie o jednym z najbardziej wstydliwych jej problemów – częściowo sankcjonowanym przez lokalną społeczność zjawisku seksualnego wykorzystywania nieletnich w ich domach rodzinnych. Trudno określić, co bardziej zelektryzuje czytelnika – opowieść o wyjątkowo potwornych zbrodniach czy też o potworności życia dziewczynek skazanych na piekło domowe, z którego w żaden sposób nie mogą się wydobyć. Tak czy owak Nordbo pisze niezwykle ekspresyjnie, trzyma czytelnika w emocjonalnym klinczu, nie pozwala złapać oddechu i serwuje coraz to mroczniejsze opowieści o tym, do czego jest zdolny grenlandzki mężczyzna, a co domaga się zemsty, której ktoś się konsekwentnie podejmuje…

Nordbo opowiada o grenlandzkim chłodzie, obrazując go sugestywnie w szeregu przepięknych scen, których niemym bohaterem jest wyjątkowa przyroda wyspy. Główny bohater książki, dziennikarz Matthew chroniący się na Grenlandii przed traumą wspomnień o rozbitym życiu rodzinnym, idealnie dostosował się do nowego miejsca, do którego przybył z Danii. Matka powtarzała mu, że jest tak blady, iż niknie we mgle. Ta pewna niewidoczność daje mu większe możliwości, gdy podejmuje się rozwiązania zagadki kryminalnej, za którą stoi wielowątkowa intryga. Mads Peder Nordbo portretuje go równie uważnie co innego bohatera – przedstawiciela lokalnej policji obsesyjnie zaangażowanego w śledztwo sprzed czterdziestu lat. A temu śledztwu w nowej odsłonie i w innych kontekstach przyjrzy się Matthew Cave. Dobry mężczyzna, prawy. Jak Jakob Pedersen przed laty, którego zapiski pomogą zrozumieć, co potwornego dzieje się na Grenlandii ponownie. „Dziewczyna bez skóry” wbrew tytułowi to przede wszystkim opowieść o statusie mężczyzny na Grenlandii. O tym, że surowa przyroda wyzwala specyficzny rodzaj brutalności, co w sumie nie jest tylko fikcją literacką, biorąc pod uwagę fakt, że sprawcą morderstwa na dwudziestoletniej dziewczynie, którym na początku roku żyła Islandia, był właśnie obywatel Grenlandii. Zdeprawowani i zdegenerowani są nie tylko ojcowie molestujący seksualnie córki, ale także mężczyźni ze sfery wpływów, odpowiedzialni za polityczny i społeczny kształt wyspy. Nordbo opowie o tych męskich pokładach okrucieństwa, którym trudno się przeciwstawić, ale które są możliwe do ujawnienia.

Matthew mierzy się nie tylko z jednym rodzajem braku związanym z wypadkiem samochodowym, w którym zginęła jego ciężarna żona. Chodzi też o nieobecność ojca. Ten przed laty zniknął bez śladu. Dziennikarz zmaga się z wyobcowaniem potęgowanym przez otoczenie, w którym się znalazł. Skaliste Nuuk, gdzie lodowata przez cały rok woda łączy się z majestatycznymi górami i skałami, pośród których społeczność wiedzie swoje życie. To naznaczone kiedyś przymusowymi przesiedleniami oraz tragicznym losem ludzi z grenlandzkich osad, którzy nigdy nie odnaleźli się w mieście. Matthew czuje się w nim dobrze, bo daje mu ono wytchnienie. Do czasu. Najpierw okaże się, że znaleziono zmumifikowane zwłoki mężczyzny, które przebywały w lodowej szczelinie i najprawdopodobniej należą do potomka Wikingów. Być może. Cała sprawa gmatwa się coraz bardziej. Ktoś po czterdziestu latach ponownie traktuje swoje ofiary z wyjątkowym okrucieństwem. Zresztą opis umierania jednej z nich, który otwiera powieść, pokazuje, jak sugestywny i przejmujący będzie Nordbo. Ważąc każde słowo tak jak Grenlandczyk, który nie potrafi opowiadać o swoich emocjach.

Bardzo wiele skumulowanych emocji, włącznie ze złością i nienawiścią, będzie nieść w sobie Tupaarnaq, skazana na dwanaście lat więzienia za rzekome zamordowanie rodziny Grenlandka, która dopiero niedawno poznała smak wolności i przybyła do Nuuk, by uporządkować swoje życie. Staje się łatwym kozłem ofiarnym. Kimś, na kogo można zrzucić współczesne morderstwa. Pozbawiona włosów i wytatuowana na całym ciele Tupaarnaq ze swymi dzikością i konsekwencją w działaniu jest taką trochę grenlandzką Lisbeth Salander. Nosi w sobie niezabliźnione rany z przeszłości, ale jest też symboliczną rzeczniczką wszystkich krzywdzonych w domach dziewcząt, które ze swymi mrocznymi tajemnicami pozostaną potem same w całym dalszym życiu. Morderstwa z lat siedemdziesiątych związane są także z zaginięciami dziewczynek. Mads Peder Nordbo wciąż balansuje między dwoma rodzajami tragizmu – brutalne serie zabójstw oraz powtarzające się zjawisko molestowania seksualnego. Wszystko w specyficznej scenerii Grenlandii, która jakby zacierała ślady po tym, co ludzie robią źle. A lodowa wyspa kryje w sobie wyjątkowo wiele pokładów ludzkiej podłości. Także zemsty, bo to ona będzie motorem napędowym działań kogoś, kto przed laty wymierzał sprawiedliwość na własną rękę.

Tupaarnaq zdecydowanie dominuje w tej fabule i bardzo ciekawe jest śledzenie tego, jak zdystansowana wobec mężczyzn kobieta odnajduje nić porozumienia, a potem bliskość z Matthew. Oboje są zdeterminowani, by za wszelką cenę wyjaśnić wszystkie otaczające ich zagadki. Sprawy, w które stali się osobiście zamieszani. W problemy, których nie rozwiązał upływ czasu. Bo na Grenlandii czas i pamięć wyglądają nieco inaczej. Mads Peder Nordbo opowiada o kraju, gdzie nie można uciec od swych myśli i obsesji, a symboliczne zagubienie we mgle nie przynosi ukojenia. To także bolesna historia ran zadawanych przez najbliższych i opowieść o chęci bycia niewidzialnym. Grenlandia jest miejscem, w którym najlepiej nie widzieć i nie słyszeć. Bohaterowie zostają skonfrontowani z kilkoma sytuacjami granicznymi. Będą musieli znieść presję czasu, ale także uświadomić sobie swoją własną siłę. Tę wydobytą z lodowatego krajobrazu wokół. Bo mimo portretowanych okrucieństw widać ogromną czułość i miłość, z jakimi Mads Peder Nordbo portretuje wyspę. Bardzo wartościowa książka, otwierająca oczy na problemy ludzi, o których nikt specjalnie nie myśli. Nawet Duńczycy – niezbyt skorzy do pojednań i zbliżenia ze swym terytorium zależnym. W tej powieści staje się ono terytorium zła i skrywanych tajemnic. Bardzo oddziałująca na wyobraźnię powieść!

2017-11-17

„Poliglotyczni kochankowie” Lina Wolff

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 25 października 2017

Liczba stron: 296

Przekład: Dominika Górecka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Niespełnienia

Wydaje mi się, że nie wypada krytykować powieści Liny Wolff. Po pierwsze – dlatego, że jest skandynawska, że szwedzki adres autora od jakiegoś czasu w Polsce oznacza doskonałą jakość. Po drugie – książka jest bardzo inteligentnie napisana, odkrywa przed nami kolejne poziomy interpretacji i gdyby wykorzystać przymiotniki, jakimi chętnie ozdabia się na Zachodzie okładki książek, można byłoby napisać, że to rzecz brawurowa, ekscentryczna, postnowoczesna czy wyjątkowo oryginalna. Po trzecie zaś – Wolff wplata w świat przedstawiony mniej lub bardziej czytelne aluzje literackie, dokonuje dość śmiałych zabiegów wikłających znane pisarskie nazwiska w rzeczywiście zawikłaną intrygę będącą udziałem bohaterów książki. Nie wypada zatem krytykować kogoś, kto odnosi się do Houellebecqa. Do Houellebecqa odnoszą się dzisiaj jednak wszyscy, bo to modne i wyjątkowo nośne. Tak, „Poliglotyczni kochankowie” to książka, której nie powinno się robić krzywdy. A jednak opierająca się na zbyt prostych dychotomiach, serwująca mało przekonujące (choć bardzo atrakcyjne) rozwiązania fabularne i misternie budująca intrygę wokół pewnego maszynopisu, a to już absolutny przepis na sukces.




Całość tekstu na stronie "Czas Kultury"

2017-11-15

„Zastrzyk śmierci” Małgorzata Rogala

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 25 października 2017

Liczba stron: 346

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Frustracje i zemsta

Miał być koniec serii. Takie przynajmniej wrażenie można było odnieść, czytając „Ważkę”. Małgorzata Rogala zaskakuje – nie tylko pomysłami na dalsze losy swoich ulubionych policjantów. Ważne jest to, że nie wchodzi w pisarski schemat, nie operuje kliszami, nie serwuje podobnych historii ani nie nudzi. Myślę, że dzięki temu to pierwszy od wielu lat cykl powieści, z którym dobrze się czuję, czytając już czwarty tom. Czy „Zastrzyk śmierci” jest dla każdego? W dużej mierze dla znajomych i wielbicieli Agaty Górskiej i Sławka Tomczyka, ale przyjemność odkrywania wielowątkowej zagadki będzie przyjemnością każdego, nawet pierwszy raz czytającego Małgorzatę Rogalę. W tym tomie autorka silnie akcentuje tło społeczne. Wydobywa frustracje, upokorzenia i rozmaite wstydliwe sprawy związane z polskim rynkiem pracy, któremu przyjrzeli się niedawno w dwóch reportażach Rafał Woś i Olga Gitkiewicz. Rogala nie wchodzi głębiej w problemy zatrudniania w Polsce, choć pomyślałem, że brak jej trochę konsekwencji, bo analizując bezrobocie nowych bohaterów, mogłaby zasygnalizować, że Górska i Tomczyk niekoniecznie otrzymują adekwatną zapłatę za ogrom swoich obowiązków. „Zastrzyk śmierci” to historia sfrustrowanych pracowników lub ludzi bez etatu oraz opowieść sięgająca wstecz, do pewnej mrocznej tajemnicy. Motyw dość często wykorzystywany w literaturze kryminalnej, ale tutaj powiązany ze wspomnianą wyżej tematyką społeczną, by zmylić czytelnika. Czyta się po raz kolejny bardzo dobrze i jeśli pojawi się przeczucie, że wszystko w relacjach głównych bohaterów zostało już opowiedziane, na pewno zelektryzuje zaskakujący epilog. Rogala w świetnej formie opowiada o mordercy, który wymierza karę. Także o ludziach, którzy nie chcieliby pamiętać, za co zostaną ukarani.

Inspiracją do napisania tej książki stał się między innymi jeden z najgłośniejszych filmów amerykańskich lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, czyli „Dead Man Walking” Tima Robbinsa. To nim zafascynowany jest morderca z powieści. Przygotowuje ofiarom spektakl znany z filmu. Trzy zastrzyki, które stopniowo pozbawiają życia. Precyzyjnie. Trucizna wstrzykiwana z całą stanowczością i bez żadnego wahania. Śmierć w wyniku splotu okoliczności, których nie wszystkie ofiary się domyślają. My także. Rogala zręcznie łączy historię o zemście wynikającej z traumy z historią inicjacyjną pewnej poszukującej szczęścia osobistego i zawodowego dziewczyny oraz Agaty i Sławka, którzy już oficjalnie są razem, choć starają się nie okazywać tego w pracy. Wszystko we właściwych proporcjach.

„Zastrzyk śmierci” to powieść kilku spektakularnych, filmowych wręcz scen. Jedna z najbardziej przykuwających uwagę to ta, w której Agata Górska podczas interwencji nawiązuje kontakt z mordercą, nie będąc świadoma tego, z kim ma do czynienia. Okazuje się, że zabójca trafia jeszcze na kogoś, kto mógłby pokrzyżować jego szyki. To tajemniczy obserwator. Świadek pierwszej zbrodni, człowiek podążający śladami wykonującego śmiertelny zastrzyk. Ta postać inteligentnie odsuwa nas od sedna sprawy. Górska i Tomczyk także bardzo długo nie mogą powiązać ze sobą faktów i rozwiązać zagadki, ale w żaden sposób nie umniejsza to dynamizmu tej historii. Żaden z wątków pobocznych – jak zdarza się w niektórych kryminałach – nie spełnia tutaj funkcji nużącej retardacji. Wszystkie zdarzenia absorbują na równi, bo wszystkie też są przez autorkę doskonale przemyślane.

Rogala opowiada o tym, jak praca porządkuje sens ludzkiego życia i jaką pułapką może być dla psychiki jej utrata. Poznajemy nie tylko młodych pracowników, którym pracodawcy dziękują za nieopłacone okresy próbne. Jeden ze starszych bohaterów zakłada stronę, na której pokłady frustracji łączą się z przestrogami. Pracować w Warszawie to wciąż igrać z ogniem. Dla niektórych formy zatrudnienia stają się klatkami, innym kojarzą się jedynie z niepewnością i zdaniem na łaskę lub niełaskę pracodawców. Autorka – jak już wspomniałem – nie sięga jakoś głębiej w portretowaną problematykę, ale wystarczająco, by pokazać, z jakim ogromem napięcia emocjonalnego można mieć do czynienia przy utracie zatrudnienia bądź szukaniu go na nowo. Zwalniani z pracy bohaterowie książki życzą jak najgorzej tym, którzy ich zwolnili, ale przecież nie są mordercami. Albo nie mają predyspozycji do tego. Kto wie, kim naprawdę jest człowiek, który cytując Arystotelesa, pozbawia życia tych, którzy być może z jakichś powodów na to zasłużyli? Czy można zasłużyć na śmierć? Jak długo można planować zemstę? Jak żyć z odium wspomnień, które na zawsze naznaczają w życiu pełnym dynamizmu jako odskoczni od pamiętania o czyjejś tragedii?

„Zastrzyk śmierci” jest powieścią przede wszystkim o impulsywnych, zagubionych, ale i szukających swego miejsca kobietach. Odnosi się chwilami wrażenie, że mężczyźni schodzą na dalszy plan, ale nie jest tak do końca. Portretować kobiety jest Rogali być może wygodniej. A może chodzi też o to, co zniuansowała w poprzednich powieściach – pokłady kobiecych słabości oraz niezwykłych sił. W tym wszystkim Agata Górska najbardziej chyba spokojna i pozbawiona balastu męczących wspomnień. Nieprzypominająca tej z poprzednich książek Rogali. Spełniona i szczęśliwa. Występująca jako powierniczka siedemnastoletniej siostry swego kochanka, której perypetie dodatkowo skomplikują fabułę. Ten spokój zdaje się pozorny. Wszystko rozsadzi zakończenie. Małgorzata Rogala wie, jak przykuć uwagę do detali, ale zdaje sobie również sprawę z tego, kiedy trzeba zwieść zbyt pewnego siebie czytelnika. Lektura „Zastrzyku śmierci” pozostawia w zdumieniu, a na koniec w niedosycie. Intryga kryminalna jest wystarczająco skomplikowana, by zainteresować różnego rodzaju wielbicieli powieści z dreszczykiem. Ciekawe jest również przenoszenie środka ciężkości – z obserwatora na rozgrywającego wydarzenia, a w końcu na nieświadomego swego udziału uczestnika zdarzeń. Warto wejść w skomplikowany świat przedstawiony tej książki, w którym element współczucia dla wszystkich niemal bohaterów pozwoli spojrzeć na ich losy bardziej osobiście. Ciekawa, interesująco rozegrana z czytelnikiem i postaciami gra. Zdecydowanie warta uwagi.


PATRONAT MEDIALNY

2017-11-12

„Trzy dni i jedno życie” Pierre Lemaitre

Wydawca: MUZA

Data wydania: 27 września 2017

Liczba stron: 287

Przekład: Joanna Polachowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wokół zbrodni

Pierwsze sto stron czytałem, przecierając oczy ze zdumienia. Kolejne były już udręką. Ugrzęzłem. Także w rozczarowaniu. Zadawałem sobie pytanie, czy tę narrację napisał ten Pierre Lemaitre, który doskonale manipulował czytelnikiem choćby w „Alex”, wbijając w fotel z wrażenia? Czy to ten Lemaitre, który w tak prowokacyjny sposób rozliczał się z pierwszą wojną światową na kartach „Do zobaczenia w zaświatach”? Powiedzieć, że „Trzy dni i jedno życie” jest książką słabą, to wyrazić się naprawdę eufemistycznie. Wiem, że wielu świetnym pisarzom zdarzają się tak zwane wypadki przy pracy, ale tu miałem wrażenie, iż nastąpiła jakaś kolosalna pomyłka, pomylono nazwisko autora, to nie może być jego. Opowieść o dziecku, które staje się mordercą i z piętnem zbrodniczego czynu mierzy się przez kolejne lata życia, staje się powieścią miałką, bez iskry, pozbawioną wyrazistości i nieudolnie brnącą ku zakończeniu stawiającemu koszmarną kropkę nad i. Taka historia domaga się burzy emocji, nieokiełznanego wydobywania się ze świadomości coraz mroczniejszych myśli, ta opowieść jest po prostu samograjem, który powinien przykuć uwagę. Co otrzymujemy? Nudę. Zbyt gładkie, wyważone zdania. Dydaktyczny ton na przemian z retardacjami, w których główny bohater staje się chwilami groteskowy, nie pokazując wcale tego, jak bardzo jest osaczony i jak mroczne mogą być jego fantazje po zdarzeniu, które naznaczy go na zawsze. Kiedy Lemaitre wchodzi w ton szantażowania emocjonalnego swojego zbrodniarza, zmierza tym samym do mało satysfakcjonującego zakończenia. Wcześniej brak iskry, brak mocnego chwycenia czytelnika za gardło. Powieść jest statyczna, a przecież opowiada o wulkanie emocji wywołanym czynem, którego nie można już odwrócić! Francuski pisarz rozczarowuje. Z niedowierzaniem przyjmuje się tę książkę jako wyraz bezradności wobec tematu, który siłą rzeczy ma przywołać skojarzenia z wielkim Dostojewskim.

Czego bym oczekiwał? Przede wszystkim umiejętności zobrazowania, jak w każdym szczególe następuje w młodocianym zbrodniarzu pewna dezintegracja osobowości. Chciałbym przeczytać, jak lęk ogarnia go w takim stopniu, że chłopak nie jest w stanie go już wyrazić. Chciałbym czytelnie odczuć, jakim zagrożeniem może być portretowana mała miejscowość, która szuka kozła ofiarnego, chce za wszelką cenę znaleźć winnego zaginięcia sześciolatka, jest okrutna i bezkompromisowa w wydawaniu sądów. Chciałbym – skoro już idę przez życie z bohaterem – dojrzeć te pokłady przemian, które pozwoliły mu po latach zbudować pozorną stabilność, bo przecież zdecydował, że chce żyć bez konsekwencji za swój czyn. Chciałbym poczuć jego rozedrganie, znaleźć się w środku emocjonalnego chaosu, być wykończonym przez jego pustkę, miotanie się w bezradności i jednocześnie rozumieć, dlaczego konsekwentnie milczy. Niczego takiego nie otrzymuję. Lemaitre w zgrabnym i jednocześnie szkolnym stylu portretuje losy chłopca, któremu pewnego dnia rozpadł się świat, druzgocząc także mir rodzinny bliskich zabitego i naznaczając na zawsze podejrzliwością relacje ludzi z prowincjonalnego Beauval, od którego nigdy nie udało się uciec.

Antoine kocha psa, którego nie może posiadać na własność. Ktoś tego psa zabija. Antoine jest zdruzgotany. Wiedzie samotnicze życie dwunastolatka, którego opuścił ojciec, a któremu rytm życia wyznacza surowa matka. Chłopca budującego sobie domek na drzewie jako substytut bezpiecznej i zrozumiałej dla niego przestrzeni. Takiej, w której dorośli nie opuszczają, rówieśnicy nie wywołują wyobcowania, a rzeczywistość wokół nie jest naznaczona jakimś niezrozumiałym jeszcze przez dziecko fatalizmem, ale fatalizmem niepewności zatrudnienia i stabilizacji, której tak bardzo potrzeba przewidywalnym do bólu mieszkańcom miasteczka. Śmierć psa staje się początkiem koszmaru. Antoine patrzy, jak ktoś go zabija, by za chwilę sam stać się mordercą. Od tego momentu uzyskujemy pełne panowanie nad światem przedstawionym i pozostaje nam jedynie wejść w pejzaż emocjonalny dziecka mającego świadomość nieuchronnej kary za zabicie sześciolatka. Nie za bardzo mamy w co wejść, a perypetie Antoine’a nie wyzwalają ani poczucia solidarności ze skrytobójcą, ani jakiegoś moralnego buntu, który kazałby nam sprzeciwiać się postawie reprezentowanej najpierw przez chłopca, potem przez dorosłego mężczyznę.

Najciekawiej w powieści zobrazowany jest ten ambiwalentny stosunek do Beauval, w którym Antoine wyrósł, ukształtował się i jednocześnie zaznał największej z możliwych form opresji. Chłopiec tuż po dokonaniu zabójstwa chce miejscowość natychmiast opuścić. Kompulsywnie planuje ucieczkę, która nigdy nie dojdzie do skutku. Dorosły Antoine mierzy się ze swoim Beauval w nieco inny sposób. Rozumie, skąd się wydobył, i zdaje sobie sprawę z tego, że miejsce pochodzenia będzie w nim zawsze obecne. Że nie można się wydostać z miejscowości, tak jak nie można pożegnać czasu, który nabrał dramatycznego przyspieszenia po tym, jak zadany został cios. Akt przemocy strukturalizujący dalsze życie bohatera, opresyjny i wciąż na nowo zawłaszczający – jest konsekwencją nieprzemyślanej przemocy. Dorosły Antoine nosi w sobie Beauval nieco inaczej. Lemaitre każe mu zżyć się z tą miejscowością na zasadzie specyficznego szantażu. Antoine nigdy nie opuści miejsca, w którym dopuścił się aktu przemocy i w którym raz na zawsze określił swój dalszy los.

Z przerażenia w cynizm – tę drogę należałoby opisać na tyle sugestywnie, by pokazać całą gamę wykluczających się wzajemnie emocji, które doprowadzają do chronicznego wręcz poczucia, że jest się nieuchwytnym i życiową moralność można zbudować na własnych zasadach. Nie ma u Lemaitre’a wyraźnego zaznaczenia tego, czym jest oczekiwanie społeczne względem złoczyńcy, a kim staje się on sam dla siebie w momencie, w którym dopuszcza do świadomości, że ze zbrodnią można wieść pozornie uporządkowane życie. Świat przeżyć bohatera winien iskrzyć od niedopowiedzeń, czarować niuansami wzruszeń i przerażenia, budować ramy klatki emocjonalnej, w jakiej zamknie się Antoine. Nic takiego się nie dzieje. Pierre Lemaitre stara się wyobcować swojego chłopca tak, by stał się swego rodzaju dzikim mężczyzną, który – wciąż na nowo wspominający zbrodnię – nie zaufa nikomu i nie stworzy żadnej bliskiej relacji poza pewnym rodzajem toksycznej bliskości z matką. Popada przy tym w przewidywalność i pewien rodzaj marazmu. Opowiada wciąż o tym samym i za każdym razem podobnie. Nie niuansuje źródeł lęku i nie pokazuje, w jaki sposób tworzy się złudna pewność siebie potem. Jego bohater nie wzbudza emocji. Jest w swej emocjonalności zamknięty dla czytającego. Ta książka zamiast pobudzać, coraz bardziej irytuje swoją przewidywalnością i tym, że nie ma w niej pokładu emocjonalnego, który mógłby narzucać taki, a nie inny scenariusz zdarzeń. Z dużą przykrością muszę stwierdzić, że z tak kolosalnym rozczarowaniem kolejną książką lubianego przeze mnie pisarza jeszcze się nie mierzyłem. „Trzy dni i jedno życie” ratują być może kreślone w wyobraźni głównego bohatera niespełniające się scenariusze. Reszta jest spełnieniem, w którym nie ma zawieszenia. Nie ma tej potwornej formy niepewności, która powinna naznaczyć chłopca i ostatecznie złamać mężczyznę. Trudno mi orzec, czy w ogóle głównemu bohaterowi można choć przez chwilę współczuć.

2017-11-09

„Zapach mężczyzny” Agneta Pleijel

Wydawca: Karakter

Data wydania: 17 października 2017

Liczba stron: 304

Przekład: Justyna Czechowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: O tożsamości

Można czytać „Zapach mężczyzny” jako uzupełnienie „Wróżby”, niekoniecznie jej kontynuację. W poprzedniej książce wspomnieniowej Agneta Pleijel pokazywała dziecięce spojrzenie na utraty. Takie fundamentalne i zagrażające poczuciu bezpieczeństwa. „Zapach mężczyzny” będzie przede wszystkim o zyskach. O tym, jak wiele dla siebie wydobyła dojrzewająca autorka, potem kobieta świadoma, wyrażająca się poprzez swoją płeć i w tej płci sytuująca kontekstowe rozważania na temat różnorodności życia w relacjach. Tak, to książka o mężczyznach, ale przede wszystkim o tych wszystkich odkryciach i poszukiwaniach, które można perfekcyjnie zniuansować dopiero po latach. Pleijel pisze pozornie pewna już wszystkiego. A jednak wraca do tych momentów, które wciąż na nowo wywołują w niej pytania o własną tożsamość – na ile zrodziła się z pytań i deficytów, a na ile stała się silna w konfrontacjach. Bo to książka o walce o prawo bycia sobą, ale też przejmujący obraz konfrontacji z mężczyznami, których obcość łączyła się ze specyficznymi formami bliskości. Wśród tych mężczyzn najważniejszy – ojciec, ten porzucający rodzinę i ten zapamiętany jako ktoś, do kogo można było potem zbliżyć się tylko fragmentarycznie. Czasami tylko wówczas, gdy poleciało się do dalekiej Etiopii. Niekiedy zupełnie przypadkiem, gdy poważany profesor stawał się czułym czyścicielem okien. Myślę, że rozważania o poszukiwaniu własnej podmiotowości wychodzą od utraty zasygnalizowanej we „Wróżbie”, ale obrazują przede wszystkim to, co można było wydobyć z innych ludzi – wbrew ich woli, czasem poza tą wolą. Pleijel opowiada też o tym, w jaki sposób w Szwecji i innych krajach mężczyźni zawłaszczali sobie świat. Męskich wyższości i pewności siebie doświadczała przez całe życie. Czy bohaterka tej przejmującej opowieści o wkraczaniu w dojrzałość musiała z męskością się przede wszystkim konfrontować? To jedno z kilku kluczowych pytań. Nie jestem pewien, czy najważniejsze.

Najmocniej utkwiły mi w pamięci wspomnienia babci i tego, jak umierała. Kobiety, która przed śmiercią konstatowała, że jest nikim. W opozycji do niej, do tego stwierdzenia, do tej bierności i być może nieświadomości własnej roli Pleijel stworzy odważną opowieść o tym, czym jest kobiecość, gdy walczy na kilku frontach i gdy musi znaleźć kompromisy, by nie odnieść w walkach wielu ran. Na koniec zaś uznać, że wie, czym jest jej podmiotowość, i zdaje sobie sprawę z tego, jak trudno opowiedzieć o intymności często w cieniu absorbujących i zachłannych mężczyzn – na różne sposoby obcych, na różne sposoby cudzych. „Zapach mężczyzny” będzie zatem o zdobywaniu i posiadaniu. Fragmentów życia oraz tych relacji, w których można było odnaleźć siebie w opozycji. Opisując okres dorastania, fascynacji studiami, żarliwości w pochłanianiu słów i uczenia się szacunku do nich, Pleijel opowie jednocześnie o tych wszystkich mężczyznach swojego życia, którym zawdzięcza fragment swojej kobiecej tożsamości. Od początku jest kimś i pozostanie bardzo odpowiedzialna za swoje poczynania. Wbrew temu, jak żyła matka, gdy nie mogła się odnaleźć po odejściu męża. Mężczyzny, który mógł ją zawłaszczyć zawsze i wszędzie. Na przykład wrócić do jej mieszkania i kochać się z nią, bo miał na to ochotę.

„Zapach mężczyzny” jest opowieścią o zachłanności życia, ale także historią o kobietach, którym mężczyźni odbierają jego smak. Opresyjne relacje stworzone w różnych okresach życia były dla Pleijel okazją do tego, by zaobserwować destrukcyjną rolę męskości w życiu kobiety. Ona na tę rolę nie wyraziła zgody. Kiedy należało, walczyła. Kiedy okoliczności zmuszały do świadomego, choć biernego buntu – asertywnie go okazywała. Nigdy nie pozwoliła sobie na to, by stać się własnością ani odrębną częścią męskiego życia, męskiej świadomości. Opowiada o swoich kochankach z czułością, dystansem, z pewnym rodzajem rozczarowania, ale i z refleksją, którą przyniosło późniejsze życie. Żaden zawłaszczający ją mężczyzna nie miał prawa otrzymać tego, na co miał ochotę. Jak ojciec biorący od matki to, co chce, i wtedy, kiedy chce.

Tytuł funkcjonuje w kilku znaczeniach, egzemplifikując bliskość i będąc synonimem miłości. Ta książka jest bowiem opowieścią o tym, w jaki sposób miłość się definiuje i jak się potem szuka cieni tej definicji, wchodząc w bliskie, ale często toksyczne relacje. Duża jest śmiałość w opowiadaniu o tym, jak relacje damsko-męskie kształtowały ogląd rzeczywistości autorki. Nie unika ona intymnych szczegółów, nie broni się przed opowiadaniem rzeczy trudnych. Mężczyzna jest śladem, po którym czasem podąża się tam, gdzie odnajduje się siebie w opozycji do niego. Mężczyźni Pleijel są jej drogowskazami w takim znaczeniu, że ich słowa oraz gesty uczą zdrowego dystansu. Nabierania pewności siebie i świadomości, że to nie jest jakaś walka płci. To próba zrozumienia inności i różnorodności, ale taka, w której zawarty jest mądry bunt, opozycyjne myślenie. Bohaterka książki jest czujna i jednocześnie niepewna swoich działań. Chce poznać męską różnorodność, więc wchodzi w bardzo różnorodne relacje. Interesuje ją także kategoria męskości w literaturze. Interesuje wszystko, co odmienne i dopełniające charakter, nie ograniczające wspólnego życia.

„Zapach mężczyzny” to także – ponownie po „Wróżbie” – próba świadomego definiowania tego, czym jest pisanie, zapamiętywanie, porządkowanie wspomnień i czułość do detali retrospekcji. „Pisać to pamiętać” – brzmi czytelnie i jednoznacznie. Ale Pleijel podkreśla w innym miejscu, że pisać to także świadomie wiązać, łączyć asocjacje i wydobywać z nich jak najwięcej. Stąd też narastający podziw dla sposobu, w jaki autorka traktuje swoje wspomnienia. Ta książka to nie tylko ich wydobywanie, ale swoiste porządkowanie i hierarchizowanie. Jak daleko można sięgnąć wstecz i w głąb siebie? Odpowiedzi może być kilka. Jedną z nich przynosi konstrukcja tej książki, dziewięć przemyślanych rozdziałów wraz z epilogiem – świadectwem narodzin, przejmującej sceny porodu, jednej z piękniejszych, jakie czytałem w literaturze. Początek staje się końcem. Widzimy, jak autorka dystansuje się od siebie w bezpiecznej trzeciej osobie, ale dostrzeżemy te momenty, w których „ja” musi być narzędziem wyrazu myśli i uczuć, o jakich nie sposób wyrażać się z dystansem. To bardzo odważna, osobista książka. Dająca nadzieję i zachęcająca inne kobiety do porządkowania wspomnień i do wspominania tego, co uczyniło z nich te, którymi są dzisiaj. Agneta Pleijel opowie o trudnej drodze do wewnętrznej wolności, ale także o tym, z jaką czułością i empatią można traktować wszelkie męskie formy egocentryzmu, zagubienia, zadziorności oraz skrywanej bezradności.


PATRONAT MEDIALNY